Wieczór na plaży w Hammamecie. W towarzystwie Hatima tańczymy w rytm arabskiej muzyki...
"Łącząc tradycje afrykańskie, arabskie i śródziemnomorskie, Tunezja godzi turystykę ze swą muzułmańską kulturą". Bardzo podoba mi się to stwierdzenie i niech zastąpi wstęp, bo opowieść i tak będzie dłuuuuga...
28.04.2008
Wylatywaliśmy w ostatnim dniu sierpnia. Żegnała nas deszczowa aura. Na szczęście po trzech godzinach lotu, lądując w Monastirze mogliśmy cieszyć się słońcem i wysoką temperaturą. Chwilka na lotnisku, odbiór bagaży, odnalezienie autokaru i ruszamy do hotelu, który mieścił się w Hammamecie. To był nasz punkt wypadowy.
Hammamet to typowo turystyczny kurort. Najwięcej tu: Francuzów, Niemców, Polaków i naszych sąsiadów zza wschodniej granicy. Piękne hotele, piaszczyste, czyste plaże, ciepłe morze... Już po kilku dniach poznaliśmy sporą grupkę Polaków, kilku animatorów i kelnerów z naszego hotelu i jednego miejscowego – Hatima, który wyraźnie był zainteresowany jedną z naszych koleżanek.
Miasto składa się właściwie z dwóch ośrodków – Hammametu „starego” i „nowego” zwanego Yasmin od jaśminu, którym pachnie cała Tunezja. Już po kilku godzinach pobytu tam stwierdziłam, że Tunecyjczycy mają na jego punkcie fioła, bo jaśminowe jest prawie wszystko: mydła, szampony, odświeżacze powietrza, środki piorące...dzieci na ulicach sprzedają bukieciki i "korale" z kwiatów jaśminu... wszędzie jaśmin, jaśmin, jaśmin.
Między hotelem a poszczególnymi częściami miasta najlepiej poruszać się taksówkami, które czekają na każdym rogu i przy każdym hotelu. Po pierwszej wyprawie przekonałam się, że jazda nie zawsze musi należeć do przyjemnych. Kilka razy zdarzył nam się kierowca, który nie przestrzegał żadnych zasad – jeździł jak chciał – byle do przodu a podczas drogi „puszczał bąki” lub głośno bekał i nic sobie z tego nie robił. Po prostu zupełny „luzik”.
W starym Hammamecie rzuca się w oczy bardziej tradycyjna architektura. Od razu dostrzegłam Meczet i Medinę – targ, który jest w centrum chyba każdego tunezyjskiego miasta. Medina to raj dla miłośników zakupów. Pachnie tam skórą, kadzidełkami i przyprawami. Można tam kupić praktycznie wszystko ale należy pamiętać by zachować uwagę i trzeźwość umysłu! O wszystko należy się targować, gdyż cena "wyjściowa" jest zwykle zabójcza; poza tym zalecam uwagę, bo srebro często nie jest srebrem a złoto złotem; zdarzają się też kradzieże ale na szczęście ani ja ani nikt z moich znajomych tego nie doświadczyli. Pamiątki, torebki, buty, koraliki, orzechy w lukrze, worki i woreczki z przyprawami... do wyboru, do koloru.
Muszę jednak przyznać, że w Medinach spotkałam się z największą ilością skrajnych sytuacji i zachowań. Z jednej strony dość duży procent chamstwa i "upierdliwości", z drugiej - śmieszne sytuacje, kiedy np. chcieli mnie odkupić za 10 wielbłądów (!).
"Nowy" Hammamet jest stworzony całkowicie z myślą o turystach i pod ich kątem. Bardzo kolorowy, taki "bajkowy", z dużą ilością zwykłych sklepów, pięknych, wymyślnych hoteli, restauracji, z pięknym portem i mini-gajami oliwnymi... Nawet medina wydała się tu bardziej nowoczesna i zaryzykowałabym stwierdzenie „europejska”. Ach i ten zapach...
Po takiej wyprawie do Yasmin polecam zakończyć dzień w jednej z kawiarni na plaży - sącząc kawę i bardzo słabe (procentowo) piwko, tańcząc w rytm arabskiej muzyki podziwiać zachód słońca nad Morzem Śródziemnym...
Okolice Hammametu zachwyciły nas tak bardzo, że przez blisko tydzień nie ruszaliśmy się poza jego obręb. Doołudnia zażywaliśmy kąpieli słonecznych a później – taksówka i do miasta. Sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy nigdzie mi tak nie smakował. A dania przygotowane w dość ubogich (pod względem wystroju) restauracjach i tamtejszych „fast fudach” - były tak bogate w przystawki, tak malowane mieszaniną smaków i aromatów, że chciało się próbować i próbować. I ta herbata miętowa – obowiązkowa do każdego obiadu... Gorąco polecam, bo na tunezyjskich talerzach odnajdujemy to, co w Tunezji najpiękniejsze – bogactwo i różnorodność kultur.
Przyjemnie było opalać się i leniuchować ale jeszcze bardziej ciągnęło by poznać dalsze zakątki Tunezji. Gdy na hotelowej tablicy ogłoszeń zobaczyliśmy informacje o wycieczkach fakultatywnych – długo nie trzeba było nas namawiać. Jedziemy na wycieczkę objazdową.
Wyruszyliśmy z samego ranka w świetnym towarzystwie – grupa polaków z dużym zasobem poczucia humoru, miły kierowca i świetny przewodnik (Arab, który studiował na politechnice w Łodzi).
Pierwszym przystankiem była nieduża miejscowość El-Dżem, gdzie zwiedzaliśmy Koloseum. By jednak dojść do tej gigantycznej budowli musieliśmy minąć tysiąc kramów z koralikami, chustami, ceramiką, torebkami i nie wiem czym jeszcze. Po drodze zdążyli nas przebrać w arabskie stroje i zarządzać za nie pieniędzy a gdy odmówiliśmy – to koniecznie jednego dinara za tą „przyjemność”.
Koloseum od zawsze kojarzyło mi się z Rzymem i skojarzenie to okzało się jak najbardziej trafne, bowiem to w El-Dżem jest ponoć identyczne pod względem konstrukcyjnym i jedynie troszkę mniejsze niż rzymski odpowiednik. Nigdy nie byłam w Rzymie więc ciężko mi sobie wyobrazić coś jeszcze większego, bo to jest ogromne. Mogło pomieścić ponad 30 tysięcy widzów! Aż ciężko pojąć ile krwi zostało przelanej przy jego budowie i ile ofiar widziały te mury podczas walk gladiatorów, pokazów dzikich zwierząt, czy wyścigów rydwanów. Niesamowite i przerażające zarazem. Koloseum urzekło również reżysera Ridleya Scotta, który tu kręcił wiele scen do Gladiatora (2000).
Następnie udajemy się w dość długą drogę, którą w połowie przesypiamy. Przejeżdżamy przez Sfax i Gabes - gdzie zatrzymujemy się na obiad. Mogę wreszcie kupić baterie do aparatu, bo moje nie wiem czy od ciepła czy od ciągłego pstrykania odmawiają już posłuszeństwa. O baterie również muszę się nieźle potargować, bo pierwotna cena był równa naszym 70 zł.
Z Gabes - ruszamy do Matmaty. Po drodze obserwujemy pustynny krajobraz. Co kilka metrów obserwujemy rozstawione namioty – rzeźnie, w których można kupić mięso (surowe albo pieczone na grillu) lub obwiązane sznurkami karnistry z benzyną sprowadzoną nielegalnie z Libii – ot, takie „stacje benzynowe”.
Matmata jest niewielką miejscowością – może nawet wioską w której żyje duża grupa rdzennych Tunezyjczyków – Berberów. W pięknych, kolorowych strojach oprowadzają po swoich lepiankach wydrążonych w skałach (jaskiniach), częstują plackami berberyjskimi (który smakuje prawie jak nasz chleb) i oczekują na napiwki. Turystyka dla większości z nich jest jedynym źródłem dochodu, dlatego niechętnie przeprowadzają się do nowszych domów podarowanych im przez państwo.
Dosłownie pięć minut drogi od Matmaty zatrzymujemy się by podziwiać krajobraz, który także został wykorzystany w światowej kinematografii – do Gwiezdnych Wojen.
Na następnym postoju czeka nas niespodzianka. Nasz wygodny, klimatyzowany autokar zostaje zamieniony na niewygodne wielbłądy a my zostajemy ubrani w pasiaste stroje i turbany. Śmiesznie wyglądamy. Przez kilka minut zanoszę się głośnym śmiechem i dostaję alergii na wielbłądzią sierść. Dobry humor przestaje mi dopisywać, kiedy przychodzi wsiąśćna camela i utrzymać równowagę, gdy zwierzak wstaje, bo wszystko się kołysze, huśta i wiruje. Ruszyliśmy na Saharę. Jazda do komfortowych zdecydowanie nie należała a mój mąż miał dodatkową atrakcję - trafił mu się zbzikowany i niespokojny wielbłądzi ogier. Co chwilę podskakiwał, parskał i próbował go zrzucić. Przyznaję, że z boku wyglądało to całkiem zabawnie ale nie chciałabym się znaleźć na takim wielbłądku.
Klimat Sahary można od razu wyczuć – bardzo gorąco, bardzo słonecznie i sucho. Piasek – miałki jak mąka. Przy delikatnym powiewie wiatru unosił się w powietrzu prósząc w oczy. I ta cisza i ten jednolity krajobraz...
Po takim dniu o niczym tak nie marzyłam jak o kąpieli i łżku. Nocowaliśmy w jednej z oaz. Piękne miejsce, uroczy hotel z wieżyczką z której mogliśmy podziwiać zachód słońca nad Saharą.
Wstajemy przed świtem. Co dziwne przywitał nas bardzo przyjemny, delikatnie chłodny poranek.
Prysznic, śniadanko i do autokaru, by po chwili ponownie wysiąść i wysłuchać opowieści o tym jak tysiące lat temu Morze Śródziemne zalało Tunezję i sąsiadujące z nią kraje. Gdy morze zaczęło się cofać, pozostawiło po sobie słone jeziora. Dziś – wydobywa się tu sól, bowiem jeziora wypełnia woda tylko podczas pory deszczowej.
Jesteśmy jakieś 150 kilometrów od Algierii, w okolicy Wielkiego Szottu. Zaskakuje nas tu - zdecydowanie lepszy niż u nas – stan dróg. Jedziemy szybko ale nasz kierowca zaczyna narzekać na potworny ból zęba. Na szczęście na pokładzie autokaru znajduje się farmaceutka z odpowiednim specyfikiem. Po kilku minutach śpiewamy (o ile można to nazwać śpiewem) z kierowcą arabskie piosenki. Krajobraz za oknem – nijaki – sucho, szaro... pustynnie.
Około godziny 10.00 rano dojeżdżamy do niewielkiej wioski-oazy. Widok jest tu zupełnie inny. Mnóstwo drzew m.in. palmy daktylowe, bananowce... i oczywiście jaśmin. Jeden z miejscowych zaprasza na wspólną wspinaczkę po palmach. Ściąga buty i w ciągu 5 sekund jest na samej górze palmy, która wydaje się mieć z 40 metrów. Próbuję. Jednak po pokonaniu zaledwie kilku poziomów – rezygnuję. Wbrew pozorom to nie jest takie proste.
Spacerujemy, podziwiamy roślinność, jeździmy bryczką...
I przesiadamy się do samochodów. Jedziemy długo – po piaskach i wertepach. Gdy wysiadamy ponownie jesteśmy gdzieś w okolicach Gabes. Widzimy mnóstwo kamiennych, kwadratowych domów o płaskich dachach, które całkowicie zlewają się z otoczeniem. Przechodzimy przez wioskę i rozpoczynamy marsz przez Atlas.
Co za widoki! Raz sucho, skaliście, piaskowo a po chwili mnóstwo palm, wodospady, strumyki – oazy górskie. Nie mogę się powstrzymać, zrzucam ubranie i zażywam kąpieli pod jednym z wodospadów. Brrrr! Woda jest potwornie zimna. Ale tego mi było trzeba. Po za tym przyznam się, że zawsze o tym marzyłam - kąpiel pod wodospadem! Mmmm! Chwilka ochłody i dalej w trasę. Po drodze mijamy kopalnie fosforanu. Kupuję od jednego z handlarzy całkiem sporą bryłkę fioletowych kryształków i przez dalszą część podróży noszę ten głaz ze sobą. No cóż, czego się nie robi dla posiadania fajnej pamiątki... ;)
Po bardzo długim idość wyczerpującym „spacerku” z powrotem wsiadamy do autokaru. Ruszamy na północ. Połowę trasy przesypiamy. Mamy dwie przerwy – jedną w jakimś przydrożnym zajeździe i drugą w Kairuan.
Kairuan jest bardzo ważnym ośrodkiem nie tylko dla Tunezyjczyków ale dla całej religii islamu. Bowiem jest wymieniany jako czwarte święte miasto. Przechodzimy koło Meczetu obok którego zauważamy cmentarz o charakterystycznych białych, jakby wapiennych „nagrobkach” – kopułach. Mnóstwo tu turystów, kramów z pamiątkami, herbaciarni...
Wracamy do Hammametu.
Robimy sobie dzień odpoczynku i korzystamy z wycieczki quadami po okolicy. Jazda quadami jest tu popularną i dość niedrogą formą rozrywki. Zarazem jest to kolejna rzecz, która chętnie bym powtórzyła. Kilka osób odpadło już na początku nie mogąc podjechać pod dość stromą górkę. Na szczęście nam się udało i odbyliśmy dwie godziny niesamowitej jazdy, wśród pagórków i gajów oliwnych. Ostatnia prosta – należała do mnie. Musiałam sprawdzić szybkość pojazdu, wobec tego zupełnie spontanicznie rozegrałam wyścig z pewną Francuzką. Zaznaczam – wygrany wyścig! W każdym razie quady – to jest to, co „tygrysy” lubią najbardziej.
Na kilka dni przed wyjazdem z Tunezji – ruszamy na Tunis. Naszą przewodniczką jest Polka, która od 15 lat mieszka w Tunezji.
Stolica okazuje się być najbardziej europejskim miastem w całej Tunezji. W pierwszym momencie tryska tu cały czar kraju arabskiego. Odnoszę wrażenie jakbym przeniosła się do jednego z krajów śródziemnomorskich. Architektura, centra handlowe, hotele..., przyjazne usposobienie mieszkańców, kobiety poubierane w normalne stroje - bez przysłoniętych twarzy... Po prostu – duże miasto z ogromem europejskich naleciałości.
Punktem centralnym miasta – jest Medina z tysiącem uliczek, z milionem ściśniętych obok siebie sklepików i bardzo, bardzo bogatym asortymentem. Po środku Mediny – stoi Meczet, którego wieża wznosi się wysoko nad sklepikami.
Zwiedzamy muzeum Bardo, które mieści się w pałacu bejów. Podziwiamy znaleziska archeologiczne i zachowane eksponaty: maski, sarkofagi, garnki... i mozaiki, których jest tu całe mnóstwo.
Z Tunisu jedziemy wzdłuż wybrzeża w kierunku Kartaginy. Po drodze zatrzymujemy się w Sidi Bu Sa’id. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Tunezji. Jest tu uroczo, zachwycająco, bardzo romantycznie. Podobno w XIX i XX wieku uwielbiali tu przyjeżdżać artyści poszukujący inspiracji i natchnienia. Niesamowite wrażenie rbi spacer pomiędzy labiryntem uliczek z białymi domkami i niebieskimi okiennicami. Naszą wędrówkę kończymy na szczycie klifu - popijając herbatę z orzeszkami piniowymi i podziwiając niesamowity widok na tarasie Cafe Sidi Chabanne. Właściciel kawiarni chwali się przed turystami z Polski, że to u niego popijali herbatkę państwo Kwaśniewscy podczas jednej ze swoich podróży.
Godzinkę później przejeżdżamy obok ostro strzeżonej posiadłości prezydenta Tunezji. Nie wolno robić zdjęć ani filmować – okolica jest naszpikowana kamerami, obstawiona sporą gwardią żołnierzy. Nawet chodząc po ruinach Kartaginy należy uważać, by przypadkiem nie złapać w kadr rezydencji prezydenckiej. Ostrożność wydaje się przesadna ale szanujemy przepisy i stosujemy się do wszelkich zakazów.
Zwiedzanie nadmorskiej Kartaginy, to podróż w czasie. Ruiny, filary, kamienne labirynty... Wystarczy zamknąć na chwilę oczy by przenieść się w czasy Fenicjan. Z jednej strony bardzo mi się tu podoba, z drugiej jest mi troszkę żal, że tylko tyle zostało z tak bogatego i potężnego Nowego Miasta...
Do Hammametu wracamy późnym wieczorem. W drodze powrotnej do hotelu spotykamy Hatima, który zabiera nas na... wesele.
Szczerze powiem, że do dziś mam mieszane uczucia i nie potrafię jednoznacznie stwierdzić czy mi się podobało. Po prostu – było zupełnie inaczej niż na polskim weselu. Wielka sala wypełniona zapachem kadzideł i dźwiękami arabskiej muzyki; scena – z dwoma tronami na których siedzieli państwo młodzi podziwiani przez zgromadzonych gości; kobiety w arabskich strojach... wszystko to rodziło niesamowity, trudny do opisania klimat.
Pełni wrażeń wróciliśmy do pokoju hotelowego. Mieliśmy zamiar porządnie odespać ostatnie dni. Jednak noc do spokojnych nie należała. Takiej burzy jak w Tunezji nie przeżyłam nigdzie – nigdy! Pioruny waliły tak, że trzęsło hotelem, grzmoty nie pozwoliły nawet na chwilę zmrużyć oczy. Zasnęliśmy dopiero nad ranem, kiedy wariactwo pogodowe ucichło. Co dziwne – po burzowej aurze przywitała nas piękna, słoneczna pogoda oraz bardzo wzburzone morze. Nie mogliśmy się powstrzymać od kąpieli w „bałwanach” i daliśmy się sponiewierać falom. Tak kończyła się nasza tunezyjska przygoda.
Po dwóch niesamowitych i pełnych wrażeń tygodniach – przyszło nam pakować walizki.
Lotnisko w Monastirze, szybka odprawa, lot... i żegnamy Tunezję. Odlatujemy bogatsi o tysiąc przeżyć, z głową pełną wspomnień, walizką pamiątek, tysiącem zdjęć...
Zaskakująco dobry stan dróg.
Można wyporzyczyć quady i samochody.
Najtańszym transportem są autobusy. Należy pamiętać, że wsiada się tylko tylnimi drzwiami. :)
Taxi. Niedrogi, powszechny, łatwodostępny środek transportu.
Małe, białe busy (louage). W zależności od namalowanego paska (czerwony, niebieski, żółty) - jeżdzą na trasie międzynarodowej, w obrębie miast lub pomiędzy miastami.
Pociągi.
Tunezyjczycy są bardzo serdeczni i przyjacielsko nastawieni.
Muszę również zwrócić uwagę ich zdolności językowe. Pod tym względem są niesamowici. Zwykle znają dwa języki obce (w tym zazwyczaj francuski) i mnóstwo powiedzeń, słów i... przekleństw w innych językach.
Podczas jednej z imprez na terenie hotelu, mój mąż przedstawił się jako „Grzegorz Brzęczyszczykiewicz”. Imię i nazwisko bardzo zaintrygowało młodą arabkę - kazała je zapisać na kartce. Chwilę popatrzyła, zapisała „znaczkami” w swoim języku i... przeczytała poprawną polszczyzną. Podobnie Hatim – mówił płynnie po francusku, zaskakująco dobrze po polsku, niemiecku i rosyjsku. :))
Dania dość pikantne. Do wielu z nich dodawana jest bardzo ostra pasta paprykowa (harissa).
W Medinach można kupić dosłownie wszystko (odzież, obuwie, "oryginalne" podróby znanych marek, biżuterię, perfumy, kadzidła, naczynia,... ... ...)
Rośliność to przede wszystkim: palmy, kaktusy - opuncja, drzewka oliwkowe i jaśmin, jaśmin, jaśmin :)
Tunezja jest dość bezpiecznym krajem.
W miejscowościach turystycznych można spotkać na każdym kroku patrole policji.
1. Należy szczególnie uważać, by pić wodę z butelek. W Tunezji jest inna flora bakteryjna. Podczas naszego pobytu dużo osób skarżyło się na problemy żołądkowe.
2. Słońce. Warto uzbroić się w kremy z filtrem.
3. Kradzieże. Ponoć zdarzają się w hotelach i medinach (ale muszę przyznać, że podczas naszego dwu tygodniowego pobytu nie słyszałam o ani jednym takim przypadku).
Plaże są czyste, piaszczyste.
Dużo atrakcji: łódki, statki, motorówki, "banany", materace, leżaki, przejażdzka wielbłądem, spadochrony...
Najlepiej stołować się w restauracjach i barach szybkiej obsługi z których korzystają mieszkańcy. Unikać - opustoszałych. :)
W Tunezji jest mnóstwo kawiarnii. W większości przesiadują panowie palący shisę.
Najlepiej stołować się w restauracjach i barach szybkiej obsługi z których korzystają mieszkańcy. Unikać - opustoszałych. :)
W Tunezji jest mnóstwo kawiarnii. W większości przesiadują panowie palący shisę.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Tunis Waluta: dinar tunezyjski (TND) 1 TND = 1000 milimów Język urzędowy: arabski Inne: odmiana tunezyjska języka arabskiego, francuski
Lokalny czas
Kiedy jechać
Najlepsza pogoda jest między marcem a majem.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.choosetunisia.com Hotele
- www.tourismtunisia.com Zakupy
- www.tunisair.com Linie lotnicze
- www.tunezja.pl Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

