okazje

Mozambik – kraj dla Europejczyka przedziwny i fascynujący zarazem. Dziwić może tu wiele rzeczy, zachwycać – jeszcze więcej. Mozambik to kraj ogromnych kontrastów i z pewnością niezbyt częste miejsce przeznaczenia zagranicznych turystów.

10.10.2011
Moją podróż do Mozambiku, rozpoczęłam w Polokwane (dawna nazwa: Pietersburg), znajdującego się na północnym wschodzie Republiki Południowej Afryki, w prowincji Limpopo. Moim środkiem transportu był autobus, a raczej niewielki bus, prowadzony przez zaprzyjaźnionego afrykanera Nick'a Coetze. Nick to niewysoki, lecz dobrze zbudowany 45-latek, który już od wielu lat prowadzi swój niewielki biznes turystyczny i ma spore doświadczenie w obwożeniu turystów po RPA, Mozambiku i Suazi. Na dodatek zna najróżniejsze afrykańskie dialekty, co jest naprawdę nieocenione w kontaktach z miejscowymi. Wyruszyliśmy w drogę jeszcze przed świtem, żeby około 9:00 dotrzeć do granicy. Jako że jestem bardziej typem sowy niż skowronka, przespałam prawie całą drogę do przejścia granicznego. Nick obudził mnie tylko raz, w okolicach Nelspruit w prowincji Mpumalanga, bym nie przeoczyła wspaniałych widoków w Górach Smoczych. Do granicy dotarliśmy przed dziewiątą. Jeszcze przed wjazdem do Mozambiku, postanowiłam wymienić trochę waluty na lokalne meticale, mimo iż Nick uprzedził mnie, że w Mozambiku można spokojnie posługiwać się południowoafrykańskimi randami. Ja jednak uparcie podążam do niewielkiej budki z szyldem: EXCHANGE (wymiana), by mieć w portfelu chociaż trochę mozambickiego grosza. W kolejce przede mną stoi Niemiec – 40-letni Klaus ze Stuttgartu, który do Mozambiku, podobnie jak ja, wybiera się pierwszy raz i także chce wymienić walutę. Okazuje się, że przepływ pieniędzy, jest w Mozambiku ściśle kontrolowany, a wymiana waluty wymaga sporo żmudnych formalności. Trzeba wypełnić stosowny formularz osobowy, zawrzeć w nim wszystkie szczegółowe dane (czasem wręcz zbyt szczegółowe!), a dopiero po tym można zabrać się za drugi formularz – monetarny. Na załatwieniu tej papierkowej roboty zeszło mi dobre pół godziny, w wszystko tylko po to, żeby mieć w portfelu równowartość 100 złotych! Przejście graniczne w Lebombo, przypomina wielkie zabałaganione mrowisko. Wszędzie krąży pełno krzątających się ludzi, z których część chce przekroczyć granicę, część już ją przekroczyła, a reszta po prostu kręci się dookoła, w poszukiwaniu jakichś transakcji handlowych lub też innych szemranych interesów. Na ledwo trzymających się pionu drucianych ogrodzeniach wiszą najróżniejsze tablice, informujące o groźnych chorobach, których można nabawić się w czasie pobytu w Mozambiku. Na widok tabliczki ostrzegającej przed cholerą, zaczynam nerwowo szukać mojej żółtej książeczki szczepień. Nick wdaje się w rozmowę z jakimś mężczyzną, który podszedł do naszego samochodu. Rozmawiają w języku tsonga. Okazuje się, iż wszystkich cudzoziemców, wjeżdżających do Mozambiku, obejmuje obowiązek wizowy. Tajemniczy mężczyzna ochoczo deklaruje pomoc w uzyskaniu wiz, po czym zabiera nasze paszporty i znika w przygranicznym mrowisku! Perspektywa nieodzyskania paszportu, przyprawiła mnie niemalże o palpitacje serca, ale Nick natychmiast zaczął mnie uspokajać, zapewniając jednocześnie o uczciwości miejscowych. Po około godzinie odzyskaliśmy nasze paszporty, z wbitymi mozambickimi wizami. Pośrednictwo kosztowało nas 100 randów, co było niewielką zapłatą wobec faktu otrzymania paszportu z powrotem. Na granatowej pieczątce wizowej, dostrzegam godło Mozambiku, przypominające nieco godła dawnych sowieckich republik ludowych. W godle znajduje się strzelba ze skrzyżowanym czymś na kształt wiosła (sic!). To chyba nie kraj dla pacyfistów - myślę. Jest już jednak za późno by się wycofać. Nick odpalił samochód. Wjeżdżamy do Lebombo. Kierowaliśmy się autostradą na zachód do największego miasta Mozambiku, leżącego nas rzeką Tembe. Maputo - do 1975 roku zwane Lourenço Marques, jest największym ośrodkiem miejskim w kraju, zaś od 1907 roku pełni funkcję stolicy. Początek historii Maputo datuje się na rok 1544, kiedy to portugalski kupiec Lourenço Marques, natknął się na te tereny podczas podróży szlakiem handlowym do Indii. Prawdziwa miejska infrastruktura pojawiła się tam jednak dopiero w końcówce XVIII wieku. Miasto stało się wówczas ważnym portem handlowym na Oceanie Indyjskim, zaś jego znaczenie wzrosło wraz z pojawieniem się w tym regionie kolei. Obecnie Maputo jest domem dla ok. 1 miliona mieszkańców. Nie jest to zawrotna liczba, zważywszy na to, że populację Mozambiku szacuje się na ok. 22 miliony, tak więc urbanizacja nie osiągnęła tu zbyt imponującej skali. Obecnie Maputo, to gospodarcze, kulturalne oraz naukowe centrum Mozambiku. Znajduje się tam m.in. największy i zarazem najstarszy w kraju uniwersytet im. Eduardo Mondlane - Universidade Eduardo Mondlane, liczący na dzień dzisiejszy ok. 8000 studentów. To właśnie w Maputo mają siedziby międzynarodowe korporacje, zagraniczne firmy oraz ambasady. Niestety, stolica Mozambiku znacznie odbiega wyglądem i zabudową nie tylko od europejskich stolic, ale nawet większych południowoafrykańskich miast. Budynki są zaniedbane, niektóre wręcz opustoszałe, mimo że znajdują się w centrum miasta. Idąc wzdłuż plaży w Maputo, można napotkać na wiele dawnych hoteli, które czasy świetności mają już za sobą i po których pozostały jedynie zapomniane ruiny. Korzystając z krótkiego postoju w stolicy, wybieram się na położony tuż przy plaży na bazar. Stragany uginają się pod ciężarem ryb i owoców morza, a jarmarczna atmosfera przypomina trochę klimat bollywoodzkiego filmu. Można dostać tam praktycznie wszystko, co oferuje ocean: ryby, ośmiornice, homary, małże, a także kalmary, które w Mozambiku funkcjonują pod tajemniczą nazwą „lulas”. Nie brakuje też owoców i warzyw. Jeden ze sprzedawców wciska mi kassawę, która przypomina patyk połowicznie obrany z kory. Gryzę kawałek na spróbowanie i odnoszę wrażenie, że w ustach mam papier! Może tylko trochę bardziej łykowaty. Około 15:00 ruszamy dalej – tym razem kierujemy się na północ do prowincji Gaza, a konkretnie do miasta Xai Xai (czyt. Szaj Szaj), nad rzeką Limpopo. Do Xai Xai docieramy jeszcze przed zachodem słońca. Nick zarezerwował nam nocleg w bardzo ascetycznie urządzonej chacie, tuż przy plaży – nad podłogą przypominają klepisko, wisiały samotnie dwa hamaki, a o łazience można było tylko pomarzyć. „Po co ci łazienka, skoro plaża jest tuż obok”, mówi Nick i robi zdziwioną minę. Jedziemy więc wykąpać się na plaży, czym z początku nie jestem zachwycona, jednak Nick obiecuje mi naprawdę przyzwoitą plażę. Gdy docieramy na miejsce, nie wierzę własnym oczom... Jeżeli w raju są plaże, to z pewnością wyglądają one jak Praia do Xai Xai (w języku portugalskim praia oznacza plażę). Należy ona do pierwszej ligi światowych plaż – piękna, czysta i pod każdym względem przygotowana dla wymagających turystów, a jednocześnie zachowująca swą naturalną dzikość. Wzdłuż plaży ciągną się skały, w których po przypływie gromadzi się woda. W nieckach można później znaleźć takie skarby jak muszle czy niektóre (ponoć bardzo smaczne) mięczaki. Po kąpieli idziemy z Nickiem na obiad. Przed restauracją jakiś mężczyzna patroszył kozę, a widok ten zupełnie odebrał mi apetyt. Bynajmniej nie zdziwiłam się, gdy kelnerka oświadczyła, że daniem dnia jest koźle mięso z... frytkami. Zamówiłam tylko frytki. Bladym świtem opuściliśmy nasz „pięciogwiazdkowy hotel”, by udać się dalej na północ, do Inhambane (czyt. Injamban), które jest stolicą prowincji o tej samej nazwie. Im bardziej na północ, tym droga robiła się węższa i bardziej dziurawa, a krajobraz coraz bardziej przypominał Afrykę znaną mi z podróżniczych programów telewizyjnych – dziką, ubogą, lecz bardzo kolorową i tętniącą życiem. Po raz kolejny miałam okazję przekonać się o tym, że Mozambik to bardzo biedny kraj, któremu bogaty zachód łaskawie nadał eufemistyczny przydomek „kraju rozwijającego się”. Przejeżdżaliśmy przez małe wioski, zabudowane słomianymi chatami, pełne zmęczonych upałem ludzi i biegających boso dzieci. Do wielu z tych wiosek nie docierały bieżąca woda ani prąd, a jedynym śladem istniejącej zachodniej cywilizacji były wszechobecne reklamy Coca Coli, wymalowane na murach, często już wyblakłą czerwoną farbą - oto globalizacja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Gdy byliśmy już w Inhambane zepsuł nam się samochód. Właściwie, to zepsuł się on dużo wcześniej, ale Nick nic nie mówił, żeby mnie nie denerwować. Okazało się, że coś poluzowało się w układzie hamulcowym i żeby zatrzymać bus, Nick musiał naciskać pedał hamulca każdorazowo dwa razy. Szybko udało nam się jednak znaleźć warsztat samochodowy. Gdy tylko podjechaliśmy do serwisu, trójka młodych murzynów, ochoczo zabrała się do odkręcania wszystkich kół, zanim Nick zdążył wytłumaczyć im, co w ogóle jest zepsute. Tak więc staliśmy spokojnie, patrząc na naszego mini vana ogołoconego z kół, dopóki Nick nie zaproponował, żebyśmy poszli coś zjeść. Trafiliśmy do fantastycznej, niewielkiej restauracji niedaleko portu, urządzonej w hiszpańsko – meksykańskim stylu pueblo. Miała tylko jedną wadę – nie było w niej klimatyzacji. Kelnerki pootwierały za to wszystkie okna, by uzyskać tak pożądany w tropikach przewiew. Spojrzałam na menu i byłam gotowa zjeść wszystko co nie było kozą. Ostatecznie stanęło na pizzy, która w karcie dań nosiła zachęcającą nazwę pizza Mozambique i przyznam, że jeśli kiedykolwiek dane mi było jeść najlepszą pizzę na świecie, to była to właśnie owa pizza w Inhambane. Samochód wciąż nie był naprawiony, a rzekomi mechanicy ociągali się z robotą, wyszukując sobie najróżniejszych wymówek: a to, że za gorąco, a to, że czekają aż ktoś przyniesie im odpowiednie narzędzia, a to że coś tam się skończyło... I tak w nieskończoność. Ponieważ byliśmy już prawie u celu, Nick zadzwonił do ośrodka, do którego jechaliśmy taki szmat drogi z Pokolwane. Ośrodek Guinjata Bay, leżał nad samym Oceanem Indyjskim w Zatoce Kokosowej (Coconut Bay). Kierownik ośrodka – urodzony w RPA Jake, osobiście przyjechał po nas swoim samochodem, by zabrać nas na miejsce. Jak się okazało po drodze, do Guinjata Bay trzeba było jechać jeszcze jakieś 20 km po czerwonym, przesyconym żelazem piachu, z którym nasz busik nie miałby najmniejszych szans. Po obu stronach drogi znajdowały się liczne drzewa kokosowe, zaś pomiędzy nimi, wprawne oko mogło od czasu do czasu dostrzec trzcinową chatkę. „Ludzie, którzy tu mieszkają, zajmują się zbieraniem i sprzedażą kokosów”, wyjaśnił Jake „dlatego nawet, jeśli znajdziecie leżący na ziemi orzech kokosowy, nie wolno wam go podnosić, bo każdy kokos jest tu czyjąś własnością i w jakimś sensie stanowi czyjeś źródło utrzymania.”. Ku przestrodze... Gdy dojechaliśmy do ośrodka moim oczom ponownie ukazał się ocean – rozległy, majestatyczny i piękny, zaś Guinjata Bay przypominała malutką wioskę zakłócającą dzikość tej części mozambickiego wybrzeża. Ośrodek zbudowany był z szeregu słomianych chat, z których każda posiadała wysoki standard sanitarny. Były w nich kuchnie, łazienki, bieżąca woda oraz elektryczność (którą wyłączano o godzinie 22:00). Ośrodek nastawiony był na atrakcje związane z nurkowaniem. Organizował kursy dla początkujących, profesjonalistów, szkolenia dla grup zorganizowanych i indywidualnych chętnych. Całością oprócz Jake'a, zajmowała się Nancy, z pochodzenia również afrykanerka. Ci miłośnicy nurkowania, przenieśli się do Mozambiku aż z Kapsztadu, nie tylko by wykonywać wymarzoną pracę, ale także by móc cieszyć się idealnymi warunkami pogodowymi cały rok. Oprócz mnie i Nick'a w ośrodku była tylko czteroosobowa rodzina z Durbanu, która przyjechała specjalnie na kurs nurkowania. Gdy jechaliśmy samochodem do ośrodka, Jake wspomniał, że teraz, w lipcu, jest właściwie środek zimy, ale za to w grudniu, czyli latem, mają mnóstwo turystów... W Guinjata Bay rozpoczął się dla mnie 3-dniowy okres prawdziwego wypoczynku i błogiego lenistwa, chociaż jednocześnie to właśnie w czasie tych dni, praktycznie zapomniałam, że jestem w Mozambiku. Leżąc na plaży, próbowałam uświadomić sobie, że 2 km stąd w słomianych chatach mieszkają zbieracze kokosów. Obrazy te wydawały mi się jednak bardzo dalekie i jakże nierealne wobec ogromu oceanu, ciepłego piasku i tropikalnego słońca. Nick całe dnie spędzał na nurkowaniu wraz z rodziną z Durbanu, więc moimi jedynymi towarzyszami w ciągu dnia były mozambickie komary, które na szczęście o tej porze roku nie roznosiły malarii. Czasami też na plaży pojawiali się sprzedawcy muszel lub wyrobów z orzecha kokosowego, jednak poza nimi i mną nad Zatoką Kokosową nie było prawie nikogo. Po trzech dniach odpoczynku trzeba było ruszać w drogę powrotną. Samochód został szczęśliwie naprawiony, dzięki sprowadzeniu przez jednego z mechaników, jakichś metalowych części z Beiry - rzekomo niezbędnych do naprawy układu hamulcowego. Szczęśliwie nie nabawiłam się póki co malarii, cholery ani żadnego innego paskudztwa, wyszczególnionego na tablicach informacyjnych na granicy w Lebombo. W drodze powrotnej, zamiast w znanym już nam Xai Xai, Nick postanowił, że zatrzymamy się w Casa Lisa, niedaleko Maputo. Był to mały ośrodek oferujący przyjezdnym niewielkie chatki, zbudowane z mieszaniny gliny i piaskowca. Moją uwagę zwrócił fakt, że łóżka w domkach są wyższe niż zazwyczaj. Nick wyjaśnił, że ma to związek z tradycją i wierzeniami ludu Shangaan, która zaleca budowanie wyższych łóżek, aby spokojnego snu nie zakłócały złe duchy. Mimo że Mozambik wciąż nie jest i na pewno jeszcze przez jakiś czas nie będzie popularnym miejscem podróży Polaków, myślę że każdy kto odwiedził ten kraj chociaż raz, doceni to co otrzymał od niego w zamian. Mozambik jest jak utracony raj gdzieś na południu Czarnego Lądu - -miejsce, w którym czas płynie jakby wolniej, a miejscowi wciąż starają się i chcą żyć w zgodzie z naturą i harmonii tej nie będzie w stanie zniszczyć żadna namalowana na murze reklama Coca Coli. Mozambik to także kraj nieopisanej wręcz biedy, jednak żyjący w niej ludzie wyznają wartości znacznie wykraczają poza naszą europejską hierarchię. Mój co prawda krótki pobyt w Mozambiku był jak do tej pory najcenniejszą podróżą w moim dotychczasowym życiu, do której bardzo często wracam myślami. Dlatego też polecam każdemu taką podróż. Przynajmniej raz w życiu!
transport
Powierzchnia: 801 590 km² Ludność: 22 000 000 (35. miejsce na świecie) Stolica: Maputo Podział administracyjny: 11 okręgów (odpowiedników naszych województw) Język urzędowy: portugalski; w użyciu jest dużo dialektów w zależności od regionu; w większości przypadków można bez problemu porozumieć się po angielsku; Jednostka monetarna: metical (MZM); w użyciu jest też rand południowoafrykański (ZAR) Ceny: W Mozambiku jest drogo, szczególnie dla białego turysty. Miejscowi chcą bardzo zarobić na nielicznych turystach, podwyższając ceny czasami nawet pięciokrotnie(!). Najlepiej zaopatrywać się w jedzenie na rynkach i targowiskach. Podróż z Polski: Samolotem z Warszawy do Johannesburg'a (z przesiadką w Londynie – Heathrow, Frankfurcie, Zurichu, Amsterdamie lub Paryżu – CDG), a następnie pociągiem/samolotem do Maputo. Cena biletu na trasie WAW-JNB-WAW = od 2500zł do 4000zł. Bilet lotniczy na trasie JNB-MPU-JNB = ok.1000zł.
info
Stosunkowo bezpiecznie, jednak polecam poruszać się po kraju z przewodnikiem lub osobą mieszkającą na stałe w Mozambiku.
warto wiedzieć
Sieć hoteli średnio rozwinięta, a istniejąca baza noclegowa to czasami naprawdę spartańskie warunki. Jednak sieć rezortów nad oceanem jest naprawdę na wysokim poziomie.
nocleg
Podróż samochodem Z RPA jest optymalnym rozwiązaniem. Obowiązuje ruch lewostronny. Główna droga „TransMozambique” ciągnąca się od granicy w Lebombo, przez Maputo aż do Beiry na północy, jest od kilku lat remontowana i nawierzchnia jest w przyzwoitym stanie. Na mniejszych drogach łatwo o dziury. Częsty jest również brak pobocza. Należy szczególnie uważać na zwierzęta, które często wychodzą na drogę. Po Mozambiku można również poruszać się autobusami, tudzież mikrobusami, którymi podróżują głównie miejscowi, jednak osobiście odradzam ten rodzaj podróżowania po kraju, gdyż nie należy on do najbezpieczniejszych dla turystów.
bezpieczeństwo
Szczepienia: Wjeżdżając do Mozambiku nie ma obowiązku wykonywania żadnych szczepień. Zaleca się natomiast szczepienia na żółtą febrę i gorączkę pokarmową. W okresie zimowym (tj. czerwiec – sierpień) istnieje ryzyko zachorowania na malarię, dlatego niezwykle ważne jest posiadanie preparatów odstraszających komary. Ponadto w czasie pobytu w Mozambiku należy zwracać szczególną uwagę na to, by brana do ust woda (nawet do mycia zębów!) była zawsze przegotowana. Wizy: Wszystkich cudzoziemców wjeżdżających do Mozambiku obejmuje obowiązek wizowy. Wizy są darmowe i można otrzymać je przy wjeździe do Mozambiku. Kiedy jechać: Na wyjazd dobry jest w zasadzie cały rok. Jednak w grudniu należy liczyć się z upałami. Mogą się one okazać uciążliwe dla niektórych turystów (szczególnie osób cierpiących na nadciśnienie tętnicze), gdyż w większości hoteli i restauracji nie ma klimatyzacji.
atrakcje
Polecam: Maputo, Xai Xai oraz wybrzeże oceanu. Piękne widoki i romantyczne zachody słońca:)
Autor: Lalushka Zdjęcia: Lalushka
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
MOZAMBIK

Stolica: Maputo Waluta: new metical (MZM) 1 MZM = 100 centavos Język urzędowy: portugalski Inne: angielski, języki grupy etnicznej Bantu

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line