Jednym z ciekawszych i zarazem mniej znanym państwem Ameryki Południowej jest Wenezuela. Zapraszam na drugą część relacji z wędrówki po tym kraju niezwykłych kontrastów.
03.07.2008Dzień szósty (czwartek, 02.11.2006)
Dzisiejszy dzień z założenia miał być dniem odpoczynku po dotychczasowych trudach podróży. Merida się świetnie do tego nadawała. To bardzo przyjemne i niedrogie miasto, o przyjaznym górskim klimacie, otoczone pięcioma najwyższymi szczytami wenezuelskich Andów. Idealna baza wypadowa dla górskich wycieczek. Miasto ma zdecydowanie uniwersytecki klimat, kwitnie też życie nocne. Cały dzień spędzamy na mieście, kupując kartki i pamiątki, wstępujemy do kafejki internetowej, odwiedzamy liczne, dobrze utrzymane parki miejskie. W jednym z nich Jadzia relaksuje się na ławce w pozycji leżącej, co powoduje, że jak spod ziemi pojawia się pan ubrany w czerwoną koszulkę i czapeczkę reprezentujący miasto Merida. Upomina ją z uśmiechem, aczkolwiek stanowczo.
Serce miasta stanowi okazały Plaza Bolivar z pomnikiem przedstawiającym bohatera narodowego na koniu – Simóna Bolivara. Wenezuelczycy mówią o nim „El Libertador”, czyli „wyzwoliciel”. Chociaż żadna z nas nie wątpiła w zasługi narodowowyzwoleńcze pana Szymona, jednak byłyśmy trochę zaskoczone jego wszechobecnym kultem. Każdy główny plac miejski w kraju nazwany jest na jego cześć, najwyższy szczyt górski to Pico Bolivar, narodowa waluta to boliwary wenezuelskie.
Jedną z atrakcji Meridy, opisywaną w przewodnikach miała być ciesząca się sławą na całym kontynencie lodziarnia Heladería Coromoto. Salon lodowy trafił nawet do Księgi rekordów Guinnessa, oferując największą ilość smaków lodowych na świecie. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że właściciel wyjechał akurat na wakacje… Szkoda, marzyłyśmy, żeby spróbować lodów o smaku piwa.
Dzień siódmy (piątek, 03.11.2006)
Około godziny 9.00 wyjeżdżamy kolejką linową w góry. Teleférico w Meridzie jest najwyższą i najdłuższą (12,5 km) kolejką linową na świecie. Wagoniki wspinają się kolejno na 4 stacje, z których ostatnią jej Pico Espejo (Lustrzany Szczyt). Podróż do kolejnych stacji trwa średnio 10 minut i są to kolejno La Montana (2400 m), La Aguada (3453 m), Loma Redonda (4045 m) oraz wspomniana wcześniej najwyższa stacja na wysokości 4765 m n.p.m. Na każdym z przystanków zatrzymujemy się kilkanaście minut, żeby podziwiać widok na miasto Merida oraz dolinę rzeki Chama. Znajdują się tu małe bary, można kupić pamiątki oraz coś ciepłego do ubrania. Pijemy kawę i obowiązkowo robimy zdjęcia. Im wyżej, tym panorama bardziej atrakcyjna. Robi się coraz zimniej, zakładamy polary i kurtki. Powyżej linii drzew wznosimy się nad bezdrzewnymi połaciami páramo, które stanowią coś w rodzaju odpowiednika naszych tatrzańskich hal. W dole błyszczą dwie bliźniacze laguny.
Na Pico Espejo spędzamy około pół godziny. Andy są spowite chmurami, gdzieniegdzie widać śnieg. Potężne góry zachwycają swoim surowym pięknem. Bardzo daleko w dolinie widzimy malutką Meridę. Pośrodku głównego punktu widokowego znajduje się figurka Matki Boskiej, patronki alpinistów. Tuż obok wznosi się olbrzymi Pico Bolivar (5007 m), najwyższy szczyt wenezuelski, z pominkiem ichniejszego bohatera narodowego, tyle, że tym razem bez konia :). W południe jesteśmy już z powrotem na Loma Redonda i decydujemy się na zejście do osady indiańskiej Los Nevados. Była to bardzo dobra decyzja, gdyż trasa jest wyjątkowo widowiskowa, przy czym jak na te wysokości stosunkowo mało forsowna. Trochę bolą nas głowy, ale w miarę schodzenia czujemy się coraz lepiej. Przez blisko 6 godzin wędrujemy ścieżką biegnącą kolejnymi grzbietami Parku arodowego Sierra Nevada. Alternatywą dla pieszej turystyki może być przejażdżka na grzbiecie muła, które mijają nas objuczone bagażami. Góry, chociaż głównie skaliste, pokryte są skarłowaciałymi drzewami i krzewami, z kolorowo kwitnącymi kwiatami.
Los Nevados jest malutkie. Mieszka tu podobno ok. 130 ludzi. Centrum wioski stanowi kościół oraz oczywiście Plaza Bolivar, daję głowę, że najmniejsze w Wenezueli. Domki są też nieduże, kryte czerwonymi dachówkami i pobielane wapnem. Noc spędzamy w posadzie Guamanchi, gdzie kolejny raz mamy okazję posmakować kuchni wenezuelskiej. Najbardziej przypadła nam do gustu wołowina z warzywami i pszenne „mace”.
Dzień ósmy (sobota, 04.11.2006)
Tuż po śniadaniu zwiedzamy wioskę. Nie trudno się domyślić, że uwinęłyśmy się z tym dość szybko. Oglądamy kościół oraz przesiadujemy na mikroławeczkach w rynku. Chociaż wioska położona jest na wysokości 2700 m n.p.m., upał jest dotkliwy. Na placu zebrała się grupa miejscowych mężczyzn i kobiet. Ustawieni w dwóch osobnych rzędach, wyraźnie mają coś do załatwienia w „urzędzie miasta”.
Po 11:00 zabieramy się wynajętym jeepem z powrotem do Meridy. Oprócz nas i kierowcy Rafaela, podróżują z nami zapoznany Katalończyk i miejscowy Indianin, który wysiada po drodze. Cała podróż trwa niespełna 4 godziny. Początkowo prowadzi górską, piaszczystą drogą, dopiero na jakąś godzinę przed przedmieściami Meridy pojawia się asfalt. Gdy samochód mija się na wąskiej górzystej drodze z nadjeżdżającymi z przeciwka pojazdami, jego koła zbliżają się maksymalnie do krawędzi drogi, która opada kilkumetrowym zboczem na dół. Cóż, najwyższy czas przyzwyczaić się, że podróżowanie po tym pięknym kraju, niezależnie od jego formy, zawsze podnosi trochę poziom adrenaliny. Mijamy bezleśne wzgórza, pasące się krowy oraz ciekawą roślinność przy drodze. Rozpoznajemy opuncję, aloes i „gwiazdę betlejemską”. Mamy też krótki przystanek w małej wiosce, gdzie Rafael pokrzepia się lokalnym wyrobem browarniczym marki Polar. W całej Wenezueli, czy to w dużym mieście, czy w niewielkiej osadzie, porozwieszane są plakaty wyborcze Hugo Cháveza. Chociaż jest to postać kontrowersyjna, nie można mu odmówić charyzmy, dzięki której osiąga kolejne zwycięstwa w wyborach prezydenckich.
Tą oraz następną noc w Meridzie spędziliśmy w posadzie Mundo, która wydaje się być przyjemniejsza od naszej poprzedniej noclegowni.
Dzień dziewiąty (niedziela, 05.11.2006)
Niedziela jest ostatnim dniem spędzonym w Meridzie. Rano uczestniczymy w Mszy św. w najsłynniejszej katedrze w mieście, następnie w porze obiadowej szukamy dogodnej restauracyjki, gdzie można dobrze i niedrogo zjeść. W południe odwiedzamy jeden z ciekawszych parków w Meridzie Parque Zoológio Chorros de Millla – zoo ze wspaniałymi wodospadami i pięknymi ogrodami. Wieczór spędzamy popijając miejscowe piwko Regional w pubie, które nie posiada szczególnych walorów smakowych, ale jest słaboprocentowe i tanie, dzięki czemu raczymy się nim do woli.
Ciekawym doświadczeniem okazało się wypłacanie pieniędzy z bankomatu Banco de Wenezuela. Nie było mi do śmiechu, kiedy na ekranie urządzenia po wpisaniu nr PIN pojawił się komunikat „Please insert 2 last digits of your personal ID”. Kombinowałam z numerem paszportu, peselem, pinem, datą urodzenia, numerem stanika, ale nic nie poskutkowało – nie udało się zrealizować transakcji. Do tej pory nie mam pojęcia, o jakie cyfry chodziło. Dalsze podróżowanie bez pieniędzy nie wyglądało różowo. Szczęśliwie po drodze do posady natrafiamy na jeszcze jeden bankomat Banesco. Tym razem wystarcza standardowa procedura wpisania numeru PIN i udaje nam się wypłacić sumę 450000 boliwarów, tyle, że w 45 banknotach...
Dzień dziesiąty (poniedziałk, 06.11.2006)
Bladym świtem zjawiamy się na dworcu w Meridzie, skąd chcemy wyruszyć nad morze – na północ Wenezueli. Całe wybrzeże Morza Karaibskiego ma długość aż 3 tys. km. Jego wschodnia część to w większości ekskluzywne kurorty, my decydujemy się odwiedzić mniej zatłoczone, a przez to bardziej urokliwe wybrzeże zachodnie. Żeby dotrzeć do interesującego nas Morrocoy Nacional Parque musimy dostać się do Walencji, skąd należy wsiąść w busa do Chichiriviche.
Niestety, póki co nasze plany wzięły w łeb – okazało się, że autobus do Walencji mamy dopiero późnym wieczorem. W tej sytuacji zostawiamy bagaże w przechowalni i postanawiamy odwiedzić jeszcze jeden górski Park Narodowy Sierra La Culata, który znajduje się jakieś 40 minut drogi busem od miasta. Spędzamy tam 2 godziny, wędrując po górskich bezdrożach niedaleko miasteczka Culata, podziwiając rysujące się na horyzoncie strome szczyty i kwitnące łąki górskie.
Dzień jedenasty (wtorek, 07.11.2006)
Chichiriviche okazało się niedużym, nadmorskim, niezbyt ładnym miasteczkiem. Na czas pobytu w tej miejscowości zatrzymujemy się na kwaterze u rodziny wenezuelskiej, która ma częściowo europejskie korzenie. Nasz gospodarz Adonis :) zarabia na życie jeżdżąc po okolicy na motocyklu, szukając turystów, którym następnie wynajmuje pokoje. Wprawdzie mamy wspólną łazienkę i kuchnię z domownikami, ale pocieszamy się faktem, że od domu jest tylko 150 m do Morza Karaibskiego!
Po południu wybieramy się na plażę. Widok bardzo nas rozczarował. Piaszczyste wybrzeże jest skrajnie zaśmiecone. Wygląda na to, że można tu znaleźć wszystko – od kawałka blachy po sprzęt AGD. Gdzieniegdzie pojawia się tylko jakaś muszelka albo mały krabik. Za to woda jest bardzo ciepła, nie to, co niezachęcające do kąpieli, chłodne wody Atlantyku. W oddali, na horyzoncie widać koralowe wysepki z palmami Parku Narodowego Morrocoy. Mamy nadzieję, że planowany na następny dzień rejs łódką po wodach Parku nie okaże się niewypałem, tak jak plażowanie w Chichiriviche.
Dzień dwunasty (środa, 08.11.2006)
Rejs wokół cayos (wysepek) rozpoczynamy przed południem. Razem z nami płynie rodzina z dziećmi z Caracas oraz dwóch młodych Hiszpanów. Cieszymy się z idealnej, słonecznej pogody.
Park Narodowy Morrocoy został utworzony by chronić namorzyny, kolonie ptaków morskich i rafy koralowe. Jest tu ok. 30 wysepek, niektóre, całkiem duże, porośnięte są palmami i namorzynami, a inne, mniejsze, pokryte białym piaskiem. Można zobaczyć tu ibisy szkarłatne, flamingi i fregaty. Pierwszy etap wyprawy to wizyta w tzw. Jaskini Indianina, której główna część to wysoka kamienna ściana pokryta petroglifami autorstwa Indian. Patrzymy z należytym szacunkiem – ryty skalne liczą sobie setki lat i przedstawiają głównie postacie indiańskich bogów i wodzów. Adonis, który oprócz roli gospodarza pełnił też rolę przewodnika, konspiracyjnym tonem zapewnił nas, że grotę ogląda tylko nasza wycieczka i jest to atrakcja gratis. Wychodząc z jaskini natknęliśmy się na oczekującą kolejną grupę wycieczkową. Szybko zorientowałyśmy się, że Adonisa czeka błyskotliwa kariera w marketingu :). Paradoksem w Wenezueli są wysokie kary za wszelkie zniszczenia lub „kradzieże” na terenach przyrodniczo chronionych. Podobno za uszkodzenie stalagmitów w grocie grozi więzienie. Taka polityka jest o tyle zastanawiająca, że jednocześnie prowadzi się nieracjonalną gospodarkę bogatymi złożami ropy naftowej, która powodue znaczne zniszczenia środowiska naturalnego.
Kolejnym przystankiem była Virgin Cave, zatoczka otoczona skałami, gdzie miejscowi rybacy umieszczają różnej wielkości, niezliczone figurki Matki Boskiej, prosząc o jej opiekę na morzu. Podobno w czerwcu odbywa się tu procesja rybackich łodzi. W końcu przychodzi czas na kąpiel w morzu. Zatrzymujemy się blisko nabrzeża jednej z wysp, gdzie mieści się spory kawałek płytkiego akwenu – „natura swimming pool”. Widać białe, piaszczyste dno. Woda jest błękitno-zielona. Świetna zabawa: pluskamy się oraz oglądamy pod wodą wodorosty. Wreszcie docieramy do głównego celu naszego rejsu – na Cayo Sombrero. Jest to jedna z większych i bardziej popularnych wysepek. Na szczęście plaża jest czysta. Spędzamy tu kilka godzin, spacerując po plaży, zbierając muszelki i kawałki rafy koralowej, które wody morskie wyrzuciły na brzeg. Każda z nas ma obowiązkowe zdjęcie pod palmą. Obserwujemy jak się zrywa i przygotowuję do konsumpcji orzechy kokosowe. Są i tacy, którym udaje się na nas zarobić – pożyczamy plastikowe krzesło za Bs. 4000, które posłużyło nam jako stół, na którym przyrządzamy kanapki. Kanapki były niezłe, ale daleko im było do kolacji, jaka oczekiwała na nas po powrocie, złożonej z ostryg i gulaszu z rekina.
Dzień trzynasty (czwartek, 09.11.2006)
Praktycznie cały dzień spędzamy w podroży, żeby dotrzeć do następnego zakątka na wybrzeżu Morza Karaibskiego – Parku Narodowego Henri Pittier, nazwanego tak na pamiątkę zasłużonego dla wenezuelskiej przyrody szwajcarskiego botanika. Znowu poznajemy kilkugodzinne uroki czekania na dworcu autobusowym, tym razem w Maracay. Jest gorąco i nieprzyjemnie.
Humory poprawiają się nam, kiedy w końcu pojawia się autobus do Puerto Colombia. Kierowca spisuje dane wszystkich pasażerów, podajemy numery paszportów. Jedziemy jedną z krętych, górskich tras na wybrzeże. Szyby autobusu są w połowie zaciemnione, zapewne w celu ochrony przed silnymi promieniami słonecznymi. Droga wznosi się stromo „tarasami”, przed każdym zakrętem kierowca używa klaksonu. Trzeba się mocno trzymać, żeby nie wypaść z siedzenia. Miejscowi mają sympatyczny zwyczaj klaskania, które ma być sygnałem, że chcą, żeby autobus się zatrzymał. Kiedy my mamy wysiąść, wspierają nas głośnym klaskaniem.
Kwaterujemy się w najprzyjemniejszej do tej pory posadzie. Mamy do dyspozycji osobna łazienkę, oraz na zewnątrz sznury na bieliznę oraz kuchnię – wszystko w uroczej scenerii egzotycznej roślinności.
Dzień czternasty i piętnasty (piątek-sobota 10-11.11.2006)
Zwiedzamy ładne, portowe miasteczko. Podobno dawniej przybrzeżne wody kontrolowali piraci. Obserwujemy pikujące pelikany, które wyszukują zakąsek w postaci smacznych rybek. Puerto Colombia jest miejscowością typowo turystyczną, zamieszkaną w znacznej mierze, zresztą podobnie jak całe wybrzeże przez ludność pochodzenia murzyńskiego. Znajdują się tu niezliczone ilości kwater do wynajęcia, liczne restauracyjki oraz sklepikami z pamiątkami i „akcesoriami” do plażowania.
Przyjeżdża się tu głównie, żeby zakosztować uroków karaibskich wód, ale można także powędrować okolicznymi szlakami górskimi. Najwyższe pasma sięgają 2800 m n.p.m. Rosną tu zarówno suche lasy jak i wilgotne tropikalne. My wybieramy wałęsanie się po białych piaskach Playa Grande. To ładna plaża, porośnięta gaikiem palmowym, otoczona wybrzeżem klifowym. Alternatywą jest mniejsza plaża Playa de Diario, do której droga wiedzie przez górzysty lasek, przezco jest trudniej dostępna. Restauracje otwierane są dopiero późnym popołudniem, kiedy turyści wracają z plażowania. Wtedy też miasteczko ożywia się i rozpoczyna się „night life”. Chociaż była to kusząca perspektywa, tym razem kładziemy się grzecznie spać. Jutro trzeba wcześnie wstać – czeka nas kilkugodzinna, męcząca droga powrotna do Caracas.
W sobotę z żalem opuszczamy Wenezuelę. Postanawiamy jeszcze tu wrócić, szczególnie na południe kraju, bo ta część Wenezueli najbardziej nam się spodobała. Obiecujemy sobie, że na pewno kiedyś nakarmimy wygłodniałe piranie w delcie Orinoko, wyłowimy anakondę z błotnistego bajora i nade wszystko zdobędziemy jedyną dostępną tepui – Roraimę.
Wenezuelska waluta to bolivary (Bs). 1 bolivar = 1 centimos. Kurs boliwara z okresu wyprawy (listopad 2006) to: 1 USD = 2500 Bs. Jest to kurs nieoficjalny, korzystniejszy.
Kurs waluty: 1 USD = Bs. 2500 (kurs nieoficjalny, korzystniejszy)
- Bilet autokarowy na trasie Caracas – Ciudad Bolivar (ok. 9 h): Bs. 40500
- Bilet autokarowy na trasie Ciudad Bolivar – Barinas: Bs. 60000
- Bilet autobusowy Barinas – Merida: Bs. 11500
- Dodatkowe podatki, związane z odjazdem z dworca: Bs. 500 – 1000
- Wstęp do parku zoologicznego „Chorros de Milla” w Meridzie: Bs. 3000
- Zorganizowana wycieczka z 2 noclegami, wyżywieniem, transportem powietrznym C. Bolivar – Canaima (oraz z powrotem) oraz przewóz łodziami z Canaimy do wodospadu Salto Angel: 280 USD/os. (raczej przepłaciłyśmy)
- Rejs wokół wysepek koralowych w Chichiriviche (park Morrocoy) z noclegiem, wyżywieniem: Bs. 87000/os.
- Nocleg z wyżywieniem w indiańskiej wiosce Los Nevados: Bs. 35000
- Podróż jeepem Los Nevados – Merida: Bs. 25000/os.
- Teleferico (tylko wjazd) – ok. Bs. 55000
- Cafe con leche – Bs. 1500 (świetna, malutka mocna kawka z dużą ilością mleka)
- Nocleg w pokoju 3-osobowym w Meridzie: Bs. 15000/os.
- Arepa: Bs. 3000 (bardzo popularny składnik wenezuelskiej diety, coś w rodzaju kukurydzianej lub pszennej bułki, wypełnionej najczęściej wołowiną)
- Wstęp do Parku Narodowego Canaima: Bs. 8000
- Woda mineralna: Bs. 3000
- Danie dnia w restauracji w Meridzie: Bs. 6000 – 12000 (gotowe zestawy obiadowe w korzystniejszej cenie)
Polecam:
- Canaima: baza wypadowa do wycieczki pod najwyższy wodospad na świecie Salto Angel, również możliwość odwiedzenia kilku mniejszych wodospadów (np. El Sapo) oraz płaskich gór stołowych, tzw. tepuyes.
- Merida: punkt wypadowy do wycieczek w Andy. Możliwość wyjechania kolejka linową (najdłuższą na świecie) na najwyższy szczyt Wenezueli Pico Bolivar (5007 m n.p.m.). W okolicy znajdują się piękne parki narodowe Sierra Nevada i Sierra La Culata. Warto odwiedzić małą indiańską wioskę Los Nevados.
- Chichiriviche: miasteczko nad Morzem Karaibskim. Pobliski Park Narodowy Morrocoy stanowi atrakcję dla miłośników ptaków i rejsów w okół wysepek koralowych.
- Puerto Colombia: godne uwagi są piękne, czyste plaże Parku Narodowego Henri Pittier. Raj dla botaników i plażowiczów.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Caracas Waluta: bolivar (VEB) Język urzędowy: hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Najlepiej od listopada do maja.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.think-venezuela.net Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

