Wyspy Kanaryjskie. Lanzarote - wakacje pod wulkanem.

ISLAS CANARIAS

fot.: jp

ISLAS CANARIAS
Kiedy padła propozycja wiosennego wyjazdu na Lanzarote miałem raczej mieszane uczucia. No bo cóż tam można robić? Palmy, leżak, basen i drinki. I sąsiad Niemiec pijący od rana piwo. Znam lepsze sposoby na wypoczynek.

Wyspy Kanaryjskie. Lanzarote - wakacje pod wulkanem.

 

   Kiedy padła propozycja wiosennego wyjazdu na Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, miałem raczej mieszane uczucia. No bo cóż tam można robić? Palmy, leżak, basen i drinki. I sąsiad Niemiec pijący od rana piwo. Znam lepsze sposoby na wypoczynek. Gdyby nie to, że na tej właśnie wyspie od kilku lat mieszka nasz przyjaciel Jacek, fotograf i dusza człowiek, pewnie zmienilibyśmy plany.

   I to byłby błąd. Wyspa ma niewiele wspólnego z potocznym wizerunkiem lansowanym przez biura podróży. Być może inaczej jest na  pozostałych (”właściwych” jest siedem, małych i maleńkich niemal niezliczona ilość), ale Lanzarote zaskoczyła nas już od momentu podchodzenia do lądowania. Z niedowierzaniem przyglądaliśmy się niewiarygodnie jałowej ziemi. To po prostu skała, a ściślej – lawa wulkaniczna. Lanzarote to wulkany, wulkany i tylko wulkany, z których ostatni aktywny  był przez kilka lat osiemnastego wieku, Timanfaya, zostawiając dziesiątki kilometrów kwadratowych marsjańskiego krajobrazu. Żadnych banalnych widoczków. Surowość skały skontrastowana z bajecznym kolorem oceanu. Po pierwszym wstrząsie wpadliśmy w zachwyt. I jak się miało okazać nie bezpodstawnie. Wyspa odkryła przed nami w ciągu tych zaledwie kilku dni wiele nieprawdopodobnie pięknych miejsc. Aż dziw, że na kawałku ziemi o długości siedemdziesięciu paru kilometrów usianym wyłącznie wulkanami, tyle można ich znaleźć.

   Bazę mieliśmy na Costa Teguise, południowy-wschód, zaraz obok stolicy wyspy, Arrecife. W małym bungalowie, oczywiście z widokiem na ocean. Tyle, że po drodze był jeszcze jeden domek, remontowany akurat przez Jacka i równie luźną trzyosobową ekipę międzynarodowych gastarbeiterów. Wydajność pracy charakteryzuje jedno określenie: maniana. Plus wspólne, nieco wydłużone śniadania z nami. Przez ostatnich parę lat, Jacek prowadził z mocno zaprzyjaźnioną Niemką knajpkę w Teguise, malowniczej, najstarszej mieścinie na wyspie. Ale związek się rozpadł i nasz przyjaciel zaczął ze stałych zajęć robić to, co robił na początku swojego pobytu na Lanzarote, czyli surfować na desce. I na szczęście wrócił do zdjęć. Bo jako barman się nie sprawdził - odłożył aparat pod błyszczący blat.

   Natomast sprawdził się jako przewodnik po miejscach, w których serwują jeszcze prawdziwe wyspiarskie jedzonko, gdzie dają najlepsze owoce morza, rybę prosto z oceanu czy pyszne tapasy z widokiem takim, że dech zapierało. I lokalne dobre, niedrogie wino wydarte wulkanicznej lawie. Jak też im się opłaca utrzymywać winnice, gdzie niemal każda gałązka winorośli otoczona jest osobnym półkolistym murkiem usypanym z czarnych kamieni, otwartym ku górze, ku spływającej nad ranem z wulkanu rosie czy wyłapującym każdą kroplę rzadkiego deszczu turlającą się po twardym podłożu, nie wiem. Ale smakuje nieźle. Na przykład w Femes, gdzie z wysokości około pięciuset metrów nad poziomem morza genialnie widać położona w dole pobliską Playa Blanca z niezwykle ukształtowanymi skałami i (wyjątkowo jak na Lanzarote) białymi plażami El Papagayo.

   Wyjątkowo, ponieważ znaleźć lagunkę z odrobiną piasku naniesionego wiatrem z odległej o sto parędziesiąt kilometrów Afryki naprawdę nie jest łatwo. Ale bywają i takie miejsca, jak nieziemskie zupełnie El Golfo, gdzie czarna jak smoła plaża opiera się o czerwono-żółto-brązowe urwisko skalne, ozdobione płaskorzeźbą wysokości kilkudziesięciu metrów wykonaną przez Matkę Naturę, a wyjętą jakby żywcem z fragmentów dzieł Salvadora Dali.

A jakby tego było jeszcze mało, między urwiskiem a plażą ulokowało się chudym półksiężycem jeziorko w intensywnie zielonym kolorze. Plus białe fale lazurowego oceanu, błękitne niebo nad głową i dziewuszki topless opalające się na czarnych, wypolerowanych przez wodę kamyczkach. I dziwić się Jackowi, że został w tym miejscu?

   Jedną z ważniejszych i barwniejszych postaci na wyspie, oczywiście oprócz Jacka, jest nieżyjący już Cesar Manrique. Artysta urodzony na Lanzarote, zgłębiający tajniki sztuki czy to w Ameryce, czy to u boku Picassa czy wśród innych wybitnych współczesnych artystów. Zostawił w świecie wiele nietuzinkowych dzieł. Po powrocie, oprócz spektakularnych pomysłów adaptacji wulkanicznych grot na sale koncertowe (los Jameos del Agua), niezwykłe knajpki (Nazaret) czy nawet swój dom (Tahiche, obecnie Fundacion Cesar Manrique), całkowicie zmienił wizerunek wyspy, nakazując, ustawowo!, malowanie wszystkich domów na kolor biały. W kontraście z czarno – brunatnymi skałami daje to niesamowity efekt i rozjaśnia bure wcześniej wioski i miasteczka. Obowiązek ten przestrzegany jest do dzisiaj i odstępstwa od białego koloru są zdecydowanie sporadyczne.

   Zwiedzając wnętrza grot wulkanicznych, opalając się na wulkanicznych plażach czy jedząc kotlety smażone na grillu z ognia wulkanicznego nie mogliśmy oczywiście nie zdobyć najwyższego na wyspie wulkanu Monte Corona, 609 m npm. Wyrasta tuż obok niezwykłego punktu widokowego Mirador del Rio, gdzie podziwialiśmy jeden ze wspanialszych zachodów słońca, z widokiem na malownicze wyspy La Graciosa (na którą popłynęliśmy jednego dnia, by poopalać się  i popływać w lagunce usytuowanej pod samym wulkanem) czy Montana Clara. Z drugiej strony ulokowała się niezwykłej urody mieścinka Haria, wyjątkowo pełna zieleni, drzew i palm, gdzie zajadając się tapasami i popijając lokalne wino obserwowaliśmy grę w boule.

   Wysokość Monte Corona nie jest powalająca, ale droga przez Teguise, w dzień niezwykle malownicza (zahaczcie koniecznie po południu o Guinate), w nocy okazała się nieco karkołomna. Czemu w nocy? Otóż postanowiłem zdobyć Coronę o wschodzie słońca. Nastawiłem budzik w komórce nanieco ponad godzinę przed świtem. Pół godziny dojazd, pół godziny zdobycie (tak szacowałem) góry z wioski o najkrótszej chyba na świecie nazwie Ye. Dzwonek telefonu obudził nas przy pełnych ciemnościach. Z lekka byłem zdziwiony, ale podobno na tej szerokości geograficznej nie ma długiego brzasku, jak u nas. Ciemno, trzask prask, i jasno. Nieco zaspani jedziemy rozklekotaną renówką bosto Jacka wąskimi drogami pełnymi serpentyn. Ciągle ciemno. Nagle łapiemy się na tym, że przecież czas na Lanzarocie przesunięty jest w stosunku do polskiego o godzinę! Stąd ta nieustająca ciemność.

   Wbijamy się ciasnymi uliczkami Ye jak najwyżej, jak najbliżej wulkanu i drzemiemy w niewygodnym do nieprzytomności samochodzie. Przy szczekaniu psów w porannych szarościach szukamy ścieżki biegnącej pomiędzy kamiennymi płotkami pól kaktusowych. Na daremnie. Idziemy więc na skróty omijając co dorodniejsze okazy niegościnnych roślin. Kierunek szczyt. Surowa gleba przy wiosce przechodzi w jeden, omszały kamień, którego z trudem czepiają się jakieś ostre, małe krzewy. Krajobraz iście księżycowy. Zbliżamy się wolno do szczytu. Już dokładnie widać wnętrze krateru. Za naszymi plecami z Oceanu Atlantyckiego powoli wyłania się ogromne słońce. Spotykamy się z nim niemal równo na szczycie Monte Corona. Co za widok!

   I tak, włócząc się po plażach, knajpkach, muzeach czy ciekawych zakątkach, spędziliśmy kilka niezwykle interesujących dni. Lecąc na Wyspy zabrałem, co do mnie raczej nie podobne, zaledwie kilka filmów, nastawiając się na mocno leniwy wypoczynek przy drinku i braku okazji do interesujących zdjęć. Dobrze, że z zakupem slajdów nie ma na Lanzarote (no, w Arrecife) problemów.

  

2.

   Pożegnaliśmy się z Jackiem jego stwierdzeniem: „Ciekaw jestem Twojego spojrzenia na Kanary, jak widzisz je „na świeżo” z zewnątrz. Co można w nich znaleźć dla fotografii. Ja już tak przywykłem, że właściwie nie robię zdjęć z Lanzarote. Robię zdjęcia.”

   Cóż, mam nadzieję, że te, które zrobiłem też są zdjęciami. Z Kanarów.

Jerzy Pawleta, Lanzarote 2004                                                        www.jpfoto.pl

Khao Sok, poczuj się jak w raju!
Wyprawa tygodnia Khao Sok, poczuj się jak w raju!

Dziewicza przyroda, niezwykłe piękno i niezapomniane chwile w jednym z najstarszych lasów deszczowych na naszej planecie…

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.