Od szczytu Olimpu po Morze Egejskie, od orientalnych Salonik do helleńskich Aten- zabiorę was w podróż, której nie zapomnicie.
01.05.2008
Dawno, dawno temu, w czasach kiedy byłem jeszcze piękny i młody, a moja ukochana żona była moją dziewczyną postanowiłem odwiedzić kolebkę Europejskiej cywilizacji Grecję. Plan był prosty uzbierać przez wakacje fundusze, znaleźć tanią ofertę i jeszcze przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego wyprawić się w tą podróż. Po przejrzeniu ofert rodzimych biur, stwierdziłem, że w Polsce nie znajdę odpowiedniej oferty. Wyprawiłem się więc do naszych sąsiadów Czechów (15 minut autobusem) i zapoznałem się z ich ofertą. W końcu po kilku próbach znalazłem moją ofertę. Mały pensjonacik, bez wyżywienia, w pobliżu plaży w miejscowości Katerini –Paralia. Nasza wycieczka miała trwać 10 dni. Po obliczeniu wszelkich kosztów związanych z pobytem, wykupem wycieczek fakultatywnych, wizą tranzytową przez Serbię itd., wyszło nam, że się zmieścimy. Nie czekając już dłużej zarezerwowaliśmy wczasy na drugą połowę sierpnia.
W dniu wyjazdu humory dopisywały i nic nie mogło nam zepsuć nastroju. Na granicy strażnicy nieco zdziwieni przyglądali się jak taszczymy ciężkie walizy i idziemy piechotą do Czeskiego Cieszyna. Jak zwykle nie było żadnych problemów z odprawą paszportową. Na miejscu zbiórki, do której mieliśmy około dwóch kilometrów czekali już nasi współtowarzysze podróży. Wśród wszystkich uczestników wycieczki tylko my byliśmy z Polski i jednocześnie byliśmy najmłodszymi uczestnikami. Dla nas była to dodatkowa atrakcja, która ubarwiła wyjazd. Po zajęciu odpowiednich miejsc w autokarze, w końcu ruszyliśmy w kierunku naszej upragnionej Grecji. Zanim jednak dojechaliśmy do przejścia granicznego ze Słowacją, zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie w różnych miejscach zbierając kolejnych wycieczkowiczów.
Na granicy ze Słowacją okazało się, że jesteśmy mocno podejrzani. Tylko nasz bagaż został przekopany, i to jak przekopany. Staliśmy na granicy dobre pół godziny, ale ostatecznie stwierdzili, że nie jesteśmy groźni i ruszyliśmy dalej. W Słowacji również mieliśmy przerwę na obiad. Czesi płacili wyłącznie w Czeskich Koronach, jedynie my mieliśmy Słowackie, co zostało docenione przez tamtejszą obsługę radosnym „jeżiszi nasze korunki”!
Kolejna granica i kolejny przestój –ponownie jesteśmy na cenzurowanym. Dopiero od granicy Węgierskiej byliśmy traktowani jednakowo. Przez Węgry przejechaliśmy bez większych przerw. Kłopoty zaczęły się dopiero przy granicy z Serbią. Tamtejsi celnicy oczekiwali na jakiś gest ze strony organizatorów wycieczki, a że się widocznie nie doczekali, to staliśmy ponad godzinę bez powodu. W końcu się jakoś dogadali i ruszyliśmy dalej, ale stracony czas był nie do odrobienia. Przez Serbię przeechaliśmy w nocy, podczas której próbowałem się nieco zdrzemnąć.
Wczesny ranek zastał nas na granicy z Macedonią. Tuż po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na nieco dłuższy postój. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem ubikacje na skoczka. Po rozprostowaniu nóg i szybkim śniadaniu ruszyliśmy dalej. Macedonia to piękny kraj. Widoki jakie rozciągały się za oknem były przepiękne. Górskie serpentyny, głębokie przepaści i wspaniała roślinność –robiły wrażenie. Po jakiejś godzinie jazdy minął nas konwój wojsk błękitnych hełmów, co przypominało, że wojna to jeszcze niezbyt odległe wspomnienie.
Prze południem stanęliśmy w końcu na greckiej ziemi. Wspaniałe uczucie, po tylu godzinach w autokarze. Jednak do celu było jeszcze parę ładnych kilometrów, jednak teraz czas płynął już szybciej. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się gaje oliwne oraz błękitne wody Morza Egejskiego. Po przyjeździe do Paralii spotkaliśmy się z tamtejszym rezydentem, który przydzielił wszystkim podróżnym pokoje w różnych pensjonatach. Na koniec umówił się z nami na godzinę 1500 na spotkanie organizacyjno-informacyjne. Wspaniale a więc mamy dwie godziny na zadomowienie się w naszym pokoju. Po rozpakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy (strojów kąpielowych) mogliśmy w końcu nieco odsapnąć. Pokuj mieliśmy nawet lepszy niż w ofercie. Dwa wielkie łóżka, łazienka z prysznicem i toaletą, a w korytarzu mini aneks kuchenny z lodówką i kuchenką. Oprócz tego mieliśmy do dyspozycji balkon z widokiem na Paralię. Po dwóch godzinach radośnie idziemy na umówione spotkanie. Czekamy, czekamy a tu nic, nikt nie przychodzi. W końcu zaniepokojeni idziemy do biura rezydentki, która z miejsca nas objeżdża –czemu dopiero teraz ją odwiedzamy. Jak to przecież jest 1500 –więc o co chodzi. O to, że ty jest już 1600 –odpowiada. No tak tylko Polacy zapomnieli przestawić zegarki. Choć trochę nadąsana musiała opowiedzieć nam wszystko co i jak, po raz drugi. Nie chcieliśmy jej już drażnić, mówiąc, żeby używała Polskiego. Po czeski rozumieliśmy równie dobrze, więc nie było problemów. Po ogólnikowych informacjach –o Paralii, przeszła w końcu do sprawy wycieczek fakultatywnych. Oczywiście chcielibyśmy kupić wszystko, ale nie było takiej możliwości. Po skrupulatnym obliczeniu stanu naszych marek niemieckich, postanowiliśmy wykupić wycieczkę do Aten i Pireusu, Meteorów oraz do Saloników i Wodnego Miasteczka. Niestety na wycieczkę na Olimp już brakło. Na poszczególne wycieczki mieliśmy jechać w odstępie dwóch, trzech dni. Pierwsze były Ateny, później Meteory i na sam koniec Saloniki.
Po opuszczeniu rezydentki, mogliśmy w końcu udać się na plażę. Plaża w Paralii jest piaszczysta i bardzo czysta. Aby się do niej dostać musieliśmy przejść około 300 metrów. Wchodziło się na nią wprost z nadmorskiej promenady. Nareszcie Morze Egejskie.
Wieczorkiem po relaksującej kąpieli, trzeba było odszukać niezbędne sklepy w pobliżu hotelu i zaopatrzyć się w świeży grecki prowiant. Ela nie była co prawda zachwycona wizją skrobania ziemniaków na obiad, ale cóż było począć. Na kolację zjedliśmy wspaniały, tak niepodobny do polskiego grecki chlebek z polskim pasztetem. Wieczorem, życie w Paralii ożywało, z okolicznych kafejek zaczęła dobiegać nas grecka muzyka. Zrobiło się naprawdę cudownie. Posiedzieliśmy jeszcze chwilkę na balkonie wsłuchując się w Zorbę, po czym zmęczenie podróżą wzięło górę.
Wszystkie dni w Paralii poza wyjazdowymi były do siebie bardzo podobne. Po śniadanku szliśmy na plażę, z której schodziliśmy popołudniu. Następnie zakupy i obiadek. Wieczorem spacerowaliśmy brzegiem morza i po różnych zakamarkach Paralii, przyglądając się nocnemu życiu w Grecji. Na kawiarnie niestety nie było nas stać, ale słynnego Greckiego wina trzeba było spróbować. Pewnego wieczoru postanowiliśmy zweryfikować wiedzę teoretyczną i zakupiliśmy pięciolitrowy dymion wina. Miał to być tygodniowy zapas, lecz już pierwszego wieczora wypiliśmy połowę. Rzeczywiście było niezłe. W nocy często słuchaliśmy Greckiego radia na naszym przenośnym odbiorniku. Kilka stacji praktycznie cały czas grało helleńskie przeboje.
Samodzielny wypad w kierunku Olimpu (Katerini i Dion).
Kolejny ciepły, słoneczny, wspaniały dzień w Grecji postanowiliśmy spędzić odmiennie niż zwykle. Postanowiliśmy samodzielnie pozwiedzać najbliższą okolicę. Naszym celem był Olimp, a konkretniej chcieliśmy dostać się jak najbliżej tego wspaniałego szczytu. Ponieważ nie mieliśmy najmniejszego pojęcia jak tego dokonać, postanowiliśmy zdać się na los i nasze umiejętności improwizacyjne. Po śniadanku wyruszyliśmy w kierunku Katerini. Ponieważ z Parali co chwila kursują autobusy do tego miasta, odcinek ten pokonaliśmy szybko i sprawnie; w końcu to tylko kilka kilometrów.
Pierwszy raz wylądowaliśmy w Katerini. Miasto liczy około 60 tysięcy mieszkańców i zupełnie niczym się nie wyróżnia. Głośne, ruchliwe Katerini jest punktem „tranzytowym” do południowej Grecji. Jedyną zaletą stolica prefektury Pieria jest położenie pomiędzy Msywem Olimpu a Morzem Egejskim. Naszym głównym celem w Katerini było znalezienie przystanku, z którego odjeżdżają autobusy do Dionu. Tu jednak zaczęły się schody, ani mój raczkujący angielski ani pełzający niemiecki żony nic nie pomagały. Nikt nie rozumiał w tych językach ani słowa. W końcu nieco poirytowany wypowiedziałem słynną kwestię –k... mać czy do ch...ry nikt nie wie gdzie tu jest przystanek autobusowy? Podobnie jak w Seksmisji zdanie w rodzimym języku rozwiązało problem. A przystanek autobusowy –odezwał się znajdujący się obok tubylec. Teraz poszło jak po maśle –szybko uzyskałem wskazówki, które doprowadziły mnie do celu. Chciało by się w takiej chwili radośnie krzyknąć –górą nasi. Świadomość, że znajomość polskiego jest w tej okolicy nie gorsza od innych języków dodała nam otuchy. Jednak znalezienie przystanku to tylko połowa sukcesu, należało jeszcze wsiąść do odpowiedniego autobusu. I tym razem uśmiechnęło się do nas szczęście. Pierwszy autobus, który zawitał na przystanek przejeżdżał przez Dion. Aby się m upewnić wszedłem do środka i kilka razy powtarzałem Dion? Dion? I dopiero kiedy kierowca już się zniecierpliwił i po raz który potwierdził zakupiłem bilety i zająłem miejsce. Jednak przez całą podróż nie dawałem o sobie zapomnieć, co drugi przystanek pytając się czy to aby nie już. Autobus był pełen miejscowych więc pewnie musieli mieć niezły ubaw. Kiedy w końcu na kolejnym przystanku kierowca na pytanie Dion? skinął potakująco głową wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu. W tym miejscu mała dygresja –otóż Greckie przystanki nie przypominają Polskich i składają się jedynie z niewielkiego daszka na czterech słupkach. Nie zawierają takich zbytecznych informacji jak choćby rozkład jazy autobusów. Ale wróćmy do Dionu.
Jest to niewielka wieś w prefekturze Pieria oddalona o jakieś 15 km. na południowy-zachód od Katerini. Znana jest głównie z rozległego stanowiska archeologicznego gdzie można zobaczyć ruiny starożytnego Dionu. W starożytności miasto zamieszkiwało kilka tysięcy ludzi. Naszym celem był jednak Olimp, do którego chcieliśmy dotrzeć zanim zrobi się zbyt późno. Plany zostały jednak zmodyfikowane kiedy przechodziliśmy obok niewielkiego muzeum, w którym wystawiono przedmioty znalezione na stanowisku archeologicznym. W końcu to tylko półgodzinki, Olimp nie ucieknie. Za wstęp do muzeum trzeba było zapłacić 400 drachm od osoby. W śród wielu eksponatów najbardziej podobały mi się monety i przedmioty codziennego użytku. Po szybkim zwiedzaniu chcieliśmy ruszyć w dalszą drogę, lecz wcześniej trzeba było kupić coś do picia. Jak na złość w pobliżu nie było żadnego sklepu z napojami. Jedyną alternatywą był automat po drugiej stronie ulicy. Mimo skromnego wyboru i wysokiej ceny zaopatrzyliśmy się w puszki z mirindą.
Nie tracąc więcej czasu ruszyliśmy dziarski przed siebie. Słonko pięknie świeciło i humory nam dopisywały, nie przeszkadzał nam nawet fakt, że zupełnie nie wiemy czy idziemy dobrą drogą. W końcu cel wycieczki cały czas był przed oczami. Jednak po pewnym czasie mój spokój ducha zaczął się przeradzać w początkowo lekki a później z każdym kilometrem coraz większy niepokój. Nie było to spowodowane tym, że mirinda się nam skończyła, ale faktem, że mimo kilku kilometrów, które przeszliśmy góra wciąż była tak samo daleko jak w Dionie. Na dodatek skończyła się nam ścieżka i weszliśmy w jakieś pola, co spowodowało, że początkowo rozbawieni tubylcy zaczęli zerkać na nas mniej przyjaźnie. Ostateczny cios naszej wyprawie zadała pogoda. Choć wciąż było ciepło i przyjemnie to jednak słońce coraz częściej zaczęły zakrywać chmury, a deszcz był ostatnią rzeczą na jaką mieliśmy ochotę. Nie pozostało nam nic innego jak zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie pośród Greckich pól i zawrócić do Dionu. Mimo, iż nie udało się dojść do Olimpu, byliśmy z siebie zadowoleni, gdyż mogliśmy bez żadnych ograniczeń poznawać uroki Greckiego krajobrazu z dala od utartych szlaków. Po dotarciu do Dionu pozostawało oczekiwać na autobus i mieć nadzieje, że tego dnia jeszcze jakiś do Katerini pojedzie. Gdy po półgodzinnym czekaniu powoli zaczynałem rozważać możliwość powrotu na piechotę ,na drodze ukazał się długo oczekiwany transport, który zabrał nas do miasta. Wysiadając w Katerini czuliśmy się co najmniej tak jakbyśmy już byli w naszym pensjonacie w Paralii. Mimo iż lubię wypady w nieznane poczułem ulgę, tym bardziej, że byliśmy już nie na żarty głodni. Po dotarciu na miejsce, szybko przyrządziliśmy sobie późny obiad. Skoro wróciliśmy wcześniej niż planowaliśmy można było jeszcze tego dnia udać się na plażę. Brodząc w Morzu Egejskim, ostatni raz tego dnia spojrzałemna Olimp, który dumnie wznosił się na horyzoncie –następnym razem –pomyślałem.
Do domu.
Wszystko co dobre szybko się kończy i nim się obejrzeliśmy trzeba było wracać do Polski. Ciężko było myśleć o powrocie do rzeczywistości, po tak wspaniałych wakacjach. Ale komu w drogę temu czas i kolejnych 40 godzin ponownie spędziłem w miłym autobusiku. Tym razem przez Serbię jechaliśmy za dnia, więc można było się przyjrzeć tamtejszym krajobrazom. Jednak nie zachwyciły mnie one niczym.
Do Czeskiego Cieszyna przyjechaliśmy około pierwszej w nocy. Wszyscy nasi współtowarzysze zostali rozwiezieni do domów, a my biedni zostaliśmy z tobołami w ciemną noc w obcym kraju. Celnicy nie mogli uwierzyć własnym oczom. Widok był osobliwy, opaleni, z greckimi dzbankami i talerzami usiłowaliśmy wrócić do kraju. Bez żadnych problemów przeszliśmy na druga stronę, jeszcze tylko cztery godziny drzemki na dworcu w Cieszynie i pierwszym pociągiem triumfalnie przyjechaliśmy do Ustronia.
Pomimo, iż były to nisko budżetowe wczasy wspominamy je dzisiaj milej niż pobyty w luksusowych hotelach w opcji Al Inclusive na całym świecie. Z pewnością jeszcze tam kiedyś wrócimy.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Ateny Waluta: euro (EUR) Język urzędowy: grecki Inne: francuski, angielski
Lokalny czas
Kiedy jechać
Od maja do października
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotelsofgreece.com Hotele
- www.ancientgreece.com Grecja Starożytna
- www.justgreece.org Przewodnik
- www.greecetravel.com Przewodnik
- www.visitgreece.gr Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

