Jednym z ciekawszych i zarazem mniej znanym państwem Ameryki Południowej jest Wenezuela. Zapraszam na pierwszą część relacji z wędrówki po tym kraju niezwykłych kontrastów.
15.06.2008Dzień pierwszy (sobota, 28.10.2006)
Gdy tylko znalazłyśmy się poza terenem międzynarodowego lotniska w Maiquettíi, Wenezuela powitała nas gorącą ścianą wilgotnego, tropikalnego powietrza. Pośpiesznie wyskoczyłyśmy z polarów, zakładając je następnie na głowy, żeby uchronić się przed ulewnym deszczem. „Tak jest codziennie o tej porze” – poinformował nas w miarę płynną angielszczyzną taksówkarz José, który wykorzystując nasze zmęczenie i bezradność zaproponował za kosmiczną kwotę podwiezienie na dworzec Terminal del Oriente w Caracas.
To, co zobaczyłyśmy z okien taksówki zrobiło na nas spore wrażenie – było to pierwsze zetknięcie z panoramą przedmieść ogromnej metropolii, jaką jest Caracas. Początkowo wydawało się, jakbyśmy się poruszali po dnie wąwozu, pokrytego asfaltem, o zboczach porośniętych egzotyczną roślinnością. W oddali rysowały się zielone grzbiety górskie, oddzielające miasto od Morza Karaibskiego. W końcu na horyzoncie pojawiły się wzgórza gęsto pokryte prowizorycznymi barakami – niegościnne, słynące z braku bezpieczeństwa, rozległe dzielnice aglomeracji zamieszkałe przez jej najbiedniejszych mieszkańców.
Po kilkugodzinnym oczekiwaniu na dworcu autobusowym w Caracas, późnym wieczorem wyruszyłyśmy na południe kraju – do Ciudad Bolivar, miasta położonego nad rzeką Orinoko. Ważne jest, żeby przed podróżą pamiętać o zapłaceniu dodatkowego podatku, niewliczonego w cenę biletu (tzw. tasa de salida). Jest to bardzo niewielka kwota, ale jej uiszczenie jest konieczne, żeby dostać się do autokaru. Przewoźnik Rodovias de Venezuela zaoferował nam komfortowy przejazd, zapewniając wygodne, rozkładane siedzenia z oparciem na nogi. W środku był telewizor i toaleta. Wszystkie dalekobieżne autobusy w Wenezueli są mocno klimatyzowane. Na szczęście wiedziałyśmy o tym wcześniej i w porę przygotowałyśmy polary, kurtki i śpiwory. Zawinięte po czubek nosa, zmęczone i głodne prawie natychmiast usnęłyśmy wsłuchując się w odgłosy jakiegoś głupkowatego, hiszpańskojęzycznego (jak się można było spodziewać) filmu o niezbyt skomplikowanej fabule :)
Dzień drugi (niedziela, 29.10.2006)
Wczesnym rankiem po całonocnej podróży docieramy w końcu do Ciudad Bolivar, gdzie wykupujemy całkiem nietanią jak na „backpakerskie” kieszenie wycieczkę do Canaimy. Ta mała wioska indiańska stanowi bazę wypadową dla turystów, którzy chcą zobaczyć najwyższy wodospad na świecie Salto Angel. W pobliżu dworca znajduje się mnóstwo agencji turystycznych, które organizują takie wyprawy. My wybieramy, a raczej wybiera nas Eco Adventures, której właściciel metodą łagodnej perswazji przekonuje nas, że jego oferta to „niezwykła okazja” :) Po długim targowaniu, upakowane w taksówkę, jedziemy na podmiejskie lotnisko, skąd rozpoczynamy kolejny etap podróży, tym razem drogą powietrzną.
Lot Cessną do Canaimy na długo pozostanie w naszej pamięci. Ten mały samolocik oprócz pilota pomieści jedynie 5-ciu pasażerów z niewielką ilością bagażu. Wszystkich tych, którzy naczytali się, że są to zwykle stare, rozlatujące się maszyny, których piloci lubią sobie w trakcie lotu uciąć drzemkę muszę niestety rozczarować – Cessna była sprawna, a pilot trzeźwy i chyba znał się na rzeczy. Był tylko jeden moment grozy, kiedy w samolocie otwarło się okno… Cała podróż zajęła około godzinę i przez ten czas miałyśmy okazję podziwiać wspaniałe widoki, jakie rozpościerały się pod nami. Pożegnawszy wzrokiem zabudowę C. Bolivar, już po paru minutach zobaczyłyśmy pierwsze drzewa pdrównikowych lasów, które z czasem rosły coraz gęściej na ogromnych obszarach. Przelatywaliśmy także nad rzeką Carani (dopływ Orinoko), której wody zostały spiętrzone zaporą, tworząc wielkie, sztuczne jezioro Embalse Guri. Nic jednak nie zrobiło na nas takiego wrażenia jak pojawiające się na horyzoncie pierwsze pojedyncze, majestatyczne tepuyes. Są to bardzo stare góry o płaskich wierzchołkach i pionowych, skalnych ścianach, tzw. mesy.
Lotnisko w Canaimie bardzo nam się spodobało. Jest malutkie, a „check-in” to niewielki domek, czy bardziej wiata pokryta strzechą palmową. W ramach wycieczki zakwaterowano nas w Wey Tepui Camp, gdzie miejscowi Indianie Pemón przyjęli nas bardzo gościnnie. Wioska indiańska położona jest nad spokojnym odcinkiem rzeki Carrao, zwanym Laguna de Canaima, która jest otoczona piaszczystą plażą i tropikalną roślinnością. Z dna wyrasta kilka pojedynczych palm. W niektórych miejscach woda ma rdzawe zabarwienie, świadczące o obecności produktu rozkładu roślin – taniny. Powyżej zatoki rzeka spada ze skalnego progu w postaci kilku wodospadów: Ucaima, Golondrina, Wadaima i Hacha. Całość tworzy śliczny widok.
Po południu wybraliśmy się łodzią, razem z sympatycznym Anglikiem Paulem, oraz naszym miejscowym przewodnikiem na drugą stronę jeziora zobaczyć wodospad El Sapo (sapo po polsku znaczy żaba). W pobliżu wodospadu zamieszkują małe, jaskrawo ubarwione żabki i pewnie stąd jego nazwa. Pojawiła się nawet jedna taka na moment, ale za nic w świecie nie chciała zrobić sobie z nami zdjęcia. Jak każda szanująca się turystka z Europy, drę się w niebogłosy, kiedy natykamy się na „24-hours ants”, czyli mrówki, które nie dość, że są gigantyczne, to ich ukąszenie powoduję całodobową gorączkę.
A teraz niespodzianka! Kazano nam zapakować plecaki i wszystko, co dało się z nas ściągnąć, a mogłoby przemoknąć, do plastikowego worka. Gwóźdź programu polegał na przeprawieniu się przez spory odcinek pomiędzy skalną ścianą wodospadu, a spienioną kurtyną wody. Na początku pełny luz, idziemy sobie gęsiego obserwując otaczające nas dzieło przyrody. Kolejne kilkanaście metrów okazały się znacznie trudniejsze, śliska ścieżka pod nami raz się wznosiła, raz opadała, a gęste strugi wody spadały bezpardonowo prosto na nasze ufne oblicza. Ja osobiście zniosłam to dość ciężko, zaczęłam rozpaczliwie na oślep wymachiwać rękami. Podobno wyrwało mi się nawet „help!”, ku uciesze reszty współtowarzyszy wyprawy :). Kolejny etap tego survival’u (nie waham się tu użyć tego słowa :) to podejście ponad próg wodospadu, gdzie ujrzeliśmy kaskadę ogromnych kamieni, pomiędzy którymi płynęła ostrym nurtem Carrao. Trzeba przyznać, że przechadzka na progu wodospadu, w oparach spowijającej go mgły to bardzo emocjonujące przeżycie.
Dzień trzeci (poniedziałek, 30.10.2006)
Wreszcie nastąpiła ta najbardziej oczekiwana chwila naszej podróży. Płyniemy pod Salto Angel! Dzień rozpoczął się leniwie, kompletna grupa wycieczkowa (10 osób, bo tyle mniej więcej pomieści łódź) zebrała się dopiero koło 11:00. Towarzyszyli nam wspomniany wcześniej Paul, grupa Holendrów i oczywiście nasi przewodnicy Indianie. Tata Indianin coś operował przy silniku łodzi (zwanej curiarą), a dwaj młodzi synowie zajmowali się szeroko pojętym wiosłowaniem. Obowiązkowo zakładamy pomarańczowe kamizelki, które są brudnawe i śmierdzą, ale biorąc pod uwagę liczne bystrza na rzece, jakie mamy do pokonania, wybieramy mniejsze zło :) Płyniemy pod prąd, w górę rzeki. Część wyprawy pokonujemy pieszo (około 0,5 godziny marszu piaszczystą drogą w Mayupie), „ścinamy” niebezpieczne zakole rzeki. Im dalej od wody, tym silniej dokucza niemiłosierny upał. Z ulgą wsiadamy z powrotem do łodzi. Od tej chwili przez około 6 godzin, zmagamy się na przemian z mocnym słońcem, bryzgami wody chlapiącymi prosto w twarz, z silnym nurtem rzecznym oraz ulewnym deszczem. Chwilami robi się naprawdę niebezpiecznie – rzeka Carrao, a dalej jej odnga Churun, prowadząca aż do wodospadu, mają w swoim korycie ciągnące się kilometrami olbrzymie głazy, między którymi manewrujemy, szukając dogodnej drogi dla łodzi. Trudy wyprawy wynagradzają nam krajobrazy. Obszar całego Parku Narodowego Canaima oraz płaskowyżu La Gran Sabana to potężne góry stołowe porośnięte lasami z endemiczną roślinnością, rozległe tereny sawanny, liczne rzeki z setkami wodospadów i głębokimi kanionami.
W okolice Auyantepui (w narzeczu Pemón to „Góra Diabła”), z którego spada Salto Angel docieramy niedługo przed zmrokiem. Pośpiesznie przeprawiamy się przez las, przez który prowadzi ścieżka do wodospadu. Przeskakujemy przez wystające korzenie drzew i kamienie. W końcu docieramy na niewielką wystającą „półkę skalną” (Mirador Laime) – miejsce skąd można obejrzeć wodospad. Widok spełnił nasze oczekiwania. Woda spada z prawie kilometra wysokości. Początkowo wąska wstążka wody zamienia się w rozpryskujący się na progach skalnych strumień. Patrzymy jak urzeczone. Podobno w porze deszczowej (od czerwca do października) widok prezentuje się jeszcze bardziej okazale. Jadwiga przybiera bardzo pomysłowe pozycje, łącznie z leżącymi, żeby tylko „zmieścić” całe zjawisko w obiektywie aparatu. Nie wiemy ile czasu tam spędzamy, ale czujemy niedosyt, trzeba jednak wracać, ponieważ zmrok na tych szerokościach geograficznych zapada szybko.
Nocujemy w obozowisku na pobliskiej Isla Ratoncito (miejsce o wdzięcznej nazwie “Wyspa Szczura”), gdzie czekają na nas rozwieszone hamaki z moskitierami. Obóz to wiata z kamieni, pokryta falistą blachą. Samo w sobie średnio urodziwe. Jest też w niej miejsce, które próbowało udawać toaletę, ale odwiedzenie go wymagało wielkiej odwagi :). Przed snem zaliczamy jeszcze kąpiel w pobliskiej rzece oraz jemy kolację przygotowaną w prowizorycznej kuchni przez Indian. Tym razem zaserwowali ryż, ziemniaki, wymieszane z surową cebulą i pysznego grillowanego kurczaka. Kolacja to też okazja do rozmowy z napotkanymi tu ludźmi. Byli to głównie turyści z Europy: Francuzi, Anglicy i Holendrzy. Imprezka nie trwała długo, zmęczeni trudami całego dnia udajemy się na zasłużony odpoczynek, szczelnie zakrywając się moskitierą. Odnalezienie optymalnej pozycji w takim hamaku, po której na drugi dzień nie bolą wszystkie kości to nie lada majstersztyk. Jola miała jeszcze trudniej, ponieważ przypadł jej hamak naprędce zrobiony przez Indian z kawałka tkaniny, który nie posiadał odpowiedniej „głębokości” i łatwo można było z niego wypaść. Zabrakło dla niej również moskitiery. Wszystko to wydało się jej trochę stresujące :) Jakże nam swojsko się zrobiło na duszy, gdy z sąsiedniego hamaku ktoś zawołał do nas „Do you have vodka?”. Niestety nie potrafiłyśmy pomóc.
Dzień czwarty (wtorek, 31.10.2006)
Następnego dnia, tuż po śniadaniu, składającym się z bardzo smacznego, miejscowego „pieczywa”, zwanego arepą i jajecznicy udajemy się w drogę powrotną. Tym razem przeprawa trwa znacznie krócej, około 4 godziny. Z prądem płynie się łatwiej, chociaż nie obyło się bez małych problemów. Gdy docieramy z powrotem do wioski, odwiedzamy jeszcze raz El Sapo oraz żegnamy się z Laguną de Canaima. Po obiedzie pakujemy swoje rzeczy i udajemy się na lotnisko, gdzie czekamy na Cessnę, która ma nas przewieźć z powrotem do Ciudad Bolivar. I tym razem lot odbył się bez większych komplikacji, ponadto wyrozumiały pan pilot specjalnie przeleciał jeszcze raz nad efektownym rzędem wodospadów w zatoce, a potem przez całą drogę próbował zniżać lot, żeby nam pokazać wszystkie ciekawsze atrakcje. Ponieważ niemal we wszystkich większych miastach w Wenezueli znajdują się krajowe lotniska, żałujemy, że nie dysponujemy wystarczającą ilością pieniędzy, żeby w ten sposób przemieszczać się po kraju.
Na dworcu w Ciudad Bolivar kupujemy bilety do Barinas. Czekamy na autobus w upale kilka godzin. Wykorzystujemy ten czas na odpoczynek i obserwację ludzi. Sporo z nich prcuje na terenie dworca, trudniąc się handlem. Sprzedają niemal wszystko – od zimnych napojów i zakąski, po lokalne rękodzieło.
Pełno tu też „naganiaczy”, którzy wykrzykują nazwy miejscowości, do których kursują autobusy. Potrafią wydzierać się tak godzinami, byle tylko znaleźć komplet pasażerów. Autobusy do pobliskich miejscowości nie mają ustalonych godzin odjazdu, ruszają, gdy znajdzie się wystarczająca ilość chętnych. Są to tzw. busy „por puesto”, czyli „według miejsc”. Późnym wieczorem, z dwugodzinnym opóźnieniem wyjeżdżamy z C. Bolivar, kierując się na zachód kraju. Przejeżdżamy przez jedyny most na rzece Orinoko Angosturę. Chociaż Wenezuela szczyci się dobrą, gęstą siecią dróg, duże odległości (kraj ten jest ok. 3 razy większy od Polski) sprawiają, że do jej najodleglejszych zakątków, jedzie się po kilkanaście godzin.
Dzień piąty (środa, 01.11.2006)
Około południa zabieramy się z Barinas małym, rozklekotanym autobusem do Meridy. Natychmiast zatęskniłyśmy za klimatyzacją, gdyż w środku było gorąco i duszno. Jedziemy bardzo szybko. Głośna muzyka miała za zadanie umilać podróż, chociaż prawdziwi melomani mogliby się poczuć trochę zniesmaczeni :). Jedziemy około 5 godzin z przerwą na posiłek w przydrożnej knajpce „Parada de Andes”. Wszystkim gorąco polecam to miejsce, serwują tam chyba najsmaczniejszą arepę w Wenezueli. Podczas dalszej podróży robi się coraz chłodniej, wjeżdżamy na coraz większe wysokości (powyżej 3,5 km). Pojawiają się górskie serpentyny, droga meandruje wśród przełęczy górskich. Trasa jest bardzo atrakcyjna. Zaczynają się Andy!
W pewnym momencie z autobusu zaczyna się dymić. Stoimy dobre pół godziny i patrzymy jak kierowca „gasi chłodnicę”. Byłyśmy chyba jedyny osobami, które okazały jakiekolwiek zainteresowanie temu incydentowi, pozostali pasażerowie nie przerwali drzemki. Późnym popołudniem docieramy do Meridy. Kwaterujemy się w centrum miasta w posadzie „Panama” w 3-osobowym pokoju o standardzie typowo studenckim. Był nawet telewizor, chociaż zamknięty w klatce z kłódką. Słusznie, od początku miałyśmy na niego ochotę :).
Wenezuelska waluta to bolivary (Bs). 1 bolivar = 1 centimos. Kurs boliwara z okresu wyprawy (listopad 2006) to: 1 USD = 2500 Bs. Jest to kurs nieoficjalny, korzystniejszy.
Kurs waluty: 1 USD = Bs. 2500 (kurs nieoficjalny, korzystniejszy)
- Bilet autokarowy na trasie Caracas – Ciudad Bolivar (ok. 9 h): Bs. 40500
- Bilet autokarowy na trasie Ciudad Bolivar – Barinas: Bs. 60000
- Bilet autobusowy Barinas – Merida: Bs. 11500
- Dodatkowe podatki, związane z odjazdem z dworca: Bs. 500 – 1000
- Wstęp do parku zoologicznego „Chorros de Milla” w Meridzie: Bs. 3000
- Zorganizowana wycieczka z 2 noclegami, wyżywieniem, transportem powietrznym C. Bolivar – Canaima (oraz z powrotem) oraz przewóz łodziami z Canaimy do wodospadu Salto Angel: 280 USD/os. (raczej przepłaciłyśmy)
- Rejs wokół wysepek koralowych w Chichiriviche (park Morrocoy) z noclegiem, wyżywieniem: Bs. 87000/os.
- Nocleg z wyżywieniem w indiańskiej wiosce Los Nevados: Bs. 35000
- Podróż jeepem Los Nevados – Merida: Bs. 25000/os.
- Teleferico (tylko wjazd) – ok. Bs. 55000
- Cafe con leche – Bs. 1500 (świetna, malutka mocna kawka z dużą ilością mleka)
- Nocleg w pokoju 3-osobowym w Meridzie: Bs. 15000/os.
- Arepa: Bs. 3000 (bardzo popularny składnik wenezuelskiej diety, coś w rodzaju kukurydzianej lub pszennej bułki, wypełnionej najczęściej wołowiną)
- Wstęp do Parku Narodowego Canaima: Bs. 8000
- Woda mineralna: Bs. 3000
- Danie dnia w restauracji w Meridzie: Bs. 6000 – 12000 (gotowe zestawy obiadowe w korzystniejszej cenie)
Polecam:
- Canaima: baza wypadowa do wycieczki pod najwyższy wodospad na świecie Salto Angel, również możliwość odwiedzenia kilku mniejszych wodospadów (np. El Sapo) oraz płaskich gór stołowych, tzw. tepuyes.
- Merida: punkt wypadowy do wycieczek w Andy. Możliwość wyjechania kolejka linową (najdłuższą na świecie) na najwyższy szczyt Wenezueli Pico Bolivar (5007 m n.p.m.). W okolicy znajdują się piękne parki narodowe Sierra Nevada i Sierra La Culata. Warto odwiedzić małą indiańską wioskę Los Nevados.
- Chichiriviche: miasteczko nad Morzem Karaibskim. Pobliski Park Narodowy Morrocoy stanowi atrakcję dla miłośników ptaków i rejsów w okół wysepek koralowych.
- Puerto Colombia: godne uwagi są piękne, czyste plaże Parku Narodowego Henri Pittier. Raj dla botaników i plażowiczów.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Caracas Waluta: bolivar (VEB) Język urzędowy: hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Najlepiej od listopada do maja.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.think-venezuela.net Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

