EUROPA

Stambuł: Potęga i melancholia

Złoty Róg, Istambuł

fot.: Istock

Złoty Róg, Istambuł
Potężne meczety, kłujące niebo minaretami i maleńkie kafejki. Rosłe wieżowce i rozsypujące się kamienice. Nieme kobiety, obleczone w czarne czarczafy i roześmiani mężczyźni w obcisłych, różowych podkoszulkach. Stambuł budzi sprzeciw i uwodzi.

Potężne meczety, kłujące niebo minaretami i maleńkie kafejki. Rosłe wieżowce i rozsypujące się kamienice. Nieme kobiety, obleczone w czarne czarczafy i roześmiani mężczyźni w obcisłych, różowych podkoszulkach. Stambuł budzi sprzeciw i uwodzi.

Plac, na który w środku nocy trafiłam z dworca, żarzył się tysiącem świateł i landrynkowych neonów. Kierowca taksówki rzucił: – Tu jest hostel, wysiąść – i zniknął. Stałam niepewnie, trochę już oczarowana rozmachem tego miasta, trochę nim przytłoczona, gdy naraz pojawił się jakiś Turek i zaproponował, że wskaże mi drogę. Po chwili Turków było pięciu, a chwilę później – piętnastu, i każdy pokazywał inny kierunek, zadowolony, że może pomóc. Zaraz dotarłam na Istiklal, główną ulicę Beyoglu, która powoli zbierała się do snu. Żółte światło latarni rozlewało się na posadzce, z klubów sączyła muzyka, a ciepła noc wzmacniała zapachy smażonego mięsa, kminu i kurkumy, czegoś słodkiego i przeszywającego. Ktoś śpiewał, ktoś grał na gitarze, snuły się grupki imprezowiczów. Fotograf, który akurat przechodził obok, pokazał mi, gdzie jest hostel. Lecz, uwiedziona nocnym miastem i tanim blichtrem neonów, poszłam jeszcze do knajpki, by napić się herbaty. A w środku kipiał kolor: szeleściły amarantowe poduszki, lśnił satyną fioletowy obrus, rdzawa czerwień ścian nasuwała skojarzenia z wnętrzem ziemi. Wszystko było wyraziste, atakujące zmysły, i nawet mocna, upajająca słodyczą herbata miała egzotyczny posmak. Znalazłam się w mieście rozgorączkowanym i zmysłowym, które oszałamiało skalą i bogactwem.

Orientalne gastro-olśnienie. Rano Beyoglu, najbardziej turystyczna i europejska dzielnica Stambułu, poraziła mnie smakiem. Przekąska na dzień dobry, szpinakowy burek z ajranem, była pyszna. Kolejna, małże nadziewane ryżem – obłędna. Rzuciłam się na kebab, bez sosu – genialny. I jeszcze kurczak w miodzie i migdałach, dobry Boże. Poczułam się jak wynędzniała istota ludzka, która po latach o chlebie i wodzie po raz pierwszy w życiu usiadła przed zastawionym stołem. Wpadłam w euforię – i jadłam. Pistacjową baklawę, lśniące lokum z orzechami (tradycyjny turecki przysmak), kawałki melona i arbuza, creme caramel. Ani z zapałem nie zwiedzałam, ani przesadnie nie rozglądałam się, pierwszy dzień brawurowo przejadłam. Wszystkim, którzy dopiero wybierają się do Stambułu, zazdroszczę tego gastro-olśnienia, które stanie się ich udziałem. Dzielnica Beyoglu mnie urzekła, zaczęłam więc krążyć wśród wąskich uliczek, gdzie, ciasno upakowane, przycupnęły kamieniczki na modłę europejską, ale w orientalnych, pałających kolorach. Im głębiej się zapuszczałam, tym ciekawszy stawał się świat wokół mnie. A był to świat mężczyzn. Okupowali stołki, taborety i zydelki, kontemplując mijanie czasu, albo przy rozłożonych planszach grali w warcaby, wąsaci, roześmiani, jowialni. Wszyscy wyglądali jak bracia i tak też się zachowywali, poklepując się po plecach, ciągnąc za włosy albo spacerując w półobjęciu. Kiedy weszłam do kawiarni, żeby wypić herbatę, uświadomiłam sobie, że jestem jedyną kobietą. Na dodatek nie sposób było nie zauważyć, że kelner znosi moją obecność z trudem.

NA TEMAT:

Dwa światy. Zaczęłam krążyć po Stambule, szukając kobiet. W ciasnej uliczce natrafiłam na dziewczynę w chuście, która siedziała na schodach kamienicy i robiła na drutach. Trzy starsze panie w czarczafach, świeżo po zakupach, rozprawiały z ożywieniem na ławce. Z kolei na deptaku ulicy Istiklal nie brakowało wydekoltowanych łań na obcasach, które ściągały pożądliwe spojrzenia. A w jednej z kawiarni przy placu Taksim ujrzałam typowo turecki obrazek, który stał się moim prywatnym symbolem obyczajowego rozdarcia Stambułu. Symbolem tym były dwie panie, które siedziały naprzeciwko siebie, rozmawiając i jedząc lody. Ta pierwsza, w butach na obcasie i eleganckiej żółtej sukience, bezceremonialnie lizała kulki, żywo przy tym gestykulując, druga słuchała jej w skupieniu, od stóp do głów skąpana w czerni, i tylko od czasu do czasu na ułamek sekundy odchylała materiał, który spowijał jej twarz, żeby włożyć do ust łyżeczkę z lodami. Trudno o większy kontrast, a jednak kobiety wydawały się być w dobrej komitywie: dwa oblicza Stambułu, tradycja pogodzona z nowoczesnością.

 

Cały artykuł przeczytasz w KWIETNIOWYM wydaniu agazynu Podróże.

Wyspy greckie: Santorini – spełnione marzenie cz. II
Wyprawa tygodnia Wyspy greckie: Santorini – spełnione marzenie cz. II

Latem 2011 roku pracowałam jako pilot wycieczek na wyspie Santorini. Oprowadzałam wycieczki z oddalonej o około 2h drogi Krety. Miałam również okazję spędzić najpiękniejszy weekend w swoim życiu, właśnie na wyspie Santorini.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.