Wiktor Rozmus - Mont Blanc – nazwa pochodząca z włoskiego – Monte Bianco, co w tłumaczeniu znaczy po prostu Biała Góra. Najwyższy szczyt Alp i zjednoczonej Europy.
13.08.2010Bliżej zainteresowanych tematyką zdobywania szczytu zapraszam do pobrania pełnej wersji relacji pod adresem: http://www.share.wiktor.boo.pl/Alpy_MB.zip
Dzień 1-4 wycięty ze względu na ograniczenia serwisu do 15000znaków. Doczytać można w pełnej wersji relacji pod adresem: http://www.share.wiktor.boo.pl/Alpy_MB.zip
Dzień 5 – Atak szczytowy Mont Blanc, 4810m n.p.m.
Drzemałem dość lekkim snem, toteż szmer w sąsiednim namiocie i chrzęst butów o śnieg obudził mnie, może minutę przed pierwszą. Dzwoniący budzik w telefonie i jednocześnie w zegarku, utwierdził mnie w przekonaniu, że już nadszedł czas. Na zewnątrz jest gęsta mgła, niemal bezwietrznie, widoczność na kilka metrów. Śnieg jest sypki, miękki i trudno będzie w nim chodzić z żalem odkładamy decyzję na atak. Będziemy czuwać, jeśli jakaś ekipa uderzy na przód, pójdziemy za nimi. Lekko odleciałem prawie drzemiąc, gdy Krzysztof znowu wyszedł przed namiot i znowu pyta czy idziemy. Była trzecia rano. Nie chciało mi się wychodzić, zapytałem o warunki. Dostałem odpowiedź, że lekko się przejaśniło i widać Chamonix w dole, nim zdążyłem odpowiedzieć, Kaśka mnie ubiegła, że czekamy do rana. Zgodziłem się, bo nie słyszałem jeszcze żeby jakaś ekipa ruszyła na atak. Tym razem już nie śpię, jestem zły. Na domiar złego jest zimno, mokro i znowu zerwał się lekki wiatr. Akurat przez ostatnie dni pogoda była idealna a gdy już tu jesteśmy musiało się tak popsuć. Pomiędzy podmuchami coraz silniejszego wiatru wydaje mi się, że jakaś ekipa idzie na górę, ale to może tylko złudzenie, słyszę tylko to, co chcę słyszeć. Nie dalej niż 15 minut później widzę już wyraźnie światło czołówki omiatające namiot i słyszę głosy, ktoś jednak ruszył, szaleńcy? Czy może jest nadzieja? Jedna jaskółka wiosny nie czyni, waham się, wstawać czy nie, w końcu czekam dalej. Chwilę później następna ekipa, mówią po francusku. Teraz jestem już pewien, nie jesteśmy sami! Tych ekip będzie więcej.
Przed piątą rano byliśmy już w drodze. Po szybkim szkoleniu żeby pilnować liny, nie brać zwojów do ręki, nie deptać i obserwować partnera przed sobą stworzyliśmy dwa zespoły. Zaczęliśmy wolno z przerwami piąć się granią na wierzchołek Dome du Gouter (4304m n.p.m.), nieopodal swój początek mają największe lodowce masywu, po prawej Bionnassay, po lewej Taconnaz. Mijamy pierwsze duże szczeliny w śniegu, niektóre niebezpiecznie blisko ścieżki i głębokie na tyle, że świecąc czołówką nie widzę dna. Dwa razy wspinamy się też na dość duże stopnie lodowe, wysokie, ale niestanowiące większej przeszkody, gdy idzie się w rakach. Po godzinie śnieżnej drogi skręcamy tuż przed szczytem Gouter i wchodzimy na szerokie, lekko pochyłe siodło Col du Dome. Mijają nas dwie francuskie ekipy powoli schodzące na dół, sądząc po minie i bardzo wolnym tempie zawróciły. Jeden Francuz, co chwilę się potyka, widać nie czuje się najlepiej. Obydwie ekipy idą z przewodnikami i z tego, co zauważyłem jest takich ekip tutaj bardzo dużo. Najczęściej są to francuskie ekipy, ale nie brak też Amerykanów. Idziemy dalej, obniżamy się coraz bardziej siodłem, widoczność się znacznie poprawia, wychodzi słońce i w oddali widać już awaryjny schron Refuge-Bivouac Vallot z fragmentem stromego podejścia do niego. Jest siódma rano, powinniśmy o tej porze już być na szczycie, ale nikt chyba nie przewidział takiej poprawy warunków. Szczyt przesłania mała chmura a wiejący wiatr tworzy na czubku grani fantastyczny i długi pióropusz rozwianego śniegu. W przejaśnieniach widać drogę prawie na samą górę.
Schron Vallot położony jest w połowie drogi (w pionie) na szczyt z Goutera i ma bardzo dobre położenie. Sądzę, że gdyby go nie było to Mont Blanc pochłonąłby dużo więcej ofiar. Jedno tylko jest zastanawiające, musieli go w ostatnich latach bardzo odremontować lub postawić zupełnie nowy. z relacji i zdjęć z poprzednich lat pamiętam tylko jedną, bardzo brudną szopę a to, co zastaliśmy na miejscu jest jak nowe. Cały schron jest z solidnej blachy, w środku, na ścianie jest radio alarmowe i nawet komora dekompresyjna zasilaną baterią słoneczną i akumulatorami. Spędzamy w schronie może pół godziny odpoczywając nieco i jedząc śniadanie złożone głównie ze słodkich rzeczy. Jesteśmy na 4373m n.p.m. i czuć bardzo tą wysokość.
W dalszej drodze, nie dalej niż 100 metrów nad Vallotem Grzesiek się zatrzymuje i woła, że nie czuje rąk z odmrożenia, musi wracać. Szczerze podziwiam go za tak racjonalną decyzję, nie forsował się na siłę. Przy tym poziomie tlenu o odmrożenia jest dużo łatwiej. Grzesiek się odpina, zabiera jedną linę i schodzi na dół. W piątkę bezpieczniej będzie w jednym zespole, więc dwie osoby wpinają się między nas. Wspinamy się stromą granią Bosses, chwilami w dość dużej ekspozycji. Jesteśmy już dobre 200m. nad Vallotem w połowie drogi na szczyt, gdy przywiana wiatrem nadeszła dość duża chmura. Widoczność, która jeszcze przed chwilą była dość dobra, teraz tak się popsuła, że ledwo widzę we mgle Krzysztofa, 40 metrów na przedzie. Do tego zaczęło tak intensywnie wiać i huczeć, że nawet Rafał się odwrócił w pewnym momencie, podczas krótkiej przerwy i zapytał, czy też mam wrażenie, że nad nami lata helikopter? Aerometr przypięty na zewnątrz do kurtki wskazał w porywach do 80km/h, co przy -1ᴼC dało temperaturę odczuwalną na poziomie -12 stopni. Przerwy robimy dość krótkie i tylko na uregulowanie oddechu, stanie dłużej w takich warunkach bardzo wychładza. Zegarka tego dnia jak na złość nie skalibrowałem, bo zapomniałem, błędnie, więc obliczał wysokość. Gdy według niego mieliśmy jeszcze 180m do wierzchołka, minęliśmy pierwszą ekipę (3 osoby), która zdobyła szczyt tego dnia. Zapytani ile jeszcze odpowiedzieli, że dziesięć minut. Czas dłużył się, teren powoli przechodził ze stromego w bardziej płaski, jednak wysokość cały czas rosła. Starłem się nie myśleć ile jeszcze przed nami, ale skupiać na kolejnych krokach i bardzo ważnym, głębokim oddechu. Czułem duże niedotlenienie, choć na szczęście nie wpływało to szczególnie na kondycję. Druga schodząca ekipa (2 osoby), jeszcze z uśmiechem na ustach, że im się udało, odpowiedziała, że do szczytu zostało tylko dwie minuty. To niemal już a na wysokościomierzu miałem jeszcze 70m., Jako ostatni w zespole, cały czas starałem się obserwować Krzysztofa idącego z przodu i dopóki był nade mną, wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. W pewnym momencie niemal wyrównaliśmy poziom i zobaczyłem, że idąc dalej zaczął się trochę obniżać w stosunku do mnie. Niemal równocześnie z Rafałem krzyknąłem stójcie, to już! Nie dalej niż parę metrów zobaczyłem kawałek kija wbitego w śnieg, co chyba zostało oznaczone, jako szczyt góry, nareszcie!
Krzysztof ze szczęścia dostał ataku śmiechu, położył się na śniegu i dobrą chwilę nie wstawał. Nawet wiatr się na chwilę uspokoił i zwolnił do 30km/h, Rafał starał się to wszystko filmować kamerą. Dziewczyny były bardziej zdziwione niż szczęśliwe, że to jest koniec i dalej nie idziemy, a ja też nie odczułem nawet jakiejś szczególnej euforii czy zadowolenia ze zdobycia długo oczekiwanej góry. Pamiętałem tylko żeby jak najszybciej zrobić wszystkie pomiary. Zrzucić ekran z GPSu ze współrzędnymi na dowód, jeśli baterie na zimnie wytrzymają. Zmierzyć ciśnienie, wiatr, temperaturę, zapisać wszystko, zrobić parę zdjęć całej ekipy i ze względu na warunki jak najszybciej schodzić na dół. Długopis zamarzł, ale jakoś udało mi się odcisnąć na papierze 571hPa odnotowanego ciśnienia. GPS na pierwszą triangulację znalazł sygnał z ośmiu satelit, wysoko na widnokręgu, więc wysokość obliczył mało dokładnie na 4827,4m n.p.m. Warunki nie były sprzyjające, więc nie chciało mi się czekać na lepszy sygnał, ważne, że pozycja była dobra. Aparat rzuciłem na plecak, na śniegu i ustawiłam na samowyzwalacz. 17 lipca 2010r. o godzinie 10:48 rano, jako jedna z trzech ekip tego dnia, zdobyliśmy dach Europy. Jako wyczyn to bardzo dużo, tylko widoczność nam niestety nie dopisała.
Totalna euforia dopadła mnie później, podczas monotonii schodzenia. Trwałem w niej jeszcze, gdy dotarliśmy do Vallota. Usiadłem tylko opierając głowę na rękach. Nawet mi się nie chciało z nikim gadać, nawet się nie uśmiechałem, ale czułem się w środku totalnie spełniony i szczęśliwy. Tyle miesięcy czytania, planowania, przygotowań, zakupów i nareszcie. Wątpiłem czy uda nam się tego dokonać. Szczególnie, gdy wiatr się nasilał i widoczność też się totalnie załamała. Weszła nas piątka, w sumie jakby nie było z dziewięciu początkowo chętnych osób i z sześciu w naszym zespole. Ogólnie przyjęło się, że Mont Blanc jest prostą górą do zdobycia. Już po przejściu całej tej drogi przyznam, że faktycznie jest to prosta góra, ale jednocześnie może być niebezpieczna i jednak potrafi zmęczyć. Czas podejścia na ten szczyt mnie zaskoczył. Nie sądziłem, że droga na górę zajmie nam (w prawdzie z przerwami) aż prawie siedem godzin. Nie wątpliwy minus to na pewno mgła, choć w drodze na dół, może 100 metrów poniżej szczytu na chwile rozwiało chmury i przez minutę widzieliśmy fragmenty naprawdę ładnego krajobrazu dookoła. Wystarczyło, żeby na dodatkowy dowód sfotografować grań szczytu, którą jeszcze przed chwilą wchodziliśmy. Plusem natomiast jest to, że na szczycie byliśmy sami. Podejście w ciężkich warunkach, niewątpliwie kosztowało, ale mieć dach Europy tylko dla siebie – bezcenne J.
Dziś przy dobrych warunkach, na szczyt dziennie uderzają dziesiątki osób. Dodatkowo brak jakiegokolwiek parku narodowego i uzyskiwania trudnych pozwoleń na wejście, sprawia, że jest ona dostępna niemal dla każdego śmiertelnika. Te atuty powodują, że rok rocznie, hordy turystów ciągną na szczyt. Jednak poza ludźmi jak my, dobrze przygotowanymi, wyposażonymi i planującymi wyjazd dużo wcześniej, idą tutaj też kompletni amatorzy. Ludzie zupełnie bez przygotowania i sprzętu. Według statystyk przeprowadzonych raz przez PGHM (odpowiednik naszego GOPR), tylko połowa tych turystów ma jakiekolwiek pojęcie o górach i sprzęcie, co zresztą dobrze widać po ilości komercyjnych wycieczek z przewodnikiem. Tak jak w polskich Tatrach ciągle nie brakuje turystów w klapkach, tak tutaj nie brakuje ludzi samych pchających się na górę z takim poziomem wiedzy, że nawet mi ich nie szkoda, gdy giną. Pierwszego dnia, gdy byliśmy na kempingu, Rafał z Grześkiem poznali Słowaków. Gdy opuszczali pole przyszli się pytać chłopaków, czy może wiedzą którędy najlepiej wejść na Blanca i czy potrzebne są tam raki? Trudno mi wyrazić słowami, co czułem, gdy usłyszałem, o co pytają. Taką konsternację? Zmieszanie? To ja tu kroję wyprawę tyle czasu, myśląc o niej, planując i czytając, co mi tylko wpadnie w ręce, a Ci przyjechali na hura i „ej …potrzebne raki?”. Choć na dobrą sprawę z pośród wszystkich wcześniejszych relacji, jakie przeczytałem, była też jedna ekipa bez nich. Oczywiście da się to zrobić, ale jak przypomnę sobie te chwilami strome podejścia, to jak lubię ekstremalne doznania, tak nie odważyłbym się wchodzić na tą górę w zwykłych butach. To już bardziej podchodzi pod kategorię głupoty.
Człowiek do gór, szczególnie tych wysokich, powinien mieć pewien szacunek, niektórym brak go nawet dla samego siebie. Jeszcze niedawno, w kurortach otaczających masyw, można było dostać ulotkę ostrzegającą potencjalnych turystów, że góra jest niebezpieczna bez odpowiedniego przygotowania i sprzętu. Nie powstrzymuje to jednak kolejnych fal zdobywców, chcących podbić dach Europy, podczas szybkiej weekendowej wycieczki. Cóż niektórym się to udaje, ale nie wszystkim. Znalazłem informacje, że średnio w sezonie giną tutaj dwie osoby na tydzień, a całkowitą liczbę ofiar szacuje się już na 7-8 tysięcy! Na zdrowy rozsądek, trudno się zgodzić z prawdziwością tak wielkich liczb, nie wiem też czy ktoś monitoruje od początku liczbę ofiar. Jednak dane PGHMu to potwierdzają. Na swojej stronie internetowej publikują statystyki i w samym tylko 2003r. ofiar śmiertelnych w całym masywie było 75 a wszystkich interwencji do wypadków 1421. Jeśli podzielimy to przez 51 tygodni w roku i przyjmiemy nieliniową skalę dla sezonu turystycznego, to te informacje się zgodzą – dwie osoby na tydzień. Łatwo też policzyć, że samych wypadków i interwencji mamy prawie 4 dziennie. Masyw pod tym względem jest bez wątpienia najwyżej w rankingu i paradoksalnie, pomimo swojej prostoty, Mont Blanc jest szczytem, na którym zginęło najwięcej ludzi w historii alpinizmu.
Nam szczęśliwie udało się dokonać wejścia i co najważniejsze zejścia, najtrudniejsze już za nami. Chyba dobre pół godziny spędzamy w schronie, zjadając, kto co jeszcze ma i szczególnie się nie spiesząc. Wracamy też już, jako jeden zespół.
Zakończenie
Bardziej szczegółowe informacje, numery telefonów, adresy, koordynaty GPS, mapy i opisy dróg oraz wiele innych, można znaleźć w pełnej wersji relacji pod adresem: http:
http://www.share.wiktor.boo.pl/Alpy_MB.zip
Pełna galeria zdjęć z wyjazdu dostępna pod adresem:
http://picasaweb.google.com/wiktor.rozmus/MontBlancEXpedition2010#
Trudności techniczne i drogi na szczyt
Dróg na szczyt jest kilka i wszystkie swój początek mają w miejscowościach otaczających masyw. Bardzo popularną, ale mniej uczęszczaną drogą jest Ref du Midi prowadząca ze szczytu Aiguille du Midi (igła południa), schronisko Cosmiques, ewentualnym trawersem przez Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Na igłe można dodatkowo wjechać kolejką lub wejść okrążając cały masyw Aiguilles du Chamonix drogą przez schronisko d’Envers des Aiguilles oraz Refuge du Requin. Początkowo chciałem wchodzić tą trasą, ale ostatecznie zmieniłem plan na prostszą i szybszą drogę Aiguille Du Gouter, prowadzącą przez schronisko Tete Rousse, Gouter, granią Bosses na sam szczyt.
Te dwie trasy to w zasadzie jedyne drogi wejścia na szczyt, przy czym w zależności od programu i czasu wejścia, spotykane są różne kombinacje początkowych odcinków i skrótów występujące pod różnymi nazwami dróg. Nawet włoska droga zwana papieską, prowadząca przez schronisko Miage, wchodzi na Dome du Gouter i dalej łączy się ze ścieżką, którą my weszliśmy. Końcowe odcinki wszystkich dróg, pozostają wciąż te same. Wiem, że czytanie takich dziwnych nazw, jak można tam wejść, nie daje absolutnie żadnego poglądu, więc załączam fragment mapy z zaznaczoną drogą naszego przejścia.
Jeśli chodzi o trudności to są bardzo umiarkowane. Każda droga wejścia wymaga posiadania dobrego sprzętu, raki i podobny zimowy sprzęt jest niezbędny. Jednak to, co najbardziej męczy to długie odcinki do podchodzenia i to na każdej drodze. Trudności wspinaczkowe występują na minimalnym poziomie.
Finanse i wydatki
Koszt wyprawy przerósł prawie trzykrotnie moje wstępne założenia, ale głównie, dlatego, że miałem bardzo dużo ekwipunku do odświeżenia (nowy śpiwór, mata, profesjonalny namiot). Orientacyjny koszt takich zabawek podałem w dziale Ekwipunek. z kosztów stałych pewnym jest logistyka, na nią trzeba przyjąć około 500zł bez względu na środek transportu. Samolot z wyprzedzeniem jest niewiele tańszy niż autokar, jadąc samochodem koszt paliwa na 2-3 osoby też będzie porównywalny. Trzeba też zabrać trochę € na wydatki na miejscu. Ja wydałem 140€ bez szczególnego oszczędzania na wszystko. To bardzo niewielkie koszta.
W Internecie lub czasopismach górskich można znaleźć oferty wyjazdu na białą górę z przewodnikiem. Oferty wahają się w granicach 2000zł, przy czym biuro pokrywa jedynie koszt logistyki i ubezpieczenia, sprzęt i prowiant trzeba mieć nadal swój. Zaznaczają też, że trzeba zabrać ze sobą, co najmniej 500€ na własne wydatki. Oferty takich biur mnie naprawdę bawią i nawet za darmo nie skorzystałbym z takich usług, gdyż wolę sam wyjazd zaplanować, mieć elastyczny plan i byś sobie samemu panem.
Trudności techniczne i drogi na szczyt
Dróg na szczyt jest kilka i wszystkie swój początek mają w miejscowościach otaczających masyw. Bardzo popularną, ale mniej uczęszczaną drogą jest Ref du Midi prowadząca ze szczytu Aiguille du Midi (igła południa), schronisko Cosmiques, ewentualnym trawersem przez Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Na igłe można dodatkowo wjechać kolejką lub wejść okrążając cały masyw Aiguilles du Chamonix drogą przez schronisko d’Envers des Aiguilles oraz Refuge du Requin. Początkowo chciałem wchodzić tą trasą, ale ostatecznie zmieniłem plan na prostszą i szybszą drogę Aiguille Du Gouter, prowadzącą przez schronisko Tete Rousse, Gouter, granią Bosses na sam szczyt.
Te dwie trasy to w zasadzie jedyne drogi wejścia na szczyt, przy czym w zależności od programu i czasu wejścia, spotykane są różne kombinacje początkowych odcinków i skrótów występujące pod różnymi nazwami dróg. Nawet włoska droga zwana papieską, prowadząca przez schronisko Miage, wchodzi na Dome du Gouter i dalej łączy się ze ścieżką, którą my weszliśmy. Końcowe odcinki wszystkich dróg, pozostają wciąż te same. Wiem, że czytanie takich dziwnych nazw, jak można tam wejść, nie daje absolutnie żadnego poglądu, więc załączam fragment mapy z zaznaczoną drogą naszego przejścia.
Jeśli chodzi o trudności to są bardzo umiarkowane. Każda droga wejścia wymaga posiadania dobrego sprzętu, raki i podobny zimowy sprzęt jest niezbędny. Jednak to, co najbardziej męczy to długie odcinki do podchodzenia i to na każdej drodze. Trudności wspinaczkowe występują na minimalnym poziomie.
Historia zdobycia Mont Blanc sięga aż XVIIw. Kiedy to ludzie bardziej bali się gór, niż je podziwiali. W Himalajach lokalna ludność, każdą wysoką górę okrzykiwała zaraz siedzibą Bogów i w to wierzą do dziś. W zdominowanej przez chrześcijanizm Europie, dogmaty religijne zabraniały wierzyć w takie zabobony. Ludzie poszli, więc w inną stronę. Poza jednostkami, wysokie, niezdobyte szczyty były dla ogółu dziełami diabła. W nocy widziano na nich smoki i czarownice, a do zstępujących z gór lodowcowych języków, wzywano okresowo egzorcystów, by te utrzymać w ryzach. Na góry wtedy nikt nie wchodził, bo i po co? Jedyna motywacja, która była stopniowo uznawana przez publikę, to cele naukowe. Każda wyprawa musiała być odpowiednio wyposażona, w termometr, barometr a w siedemnastym wieku nie każdego było na to stać. Cele sportowe, tak dziś popularne, spotkałyby się wówczas z ostrą krytyką.
Jednym z zapalonych badaczy był Horacy-Bénédict de Saussur’e, szwajcarski arystokrata i późniejszy profesor Uniwersytetu w Genewie. Jego głównym zainteresowaniem była przyroda, choć uważany był za wszechstronnie wykształconego. Chamonix po raz pierwszy odwiedził w 1760r. zaintrygowany opowieściami Williama Windhamowa i Richarda Pococketa, brytyjskich podróżników odwiedzających alpejskie lodowce. Mimo, iż głównym celem Horacego były badania środowiska przyrodniczego Alp, widok Mont Blanc tak go przejął, że wyznaczył nagrodę dla tego, kto znajdzie drogę na szczyt, lub chociaż będzie próbował. Stał się w ten sposób po części, motywatorem do zdobycia góry oraz inicjatorem alpinizmu. Sumy nie podał i może, dlatego z wypłaceniem wyznaczonej przez siebie nagrody czekał długo, bo aż 26 lat. 8 sierpnia 1786r. o godzinie 18:23, po 36 godzinach ciężkiej wspinaczki, na szczyt w końcu dotarły dwie osoby. Pierwsi zdobywcy, byli to: przewodnik, hodowca kozic i poszukiwacz kryształów – Jacques Balmat (24lata), oraz naukowiec, doktor Michel Gabriel Paccard (29lat).
Wyczyn pierwszych zdobywców, odbił się szerokim echem w całej Europie i stał się inspiracją do zdobywania innych wysokich gór, wzrastała też świadomość ludzi. Owiane grozą i mitami Alpy, bardzo powoli stawały się celem badań i podbojów. Datę pierwszego zdobycia do dziś uważa się za datę narodzin Alpinizmu. Balmat i Paccard, choć razem pomnika nie mają, bez wątpienia są pionierami. W centrum Chamonix stoją dwa monumenty, oba wzniesione w 1887r. Pierwszy, najbardziej rozsławiony i najczęściej fotografowany z błędnymi podpisami „zdobywcy”, przedstawia samego Balmata, który wskazuje Horacemu drogę na szczyt góry. Horacy nie był pionierem, można napisać, że był inicjatorem i sprawcą całego tego zdobycia, ale na szczycie był dopiero trzecią osobą i to rok później. 3 Sierpnia 1787r. wraz z całą ekspedycją, dokonał drugiego wejścia na Mont Blanc. To była jego pierwsza z wielu wypraw na szczyt, zakończonych powodzeniem. Miał ze sobą swojego służącego i osiemnastu wynajętych przewodników. Oni pewnie też weszli na szczyt, ale na kartach historii się już nie zapisali.
Nie dalej niż 50m widnieje drugi pomnik przedstawiający drugiego pioniera – Paccarda zwróconego w tą samą stronę. To właśnie jego ulica jest jedną z najładniejszych w całym miasteczku.
Z pośród wszystkich wypraw, jeśli nie liczyć całej pomocy, specjalnie wynajętej do zdobycia góry, to w pierwszej dziesiątce zdobywców będzie też Polak. Poeta Antoni Malczewski, zdobył szczyt 4 sierpnia 1818r. (miał wtedy 25lat), również nie sam, ale w towarzystwie jedenastu przewodników (w tym Jacques Balmat). Jego wejście, uznaje się za początek polskiego Alpinizmu.
Francja czy Włochy?
Na pytanie czyj jest szczyt pozornie łatwo odpowiedzieć, wystarczy spojrzeć na mapę. Co jednak, jeśli spotkamy dwie różne mapy? Takim sposobem w różnych źródłach, można spotkać różny przebieg granicy w masywie. Żeby dowiedzieć się prawdy, trzeba poczytać trochę historii. Studiując tą długą i zakręconą opowieść, kto co zdobył, oddał, zdradził itd. miałem naprawdę dobrą zabawę, przez ponad dwa tygodnie. W prawdzie nie konsultowałem tego z żadnym historykiem, ale po przewertowaniu wielkiego tomu Historii Powszechnej PWN, uważam, że jestem blisko prawdy. Nie chcę się tutaj bardzo rozpisywać na tematy historyczne, zacznę, więc od roku 1743, walki o zjednoczenie Włoch i Sabaudii, która właśnie stała się częścią królestwa Sardynii. Małe historyczne państwo, obejmuje swoimi granicami Alpy Sabaudzkie z masywami Mont Blanc i Vanoise, dolinami rzek: Isère i Arc oraz jeziorami: Genewskim, Annecy i Bourget.
Jest 15 maja 1796r. król Sabaudii – Wiktor Amadeusz III, (który z resztą w tym samym roku abdykował). W zamian za wsparcie w walce o zjednoczenie Włoch, podpisuje w Paryżu traktat pokojowy. Na jego mocy, Sardynia oddaje część swoich ziem (terytoria Savoie i Nice), Francji oraz zapewnia aprowizację. Traktat w swej treści niezbyt dokładnie definiuje granicę, bo przez najwyższe szczyty masywu (w tym również przez Mont Blanc). Granica już teraz dzieli najwyższy szczyt dokładnie po połowie, ale co z innymi szczytami? Jeśli przyjrzymy się wszystkim wzniesieniom na mapie, to nie tak łatwo wykreślić jednoznaczną granicę.
Wątpliwości rozwiane zostają dopiero 64 lata później. 24 Marca 1860r. pierwszy król zjednoczonych Włoch, Wiktor Emmanuel II oraz cesarz Francuzów, Karol Ludwik Napoleon III Bonaparte, podpisują drugą wersję tego samego traktatu. Tym razem bardziej precyzyjną i mówiąca, że granica ma być widoczna z włoskiego Courmayeur oraz z francuskiego Chamonix. Co tym razem z Mont Blanc? Niewiadomo, bo na dobrą sprawę, sam szczyt nie jest widoczny z żadnej z tych miejscowości. Dlatego do ostatecznej ugody demarkacyjnej, niecały rok później – 7 marca 1961r. dołączona zostaje mapa. Ta precyzyjnie wyznacza granice dzielącą na połowę szczyt Mont Blanc a z kolei Mont Blanc de Courmayeur oddaje całkowicie stronie włoskiej. W sensie demarkacyjnym, w późniejszych historycznych dziejach, już nic się ważnego nie wydarzyło, więc opisany traktat, zachowuje swoją moc do dziś. Jednak Francuzi zgodnie z pierwszą wersją traktatu, zaczęli cicho rysować granicę przez pobliski Mont Blanc de Courmayeur (4748 m n.p.m.) a najwyższy szczyt przypisali w całości sobie. Włochy oficjalnie nie zaprotestowały, może, dlatego, że Francja była wówczas ważnym sojusznikiem i taki, błędny stan map, utrzymywany jest w niektórych wydawnictwach do dziś. Spotkać możemy, więc różne wersje. Mapa, która nam pierwsza wpadła w ręce, austriackiego wydawnictwa Kompass Karten jest błędna (2 na rysunku), tak jak cały szereg podobnych, starszych map innych wydawnictw (mapa 1). Podobno w niektórych nowych mapach francusko-włoskiego wydawnictwa IGN granica w okolicach szczytu znika, pozostawiając kwestię przynależności wierzchołka całkiem niejasną. Tylko w aktualnych, satelitarnych mapach Google, granica przebiega już poprawnie (mapa 3 na rysunku).
Znając historię, wiemy, która wersja granicy jest poprawna i możemy śmiało powiedzieć, że stojąc na szczycie, stoimy jedną nogą we Francji, drugą we Włoszech.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Paryż Waluta: euro (EUR) Język urzędowy: francuski
Lokalny czas
Kiedy jechać
Cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.france-hotels.com Hotele
- www.placesinfrance.com Miejsca
- www.justfrance.org Przewodnik
- www.whytraveltofrance.com Przewodnik
- www.france.com Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

