okazje

13 czerwca 2008r. wyruszyłem na wyprawę, której głównym celem był zamiar wejścia na szczyt Hvannadalnashnukur (2119 m.n.p.m.) na Islandii.

14.07.2008

2-DZIEŃ (Islandia):

Opis wejścia na Hvannadalnashnukur:

Rano rejestrujemy podjecie naszej działalności górskiej i wyznaczamy czas(24h), po jakim w razie braku kontaktu ma zostać podjęta akcja poszukiwawcza. Przy okazji dowiadujemy się, iż jest krótsza droga na szczyt, kupujemy mapę, zaznaczamy trasę i w drogę. O godz. 9.00 jesteśmy gotowi do wyjścia. Nasze plecaki(~10kg/osoba) są lżejsze niż zazwyczaj, nie zabieramy ze sobą namiotów itp. Przewidywalny czas akcji górskiej to 10÷15h. Idą 4 osoby (Piotr, Waldek, Jakub i ja). Na parkingu w miejscu, z którego jest wyjście na szlak stoi jedno auto, to dla nas dobry znak. Liczymy na to, że droga przez lodowiec będzie przetarta. Pogoda taka sobie, w górze wiszą kłęby chmur, ale liczymy, że będzie dobrze. Z początku idzie łatwo, szybko zdobywamy wysokość. Z upływem czasu grupa się rozciąga, każdy idzie własnym tempem. Idziemy teraz wąskimi ścieżkami pomiędzy blokami utworzonymi z zastygłej onegdaj lawy. Zdobywamy kolejne wzniesienia, w tym czasie na niebie pojawia się coraz to więcej chmur. Powoli zbliżamy się do lodowca, zaczyna robić się chłodno, zakładamy polary i kurtki. Po około półtorej godzinie marszu od wyjścia docieramy do lodowca. Niestety przed nami ściana mgły. Pocieszające jest to, że tak jak przypuszczaliśmy, na lodowcu widoczne są wyraźnie ślady. Wkraczamy w mgłę i brniemy po stromym stoku ostro w górę. Pogoda pogarsza się i zaczyna padać śnieg. Ślady, po których idziemy stają się coraz bardziej niewyraźne. Śnieg sypie teraz bardzo intensywnie, widoczność zmniejsza się do około 10, a momentami nawet 5 metrów. Po około 2 godzinach od wejścia na lodowiec, tracimy ślady. Jesteśmy zdezorientowani, nie posiadamy GPS-a. Po krótkiej naradzie i głosowaniu, zapada decyzja: idziemy do góry jeszcze przez 1 godzinę, jeżeli w tym czasie nie odnajdziemy śladów, zawracamy i schodzimy. Piotr wyciąga linę, zakładamy uprzęże i łączymy się liną. Brniemy tak w tej wszechobecnej bieli, silny wiatr nie oszczędza nas. Śladów w dalszym ciągu nie widać. Trawersujemy stok raz w lewo, raz w prawo, w nadziei, że w końcu jakimś cudem trafimy na ślady. Nagle po upływie około 45 minut, jakby skinieniem czarodziejskiej różdżki trafiamy na ślad. Nad naszymi głowami z gęstej mgły nieśmiało i niewyraźnie przedziera się słońce. Dochodzimy do wypłaszczenia, nastroje w grupie poprawiają się. Robimy sobie krótką pauzę, jemy czekoladę i pijemy. Możemy ruszać dalej, widoczność mamy teraz stanowczo lepszą, na około 30 metrów. Okazuje się, że jesteśmy na jakimś ogromnym plato. Suniemy dosyć szybko do przodu, w nadziei, że lada moment dotrzemy pod szczyt. I nagle jest, wyłania się z naszej prawej strony, ogromna i bardzo odległa kopuła szczytowa. Ten widok dodaje nam wigoru, osiągamy niesamowitą prędkość. Zastanawia nas tylko jedno, skoro kopuła szczytowa jest po prawej, to, dlaczego udeptana trasa odchodzi coraz bardziej na lewo. Nagle w pewnej chwili w dali dostrzegamy jakieś postacie sunące w naszym kierunku. Zbliżamy się do siebie, teraz już lepiej ich widzimy. Prowadzi kobieta, a na linie są jeszcze 3 osoby. Powoli dochodzimy do siebie, witamy się. Kobieta jest przewodnikiem ze Skaftafell, prowadzi alpinistów. Wracają już ze szczytu. Okazuje się, że to, co nam się wydawało szczytem, nie jest nim. Przewodniczka informuje nas, że musimy iść po śladach, kierując się cigle w lewo. o szczytu may jecze ja 2 godziny drogi. Dziękujemy i ruszamy dalej. Tempo mamydobre, po plato sunie się tak dobrzejakby jechało się na saniach. Przejaśnia się jeszcze bardziej, i po niespełna pół godzinie naszym oczom ukazuje się przepiękna kopuła szczytowa. Jest dosyć wysoka i stroma, z prawej strony kończy się pionową ścianą. Robimy kolejną przerwę, tym razem wyciągamy aparaty z plecaków. W końcu coś widać, coś wspaniałego i należy to uwiecznić. Pan w niebie okazał nam swoją łaskę, pozwolił nam odnaleźć ślady, wyprowadził nas z tej okropnej gęstej mgły. A teraz rozwinął przed nami takie wspaniałe widoki. Na tym pełnym od bieli pustkowiu człowiekowi niewiele jest potrzebne do szczęścia. Jesteśmy pełni euforii, zakładamy plecaki, aparaty i w drogę. Musimy wykorzystać tą okazje i jak najszybciej dotrzeć na szczyt. Dosłownie w mgnieniu oka znajdujemy się pod kopułą szczytową. Zakładamy raki, gdyż podejście jest dosyć strome, i dalsza droga byłaby niemożliwa do pokonania. Zaczynamy powoli trawersować kopułę, momentami mamy podejścia bezpośrednio na wprost. Musimy wtedy bardzo uważać żeby się nie pośliznąć. Tempo teraz znacznie opada, męczymy się bardzo szybko. Musimy częściej robić krótkie przerwy. Jest stromo, dochodzimy do szczeliny, nad którą jest mostek śnieżny. Ostrożnie przechodzimy kolejno przez ten mostek, koledzy są przygotowani i asekurujemy siebie nawzajem skupiając się na osobie, która w danym momencie pokonuje właśnie mostek. W końcu jesteśmy szczęśliwie wszyscy powyżej szczeliny i możemy iść dalej w kierunku wierzchołka. W pewnym momencie prowadzącemu Piotrowi rozpina się rak, widzę tylko, że go odrzuca na bok i idzie dalej. Pewnie do szczytu mamy już niedaleko. Ja jeszcze nie dostrzegam szczytu, ale od Piotra dzieli mnie 30 metrów liny, a kolejne 20 metrów, z 50 jaką mamy taszczę w plecaku. Na chwilę znowu przystajemy. Coś tam u góry się dzieje, czyżby to był już nasz upragniony szczyt. Nie, niestety to Piotr znowu ma problemy. Kolejny rak mu się rozpiął. Tak jak poprzedni, ląduje na śniegu. Idziemy dalej, zapewne to już bardzo blisko. Zerkam przed siebie zniecierpliwiony, Piotr stoi a do niego powoli dochodzi Waldek. I Jakub jest już przy nich, jeszcze tylko ja. Docieram do nich i wspólnie robimy jeszcze jeden krok i właśnie w tym momencie stajemy na szczycie. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale jednocześnie bardzo szczęśliwi. Udało się nam szczęśliwie dotrzeć na szczyt. Pod nogami mamy 8300 km² lodowca. Drugi pod względem powierzchni lodowiec Europy jest nasz. Cieszymy się niesamowicie. Odpinamy linę od uprzęży, wyciągamy aparaty i sesja fotograficzna jest w toku.

Na szczycie pozostajemy około 30 minut, przez ten czas mamy wspaniałą widoczność. Powoli zaczynamy się zbierać, gdyż nadciągają gęste chmury. Zaczyna też wiać silny i dość zimny wiatr. Pewnie nadciąga jakiś front chłodnego powietrza. Spinamy się ponownie liną, teraz ja prowadzę. Ruszamy w dół, momentalnie robi się strasznie zimno. Nagle czuje napiętą linę, odwracam się i widzę Piotra leżącego na śniegu. Podnosi się powoli, brak raków w jego przypadku jest teraz szczególnie niebezpieczny dla niego. Schodzimy bardzo powoli, dochodzimy do pierwszego porzuconego raka, robimy przerwę by Piotr mógł dokładnie założyć raka. Idziemy w dalszym ciągu dosyć powoli i ostrożnie. Jest strasznie stromo, na szczęście nic złego się już nie dzieje. Odnajdujemy 2-go raka, dajemy czas Piotrowi na jego założenie. I dalej w dół, byle jak najszybciej dojść do plato. Dochodzimy do śnieżnego mostka, który musieliśmy wcześniej pokonać. Ostrzegam kolegów o tym fakcie, są już w pełnej gotowości na wszelki wypadek. Wchodzę ostrożnie na mostek, pokonuje go. Teraz następny z kolegów przechodzi przez niego, kolejny i na końcu Piotr. Wszystko w porządku, idziemy dalej w dół. Wokoło nas coraz bardziej gęstnieje mgła. W końcu dochodzimy do plato, teraz jest już w miarę bezpiecznie. Albo mi się tylko wydaje, ale jest jakby cieplej niż jak zaczynaliśmy schodzić z kopuły szczytowej. Sięgam po butelkę z piciem, a tu niespodzianka. Zostało mi niewiele picia, a to, które jest prawie zamarzło. Udaje mi się popić, co nieco z tego lodowatego płynu. Odpinamy linę i chowamy ją do plecaka. Raczej nie będzie już nam ona potrzebna. Niektórzy ściągają i chowają od razu raki. Teraz idziemy po plato, idący w rakach strasznie się męczą i zostają w tyle, gdyż raki nabijają się śniegiem. Grupa się rozciąga. Ja w końcu przystaje i też ściągam raki i chowam je do plecaka. Teraz idzie się znacznie lepiej i przede wszystkim szybciej. Idę ostatni, ale powoli doganiam Jakuba robiącego zdjęcia. Widoczność nie jest za dobra, i pogarsza się coraz bardziej. Idziemy przez pewien czas razem, dochodzimy do końca plato i zaczynamy powoli schodzić w dół po stoku. Zaczyna się odzywać moje kolano i muszę trochę zwolnic. Informuję Jakuba żeby na mnie nie czekał, bo ja będę szedł powoli. Kolega oddala się i po chwili zostaje sam w tej bieli. Widoczność jest teraz dosyć kiepska, zaczyna lekko prószyć śnieg. Ślady na lodowcu są jednak dosyć wyraźne, więc nie mam powodu do obaw. Co jakiś czas dostrzegam kolegów czekających na mnie. Widzimy się nawzajem, dla nich to znak ze jakoś sobie radzę. Zapewne Jakub poinformował ich o moich problemach z kolanem. Po jakimś dłuższym czasie, dostrzegam ich po raz kolejny. Stoją i czekają, zbliżam się do nich coraz bardziej. Już prawie do nich dochodzę. Nagle Waldek informuje mnie, żebym odbił w lewo, ponieważ przede mną znajduje się niewielka szczelina, w którą on wpadł po pas. Omijam to miejsce i dalej idziemy razem przez krótką chwilę. Kolano nie pozwala mi na dopasowanie się do ich tempa, a rozumiem, że każdy chce zejść jak najszybciej z lodowca. Koledzy znowu giną mi z oczu we mgle. Mija trochę czasu i zaczynam powoli dostrzegać jakieś skały. Wszyscy czekają na mnie po raz kolejny. Siedzimy przez chwilę na skałach. Waldek ma jeszcze wodę, dzieli się ze mną. Nalewam sobie do butelki. Ruszamy ponownie, od tego momentu mamy około półtorej godziny zejścia na parking do naszego busa. Ustalamy, że każdy idzie swoim tempem oraz ze staramy się nie tracić siebie nawzem. Droga dłuży mi się niemiłosiernie, co jakiś czas przystaje żeby odpocząć. Na dodatek pada deszcz, jestem już coraz bardziej zmęczony. W oddali dostrzegam jedynie Piotra. Zejście wydaje się nie mieć końca. Kolano boli coraz bardziej. W końcu jest, dostrzegam w oddali parking i czerwonego busa. Stoi tam i czeka na mnie, a ja już nie mam siły iść. Trwa to chyba wieczność. Już jestem blisko, przed busem czekają osoby, które nie poszły z nami na górę. Składają mi gratulacje, jesteśmy teraz w komplecie. Jest godzina 21.30. Pakujemy się i jedziemy na parking do Skaftafell. Na miejscu informujemy o naszym powrocie, pijemy gorącą herbatę, gotujemy kolację i oczywiście bierzemy po tym wszystkim prysznic i idziemy spać.

info

8-DZIEŃ (Islandia):

Ostatniego dnia rano jedziemy do małej miejscowości Borgafjördur, wioski rybackiej położonej za tą przełęczą. Jest to jedno z miejsc na wyspie, gdzie można z bliska podziwiać Maskonury (ptaki o charakterystycznych kolorowych dziobach) w ich naturalnym siedlisku na skałach. Tutaj kończy się praktycznie nasza wyprawa. Jest 26 czerwca, pozostaje nam jedynie powrót do portu Seyðisfjörður, skąd o godzinie 16.00 odpływamy do Hanstholm w Danii.

3-DZIEŃ (Wyspy Owcze):

Ostatniego dnia pobytu (18 czerwca) na Wyspach Owczych, podziwiamy uroki i spacerujemy po czarnej plaży. Wracamy na wyspę Streymoy skąd poprzez tunel pod zatoką Vestmannasund ruszamy na wyspę Vágar. Podziwiamy stamtąd przepiękny łuk skalny Drangin i wysepkę o charakterystycznym kształcie, określaną „palcami wiedzmy” . Późnym popołudniem zjeżdżamy do portu w Torshavn, przygotowujemy obiadokolację i szykujemy się na prom, który odpływa o godz. 21.30.

4-DZIEŃ (Islandia):

Þingevellir jest to najważniejsze miejsce dla islandzkiej tożsamości narodowej. W dosłownym tłumaczeniu „równina zgromadzeń”, gdyż zbierał się tu Althing – średniowieczny islandzki parlament. Tutaj stanowiono prawo, dokonywano egzekucji a w 1000 roku zdecydowano o przyjęciu chrześcijaństwa i ustanowiono biskupstwa w Skálholt i Hólar. Dolina i jej okolice stanowią najstarszy na wyspie Park Narodowy i jest on wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Z Þingevellir jedziemy podziwiać geysiry, gorące źródła wyrzucające słupy wody. Najsłynniejszy z nich Geysir („wybuchający”) nie wybucha sam z siebie, a uaktywnia się dopiero podczas trzęsień ziemi. Wielka atrakcją jest za to Strokkur („maselnica”) wyrzucający regularnie, co 10 minut potężne, wysokie nawet na 30÷35 metrów słupy wody. Robi to duże wrażenie. W pobliżu jest jeszcze kilka źródeł, nie wyrzucają, co prawda słupów wody, ale woda w nich przybiera intensywne kolory. Następnym etapem naszej podróży jest przejazd przez INTERIOR (Serce Islandii). Śmiało można rzec, że islandzkie krajobrazy są niesamowite, a najbardziej niezwykłe widoki kryje niedostępny z pozoru Interior. Na początku naszej trasy podziwiamy przepiękną kaskadę Gullfoss („złoty wodospad”), najsłynniejszy na Islandii. Rzeka Hvitá toczy wody z impetem po dwóch progach, wysokich na 11 i 21 metrów, by potem płynąć głębokim, długim na ponad 2 kilometry wąwozem. Następnie wybieramy trasę KJÖLUR – droga nr 35. Trasa ta jest znana od wieków, gdyż tędy właśnie mieszkańcy północno i północno – wschodniej Islandii zmierzali co roku do Þingevellir na obrady Althingu. Interior to odludna i pustynna część, bardzo niegościnna, gdzie ongiś schronienia szukali bandyci, pozostała po nich do dziś nazwa Þjófadalir („dolina złodziei”). W drodze przez interior podziwiamy 2 i 3 pod względem powierzchni lodowiec Islandii czyli LANGJÖKULL (953 km²) i HOFSJÖKULL (925 km²). Na obiadokolację zatrzymujemy się w Hveravellir („dolina gorących źródeł”) to poza otaczającymi dolinami lodowcowymi najciekawsze miejsce na trasie Kjölur. Okolica jest geotermiczna, o czym może świadczyć choćby dymiący kopiec, błękitne źródło i inne źródła. Po przejechaniu Interioru jedziemy w kierunku Akureyri, zatrzymujemy się gdzieś po drodze na parkingu i nocujemy.

6-DZIEŃ (Islandia):

Trekking z Ásbyrgi do Dettifoss cd.:

Docieramy w końcu do pierwszego na naszej trasie parkingu w Vesturdalur. Naszych towarzyszy nie widać, pewnie są daleko przed nami. Mnie dopada biegunka, suszone morele w połączeniu z wodą, której wypiłem sporo, stanowią kiepską mieszankę. Robie kilka rundek do kibelka, tracimy około pół godziny na batalię, jaką stoczyłem. Pora ruszać dalej. Jak dobrze, że idę z Jakubem, podczas gdy on robi zdjęcia, ja korzystam jeszcze kilka razy z zarośli. Powoli zaczynam czuć się lepiej, musimy zwiększyć tempo żeby dogonić naszych towarzyszy. W pobliżu Glóppa schodzimy ostro w dół, kierujemy się ku rzece. Zaczyna mi bardzo dokuczać kolano. A tam na dole czeka na nas niespodzianka. Musimy przeprawić się przez odnogę rzeki Hólma. Przed nami szeroki na 7 metrów strumień. Chcę uwiecznić tą chwilę, ale aparat odmawia mi posłuszeństwa. Brak energii, a to pech! Fotki robi za to Jakub. Nie pozostaje nam teraz, nic innego jak zdjąć buty i przejść przez ten strumień, co też czynimy. Woda jest lodowato zimna, ale dobrze robi to naszym skatowanym stopom. Po przejściu korzystam z okazji, smaruję kolano maścią i zakładam opaskę uciskową. Do strumienia dochodzi z przeciwnej strony grupa turystów z plecakami. Rozmawiamy z nimi, pytamy się o naszych kolegów. Jak daleko z przodu mogą być? A tu niespodzianka, oni nikogo nie mijali na trasie. A do wodospadu Dettifoss pozostało nam jeszcze około 6 godzin marszu. Jesteśmy bardzo zaskoczeni tą informacją, zbieramy się i idziemy w kierunku drugiego parkingu na naszej trasie w Ytra-Þórunnarfjall. Po drodze mijamy przepiękny wodospad Hólmarfossar, setki niewielkich kaskad spadają tu pośród zieleni traw i karłowatych drzewek. Dochodzimy do parkingu w Ytra-Þórunnarfjall a tu żywej duszy nie widać. Jest tu za to zasięg, dostajemy wiadomość (SMS-a) od naszych kolegów, są już w busie na trzecim parkingu przy wodospadzie Dettifoss. Nie pozostaje nam nic innego, jak dokończyć trekking. Od tego miejsca poruszamy się w księżycowym krajobrazie. Kolano coraz bardziej mi dokucza, robi się także coraz zimniej. Jak dobrze, że zabrałem ze sobą ciepłe ubrania. Dochodzimy do krawędzi wąwozu, od tego miejsca trzymamy się rzeki. Czekają nas tu strome zejścia, co bardzo negatywnie wpływa na moje kolano, i ostre podejścia. Jednak widok Hafragilsfoss jaki się przed nami wyłania, wynagradza nasz wysiłek. Wodospad Hafragilsfoss ma 27 metrów wysokości, a bardzo głęboki w tym miejscu wąwóz, którym płynie rzeka, jest nazywany miniaturą amerykańskiego Wielkiego Kanionu. Woda ma kolor szary, w dole ciekawie kontrastuje z błękitem zatoczki, zasilanej strumieniem spadającym z zachodniej ściany. Z tego miejsca mamy jeszcze około 3 kilometrów do wodospadu Dettifoss. Dróżka którą idziemy, skręca teraz ostro w prawo. Idziemy wzdłuż olbrzymiego kotła, obchodzimy go i kierujemy się na parking przy wodospadzie Dettifoss. Na parkingu jesteśmy po północy. Jestem okropnie zmęczony, piję gorąca herbatę, jam parę kanapek i idę spać.

8-DZIEŃ (Islandia):

Ostatniego dnia rano jedziemy do małej miejscowości Borgafjördur, wioski rybackiej położonej za tą przełęczą. Jest to jedno z miejsc na wyspie, gdzie można z bliska podziwiać Maskonury (ptaki o charakterystycznych kolorowych dziobach) w ich naturalnym siedlisku na skałach. Tutaj kończy się praktycznie nasza wyprawa. Jest 26 czerwca, pozostaje nam jedynie powrót do portu Seyðisfjörður, skąd o godzinie 16.00 odpływamy do Hanstholm w Danii.

noclegi

3-DZIEŃ (Islandia):

Następnego dnia ruszamy do Vik otoczonego czarnymi plażami. To najbardziej na południe wysunięta miejscowość na wyspie. Spacerujemy po plaży, pełen relaks. Odczuwam lekki bul w kolanie, ale nie jest aż tak tragicznie jak było wczoraj w trakcie zejścia. W dalszej drodze podziwiamy z daleka lodowiec Mýrdalsjökull. Zatrzymujemy się przy wodospadzie Skógafoss. Rzeka Skóga spada w tym miejscu z impetem z wysokiej na około 60 metrów skarpy, na której szczyt można się wspiąć po skałach. Większość z naszej ekipy idzie na górę. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasteczko i morze. Miasteczko Skógar ma 300 mieszkańców, jej nazwa oznacza „las”, jednak nie ma tutaj drzew. Jadąc dalej na zachód w kierunku Reykjaviku podziwiamy niestety z bardzo daleka Heklę. Jest to najaktywniejszy wulkan na wyspie, nazywany „bramą do piekieł”. Kolejnym punktem, w którym się zatrzymujemy, jest właśnie Reykjavik. To jedyne miejsce na Islandii, gdzie można poczuć atmosferę dużego miasta, ma 117 tyś. mieszkańców. Jest położony na południowym brzegu zatoki Faxaflói. W starej części domy i dachy mienia się intensywnymi kolorami. Stare budynki sąsiadują z nowymi. Po zwiedzeniu Reykjaviku udajemy się do Grindavik na kąpiel w Blue Lagoone. Jest to bodaj najbardziej znana atrakcja na Islandii, kąpiel w geotermalnej niebieskiej wodzie pośród szarych pól lawy. Gorąca woda pochodzi z głębokości 2000 metrów. Jest ona doprowadzana do elektrowni gdzie oddaje większość ciepła a następnie dopływa ona do laguny, ma wówczas temperaturę 38°C÷40°C. Lista korzyści z kąpieli spędzonej w ciepłej wodzie, bogatej w minerały, związki siarki i krzemu jest ogromna. Przede wszystkim odpręża i pozwala się zrelaksować. Ponadto pływanie w lagunie korzystnie wpływa na cerę. Koszt takiej kąpieli to 2300 ISK (~70zł) lub na dziko w pobliżu budynków elektrowni Svartsengi. Ja wybrałem ten drugi wariant, reszta ekipy relaksowała się w komfortowych warunkach z prysznicem po kąpieli. Po kąpieli w lagunie jemy kolację, mamy w końcu czas uczcić nasze wejście na Hvannadalshnúkur, pijemy drinki i dalej w drogę w kierunku Parku Narodowego Þingevellir. Dojeżdżamy i spiny na parkingu.

transport

5-DZIEŃ (Islandia):

Akureyri to znakomity port, w połączeniu z bliskością terenów rolniczych stał się dobrym miejscem do zawierania transakcji handlowych. Miasto to leży w głębi Eyjafjörður, najdłuższego islandzkiego fiordu i liczy zaledwie 17 tyś. mieszkańców. Dla nas jest to przystanek w drodze do Mývatn. Zatrzymujemy się po drodze jeszcze przy wodospadzie Godafoss, jest nie tylko piękny, ale również ważny ze względu na historię wyspy. Po przyjęciu chrześcijaństwa przewodniczący Althingu wrzucił tu do wody posągi pogańskich bogów. Stąd wzięła się nazwa kaskady, która oznacza „wodospad bogów”. Jest on szeroki na 30 metrów i wysoki na 12 metrów. Po dojechaniu do Mývatn, w tepie ekspresowym obchodzimy ścieżką widokową brzeg jeziora. Mývatn (37 km²) oznacza „jezioro muszek” – istotnie, owady dają się we znaki. Zbiornik leży na uskoku tektonicznym, wcześniejsze wybuchy pozostawiły po sobie między innymi pola lawy i malutkie wysepki na jeziorze. Jest ono bardzo płytkie, w najgłębszym miejscu ma 4,5 metra. Zasila je woda ze źródła pod dnem, zaś z samego akwenu wypływa rzeczka Laxá. Z Mývatn udajemy się do niezbyt oddalonego Dimmuborgir, to niesamowite miejsce „czarne miasto”. Jest to pozostałość po jeziorze lawy, która zastygając utworzyła niesamowite formy. Wikingowie wierzyli że żyją tu elfy i trole. Pośród skał, słupów, łuków, jaskiń i wąwozów można spacerować kilkoma wyznaczonymi szlakami, przejście zajmuje kwadrans, inne około 1 godziny. Część grupy postanawia wspiąć się na pobliski wulkan, pozostali spacerują po Dimmuborgir oraz szykują kolację. Po kolacji jedziemy do Hverarönd. Jest to pole pełne dymiących kopczyków i bulgoczących oczek błotnych. Unosi się tu intensywny zapach siarki, którą kiedyś tu wydobywano. Nad polem góruje zbocze Námafjell, do dziś zalegają na nim pokłady niewydobytej siarki. Jest już dosyć późno, prawie północ, a słońce nadal na niebie. Korzystamy z tego dobrodziejstwa i jedziemy jeszcze obejrzeć okolice wulkanu Krafla. W latach 70 wybudowano tu elektrownie, wykorzystującą drzemiącą pod ziemią energię. W skałach wywiercono głębokie kanały, sięgające komór magmowych. Wydobywająca się z nich para, jest doprowadzana rurami do budynków elektrowni, gdzie zostaje wykorzystana do napędzania turbin. Wulkan Krafla ostatni raz dał o sobie znać w XVIII wieku, ówczesną erupcję nazwano „ognie Mývatn”. Wówczas powstał malowniczy, obecnie częściowo wypełniony wodą, krater Viti, którego nazwa oznacza „piekło”. Po dniu pełnym wrażeń kierujemy się w stronę Húsavik, i po drodze dużo po północy robimy pauzę nad brzegiem morza grenlandzkiego.

warto wiedzieć

1 - DZIEŃ (Wyspy Owcze):

13 czerwca o północy spotykamy się na dworcu PKP we Wrocławiu. Jest nas 8-osób, 2-dziewczyny i 6-chłopaków. Z Wrocławia ruszamy busem organizatora do Hanstholm w Danii. Stamtąd 14 czerwca o godzinie 22.30 odpływamy promem na Wyspy Owcze. Jest to pierwszy punkt naszej podróży. W Torshavn jesteśmy 16 czerwca o 9.00 i po krótkiej odprawie ruszamy na zwiedzanie wyspy Streymoy. Mży lekki deszczyk, będzie on nam towarzyszył, prawie przez cały czas naszego pobytu na wyspach. Jedziemy do Kirkjubour, jest to dawna średniowieczna stolica Wysp Owczych. Po krótkim zwiedzaniu przygotowujemy i jemy obiad. Po napełnieniu brzuszków jedziemy dalej, zatrzymując się w ciekawszych miejscach, lecz pogoda nie pozwala nam w pełni rozkoszować się pięknem Wysp Owczych. Jedziemy na wyspę Eysturoy, zwiedzamy tam przepiękny i stromy klif Gjógv. Podziwiamy z oddali klif Gellingarklettur. Wieczorem zjeżdżamy na nocleg do owczarni, część z nas śpi w owczarni, reszta w busie.

2-DZIEŃ (Wyspy Owcze):

Następnego dnia, pomimo lekkiej mżawki, postanawiamy zdobyć najwyższy szczyt Wysp Owczych a jednocześnie Danii. Dojeżdżamy do przełęczy, nad którą wznosi się Slattaratindur (882 m n.p.m.), ze względu na mgłę, widoczność mamy ograniczoną do około 30 metrów. Jest nas 6-osób chętnych do wejścia na szczyt. Idą: Piotr, Waldek, Jakub, Tomek, Olga i ja. Droga jest kiepsko oznaczona, powoli zdobywamy wysokość. Mgła coraz bardziej gęstnieje. W takich warunkach dochodzimy do grzbietu podszczytowego. Teraz wieje silny wiatr i zaczyna padać mocno deszcz. Widoczność zmniejsza się drastycznie maksymalnie do 10 metrów. Z tego też względu rezygnujemy z poszukiwania najwyższego punktu tej góry. Czasami niestety tak bywa, że się z pogodą przegrywa. Schodzimy do busa i wracamy do owczarni. Tam przygotowujemy obiad i jednocześnie suszymy ubrania. Pogoda późnym popołudniem jak na złość poprawia się, przestaje padać deszcz i zza chmur wychodzi słońce. Jesteśmy wściekli, ale co zrobić. Pozostali uczestnicy chcą teraz jechać nad zatoczkę Funningsfjørður. Po obejrzeniu zatoczki wracamy na nocleg do owczarni. Dwie osoby, Waldek i Jakub są przygnębieni porażką dzisiejszego dnia. Postanawiają sobie to odbić i ruszają około godziny 21.00 by zdobyć pobliską górę M?...
(8?? m n.p.m.). Obserwujemy ich przez lornetkę, w pewnym momencie tracimy ich z oczu. Na szczyt dochodzą według ich relacji około północy.

1-DZIEŃ (Islandia):

Do portu Seyðisfjörður na Islandii docieramy 19 czerwca o godzinie 12.00. Wita nas ulewny deszcze i odprawa celna. Po odprawie celnej (limit na 1 osobę to: 3kg żywności i 1L alkoholu), ruszamy przez przełęcz do miejscowości Egilsstaðir, gdzie robimy zakupy w sklepie BØNUS (Świnka). Jest to odpowiednik naszej Biedronki. Teraz czeka nas bardzo długa podróż do Skaftafell. W drodze robimy przerwę i gdzieś na południowym-wschodzie Islandii jemy pierwszy posiłek, obiadokolację. W ”nocy” zatrzymujemy się przy Jökulsárlón. O tej porze roku na Islandii przez całą dobę jest jasno. Jest to przepiękna laguna. W jeziorze tym pływają odłamki lodu, a pomiędzy nimi przemykają się foki. W tej okolicy kręcono sceny do jednego z filmów o Jamesie Bondzie „Śmierć nadejdzie jutro” a także filmu Tomb Raider. Podziwiając to cudowne miejsce w oddali dostrzegany lodowiec VATNAJÖKULL, i główny cel naszej podróży Hvannadalshnúkur (2119 m n.p.m.). Góra ta to tzw. nunatyk, czyli wierzchołek wznoszący się ponad powierzchnię lodowca. Ruszamy, czym prędzej do Skaftafell, jest to Park Narodowy. Nocujemy na parkingu tuż obok informacji turystycznej.

6-DZIEŃ (Islandia):

Trekking z Ásbyrgi do Dettifoss:

Wcześnie rano pobudka, tego dnia mamy bardzo dużo do zrobienia. W planie jest przejazd do Ásbyrgi, gdzie znajduje się wąwóz, ma 3,5 kilometra długości i nieco ponad 1km szerokości a otaczające go skały 100 metrów wysokości. Legenda mówi, że postawił tu nogę Sleipnir, ogromny ośmionogi koń Odyna. W rzeczywistości teren ukształtowały dwie potężne powodzie lodowcowe. Z Ásbyrgi biegnie jedna z najpiękniejszych tras trekkingowych na wyspie, ma 35 kilometrów długości i kończy się przy wodospadzie Dettifoss. Według przewodnika trasa jest przewidziana na 2 dni marszu. Plan jest ambitny, chcemy tą trasę przejść w jeden dzień. Jest nas czterech, z moim kolanem jest już w miarę dobrze. Mam nadzieję, że dam radę, mam ze sobą leki i opaskę uciskową. Startujemy o 9.00 z parkingu w Ásbyrgi. Tym razem idą: Waldek, Jakub, Arkadiusz i ja. Początkowo idziemy łąką, zbliżając się powoli do stromych ścian. Po drodze mijamy ubezpieczone wejście na klif. Przedzieramy się przez lasek, i w końcu docieramy do oczka wodnego Botnstjörn. Okazuje się, że w tym miejscu nie ma żadnego wejścia na klif. Musimy się wrócić jakieś 2,5 kilometra, do ubezpieczonego wejścia, które wcześniej mijaliśmy. Więc już na starcie mamy o 5 kilometrów więcej niż zakładaliśmy przejść. No nieźle, zapowiada się ciężka harówka. Wchodzimy na klif i kierujemy się w stronę Vesturdalur („zachodnia dolina”), dochodzimy jeszcze raz do oczka wodnego. Tym razem możemy je podziwiać z góry, robimy zdjęcia na wąwóz i w drogę. Krajobraz bardzo szybko zmienia się z trawiastego – kamiennego w wulkaniczno - pustynny. Nasza grupa znowu jest w rozproszeniu, każdy idzie swoim tempem. Prowadzą Waldek i Arkadiusz, idą razem, w pewnym momencie tracę ich z pola widzenia. Następnie ja i Jakub z tyłu, który często przystaje by zrobić zdjęcia. Przystaję na chwilę przy Rauðhólar („czerwone wzgórze”), i czekam na Jakuba. Rauðhólar jest to zespół wulkanicznych formacji o czerwonej barwie. Razem przechodzimy przez Hljóðarklettar („szepczące skały”). Nazwano je tak, dlatego, że wędrując między nimi trudno ustalić, z którego kierunku dobiega szum rzeki. Kratery, bazalty i lawa, zastygły tu w przedziwne kształty, a na wyobraźnie działają przedziwne nazwy, jakie nadano niektórym skałom, np.: Trolið („troll”), i jaskiniom, np.: Kirkjan („kościół”).

atrakcje

7-DZIEŃ (Islandia):

Następnego dnia po śniadaniu idę z Jakubem pod wodospad Dettifoss. Jest to najpotężniejszy wodospad w Europie. Rzeka Jökulsá á fjöllum ma w tym miejscu około 100 metrów szerokości, zaś masy wody spadają w dół z progu o wysokości 45 metrów. Kaskady są szaro – brunatne co w połączeniu z burymi skałami i otaczającą wodospad kamienną równiną robi nieco przygnębiające wrażenie, jednak potęga natury sprawia, że jest to jedno z tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć. Wracamy na parking, pakujemy się do busa i jedziemy jeszcze na północny-wschód Islandii. Droga strasznie się dłuży, przystajemy parę razy w ciekawszych miejscach. Dla mnie jest to ”czas rekonwalescencji”, powoli dochodzę do siebie po wojażach z poprzedniego dnia. Pod koniec dnia pobudza mnie w pewnym momencie, niesamowity widok jaki rozpościera się przed naszymi oczami. Z odległego pasma górskiego wyróżnia się w sposób charakterystyczny przepiękna góra. Zatrzymujemy się, próbuję uruchomić swój aparat fotograficzny. Jest, udało mi się zrobić jedno, jedyne zdjęcie. Jedziemy dalej, kierując się w stronę tegoż właśnie pasma górskiego. Dojeżdżamy do przełęczy i tam organizujemy kolejny, ostatni już na Islandii nocleg.

Autor: akurzawa74
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
ISLANDIA

Stolica: Reykjavik Waluta: korona islandzka (ISK) 1 ISK = 100 aurar Język urzędowy: islandzki Inne: angielski

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Gejzery
  • Wody termalne
  • Krajobrazy
  • Natura

Kiedy jechać

Od maja do sierpnia

Niezbędne informacje

więcej

Przydatne adresy

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line