okazje
We Lwowie przywitał nas przepiękny Dworzec Główny – wzniesiony w latach 1899–1904; największy dworzec Galicji, jeden z najcenniejszych zabytków polskiej architektury i techniki pocz. XX w. We Lwowie przywitał nas przepiękny Dworzec Główny – wzniesiony w latach 1899–1904; największy dworzec Galicji, jeden z najcenniejszych zabytków polskiej architektury i techniki pocz. XX w. Ulice Starego Miasta we Lwowie zostały wpisane na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Widoczne są tutaj ślady żyjących tu niegdyś rozmaitych grup etnicznych. Grupy te choć odmienne to jednak wzajemnie od siebie zależne, zostawiły trwały ślad w architekturze i charakterze Lwowa. Szczególne wrażenie zrobiła na nas czarna kamienica na na Rynku we Lwowie. Fasada kamienicy pokryta ciemniejącym z wiekami piaskowcem, jest uważana za jeden z najcenniejszych zabytków budownictwa mieszczańskiego z epoki renesansu. Tam, gdzie odpadają sowieckie tynki, mające zakłamać przeszłość, odkrywamy ślady dawnej tolerancji i współistnienia narodów, które z pokolenia na pokolenie żyły w coraz większym dostatku, w coraz piękniejszym otoczeniu. Odnajdujemy stare „składy tkanin”, polskie restauracje i biblioteki. Gdzieś wysoko na starej kamienicy patrzy na nas Kościuszko, gdzie indziej Sobieski. Wszędzie znajdujemy napisy niemieckie, polskie, hebrajskie i innych narodów. We Lwowie, jak w soczewce, widać to, co komunizm pozostawił wszędzie tam, gdzie zawitał. Chaos, wieczną tymczasowość i brud. Tak jak i u nas, tylko tu intensywniej. Symboliczne pod tym względem jest to, co działo się nad naszymi głowami – kosmiczna plątanina kabli; były tam kable wszelkiej maści i przeznaczenia: tramwajowe, telewizyjne, kable czarne, szare i siwe, podtrzymujące, naciągające, przenoszące energię, informację i cholera wie co jeszcze. Istna pajęczyna. Wędrują po uliczkach Lwowa trafiamy na budynki cyrku. Dochodząc do dworca, postanowiliśmy wstąpić na miejski targ – to też jedna z naszych zasad – chcesz poznać kraj? Jedz i kupuj lokalne jedzenie! Ukraińskie wędliny uświadomiły nam, jak bardzo się mylimy, chwaląc nasze wyroby. Ich kiełbasy, boczki, szynki są niewiarygodnie smaczne. Podobnie doskonały mają chleb, a piwo … – przy tym napoju nie można się na chwilę z pietyzmem nie zatrzymać. W Polsce pijemy głównie lagery, które stanowią ponad 90% naszego rynku. Na Ukrainie bardzo popularne są i inne gatunki. Nam szczególnie przypadły do gustu piwa pszeniczne – u nas znane od niedawna, tam powszechne i lubiane. Nazajutrz wyruszyliśmy w góry. Zrazu sądziliśmy, że dotrzemy tam na piechotę, ale pomysł „popsuł” nam miły człowiek, który, nieproszony, zabrał nas swoją Ładą. Po drodze okazało się, że jest pracownikiem Karpackiego Parku Narodowego. Po drodze musieliśmy, co rusz mijać pędzone w góry stada owiec. Pierwszy dzień w górach. Zrazu sądziliśmy, że dotrzemy tam na piechotę, ale pomysł „popsuł” nam miły człowiek, który, nieproszony, zabrał nas swoją Ładą. Po drodze okazało się, że jest pracownikiem Karpackiego Parku Narodowego. Po drodze musieliśmy, co rusz mijać pędzone w góry stada owiec. Zaopatrzeni w mapę ruszyliśmy zgodnie z jej wytycznymi szlakiem prosto w kierunku Hawerli. Wybraliśmy drogę wzdłuż strumienia. Jak się okazało na naszą zgubę. Droga, którą szliśmy, powoli, lecz nieubłaganie, poczęła zbliżać się do potoku, stając się jego częścią. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że z obu stron, równolegle do potoku, wyrastały wysokie, momentami prawie pionowe ściany, porośnięte gęstwiną korzeni i krzaków – nie do przejścia.  Pod wieczór potok i droga już całkowicie zjednoczyły się w drodze ku górze (albo przeciw nam). Sytuacja stała się beznadziejna. Do przodu iść się nie da, droga w dół zajmie nam kilka godzin w zimnie i w jeszcze wyższej wodzie niż przed paru jeszcze chwilami (padało coraz mocniej), na bok się nie da zejść (strome, porośnięte zbocza). Postanowiliśmy iść jeszcze 15 minut w górę. Uśmiechnęło się do nas szczęście i ujrzeliśmy wyrwę w zboczu góry, po której wydostaliśmy się z ogłuszającej już w tym momencie rzeki. Po wyjściu z wody, cali mokrzy ruszyliśmy pod górę, szukać miejsca na biwak. Wybraliśmy naszym zdaniem najlepsze z możliwych miejsce na nocleg. Namiot rozstawiliśmy na stoku. W połowie długości namiotu, w poprzek leżało zwalone drzewo. Ów nieproszony gość w naszej sypialni, zmusił nas do jej wypięcia.  Jakby tego było mało, namiot stał pod sporym kątem. Dość powiedzieć, że aby pod czas snu całkiem się nie zsunąć w dół, musieliśmy zapierać się nogami o pobliskie drzewo. Następnego dnia postanowiliśmy wrócić równolegle do rzeki górskimi grzbietami. Idąc dzień wcześniej, zadzierając do góry głowy, cały czas mieliśmy przed oczami ten sam widok – bardzo strome górskie grzbiety, z których co kilkaset metrów spływały, czasem prawie pionowo, strumienie i wodospady. Gdy tylko ruszyliśmy w drogę, zaczął padać deszcz, który towarzyszył nam przez następne kilkanaście godzin. Droga była największą udręką w naszym dotychczasowym życiu turysty górskiego. Doszliśmy w końcu, tak jak planowaliśmy, do  strumienia. Jako, że i tak byliśmy całkowicie przemoczeni, weszliśmy do niego, kierując się w dół, ku rzece, przez której nurt planowaliśmy się przedostać na drugą stronę, a tam już spokojnie, szlakiem, powrócić do Gowerli. Niestety, strumień w pewnym momencie zamienił się w pionowy wodospad. Musieliśmy dnem strumienia wrócić tam, skąd zaczęliśmy drogę. Szlak na szczyt Hawerli, którym teraz idziemy jest bardzo dobrze oznakowany. Można się zatrzymać i nabrać wody przy wielu źródełkach, które mijaliśmy po drodze. Szkoda tylko, że takie miejsca nie są oznaczone na mapie. Często w takich miejscach były nawet przygotowane miejsca, gdzie można usiąść i odpocząć przed dalszą wspinaczką. W końcu udało się nam dojść do rzeki. Niestety, rzeka na tyle posiliła się deszczem, że przejście wydawało się niemożliwe. Rozejrzałem się. W pobliżu rosło drzewo. postanowiłem je zrąbać. Szło upiornie. Nie miałem żadnej gwarancji, że drzewo spadnie we właściwym kierunku, oraz , że jest wystarczająco wysokie, by dotknąć drugiego brzegu. Jednak udało się. Koniec końców udało się powrócić na właściwy brzeg i nam i naszym plecakom. Drżenie rąk z zimna uniemożliwiło nam zrobić ostre zdjęcie. Poranek w domu u naszego wybawcy. On i jego rodzina, to najserdeczniejsi i najweselsi ludzie, jakich w życiu spotkaliśmy. Nie pozwalali nam odejść od stołu. Rano, na śniadanie, zaserwowano nam, na wzmocnienie, świeżo zrobiony bimber. Wszystkie nasze przemoczone rzeczy suszyły się na podwórku u naszych gospodarzy. Domy są niezwykle uporządkowane i czyste, podobnie podwórka. Wszyscy mają własne kury i świnki, a cały ten zwierzyniec karmiony jest tylko tym, co rośnie wokół. Stąd smak jaj i wędlin zwala z nóg. Szczególnie wędliny są niezwykle aromatyczne, choć jedyną ich przyprawą jest sól i czasami pieprz. Aromat ziół, ma swoje źródło w diecie świnek. Pewnego razu, gdy piliśmy piwo przed miejscowym sklepem, podeszła do nas staruszka i zapytała, kim jesteśmy. Kiedy usłyszała, że jesteśmy z Polski, szeroko się uśmiechnęła i odeszła. Po pół godzinie wróciła z czymś, co wyglądało, jak nasze pączki, ale było to słone i miało jakiś taki mięsny posmak. Przepyszne. I tak jest tam na każdym kroku. Wszyscy traktowali nas niezwykle serdecznie i z wielkim zainteresowaniem. Trudno było się poruszać pieszo, bo każdy chciał nas podwozić. Jedliśmy tutaj najlepszą dojrzewającą szynkę, jaką udało mi się kosztować. Ciekawy jest sposób jej wyrobu i wiele mówi o stosunkach tam panujących. Otóż cała wioska pekluje owe szynki w domach, ale na okres kilku miesięcznego dojrzewania są owe specjały wynoszony do specjalnej chatki, gdzie oznakowane wiszą, nabierając niezwykłego smaku i aromatu. Niezwykła w tej wiosce panowała atmosfera. Na przykład wszystkie dzieci są traktowane jak własne. W praktyce wygląda to tak, że posiłki je taka gromada roześmianych maluchów tam , gdzie akurat się bawi. Dopiero przed nocą rodzice szukają swoich pociech, a kiedy je znajdują, to już najedzone, umyte i gotowe do snu. I nikt nikomu za to nie dziękuje, bo – ich zdaniem – niby za co? Za normalność? Wioska ta nas zauroczyła zarówno serdecznością mieszkających w niej ludzi, jak i pięknem miejsca, w której jest położona. Po trzech dniach, wypoczęci, opuszczamy tą niesamowitą wioskę i wracamy na szlak, tym razem wybierając inną drogę. Po drodze mijamy inne górskie potoki. Powinny nas zachwycać, ale dla nas szum płynącej wody do dzisiaj nie daje spokoju. Bardzo długo musieliśmy się wspinać (około trzech godzin) aby idąc tym szlakiem ukazały nam się pierwsze szczyty masywu Czarnohory. Po drodze często mijaliśmy niesamowite struktury stworzone przez naturę. Pierwsza panorama gór, którą zobaczyliśmy na szlaku. Jest tu mnóstwo szczytów powyżej tysiąca pięciuset metrów. Wierzchołki przekraczają granicę lasów, powyżej której panuje już tylko kosodrzewina, a nawet limba. Idąc dalej drogą, którą prowadził nas szlak, dochodzimy do przełęczy pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Czarnohory (Pietros i Hawerla). W dali naszym oczom ukazała się kapliczka. Było to dla nas coś niesamowitego. Przecież byliśmy na wysokości prawie 2000 m/n.p.m. a dookoła otaczały nas dzikie góry i lasy. Jeszcze bardziej zaskoczyło nas wnętrze tej kapliczki. Ktoś musiał o nią regularnie dbać. Panował w niej niesamowity wręcz porządek. Wędrując dalej naszym oczom ukazała się mała chatka. Dokładnie w tym miejscu, o którym mówił nam nas wybawca i pracownik Karpackiego Parku Narodowego. Sam brał udział w budowaniu tego schronienia. Niestety mapy dostępne u nas w kraju nie maja zaznaczonego tak bezpiecznego schronienia w górach. W chacie tej czekała na nas  największa atrakcja - piec. Po małej rekonstrukcji pieca rozpaliliśmy ogień i uwarzyliśmy strawę – paprykarz wołowy z pęczakiem. Chyba nigdy tak nam nie smakował posiłek w górach. Do tego kropelkę samohonu (tak to cudo, tam się wymawia). Wstaliśmy o świcie. Przywitała nas przepiękna pogoda. Ani jednej chmurki na niebie. Cudowne uczucie po ostatnich przygodach. Daleko w niższych partiach gór kłębiły się chmury. To był niezwykły widok. Kolejny dzień wędrówki. Idąc podziwiamy już najwyższe szczyty Czarnohory. Panorama Czarnohory. Z dala widoczny jest Petros. Przed nami ukazała się Howerla. To na szczyt tej góry zmierzamy. Po drodze mijamy urocze kwiaty. Przed nami miejsce na odpoczynek lub rewelacyjne miejsce na obóz. Na szlaku spotykamy jeszcze jedną chatę, w której można spędzić noc i jedynych turystów, jakich spotkaliśmy w górach. Okazało się, że są to Ukraińcy, i że co roku wracają do Czarnohory. Dostaliśmy od nich mapę, która okazała się bardziej dokładna niż ta, którą kupiliśmy u nas w kraju. Po raz kolejny spotkaliśmy się z ogromną życzliwością tego narodu. Ostatnie podejście na Howerlę. Nie jest trudno wspiąć się na szczyt tej góry. Należy tylko uważać na kamienie luźno leżące na stoku. Widok ze szczytu Hawerli. Widok jest przepiękny, ale sama góra jest pełna śmieci. Generalna rada dla wszystkich, omijacie te wszystkie naj – najwyższe szczyty, najgłębsze dziury itp. Tam zawsze jest pełno ludzi i tego, co ze sobą taszczą. Najpiękniejsza Ukraina, w tym ukraińskie Karpaty, jest na uboczu, z dala od ludzkiego zgiełku. Tam jedźcie. Jeszcze inne spojrzenie z Hawerli. Widok na Turkuł (1935) i dalsze szczyty głównego grzbietu Czarnohory Schodząc z drugiej strony Hawerli zaskoczył nas chyba jeden z piękniejszych widoków. Stok góry pełen krokusów. Te kwiaty nas zachwyciły. Szczyt Hawerli z drugiej strony. Tutaj jeszcze śnieg nie zdążył stopnieć po zimie. Poszliśmy dalej ...
  • We Lwowie przywitał nas przepiękny Dworzec Główny – wzniesiony w latach 1899–1904; największy dworzec Galicji, jeden z najcenniejszych zabytków polskiej architektury i techniki pocz. XX w.
  • Ulice Starego Miasta we Lwowie zostały wpisane na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Widoczne są tutaj ślady żyjących tu niegdyś rozmaitych grup etnicznych. Grupy te choć odmienne to jednak wzajemnie od siebie zależne, zostawiły trwały ślad w architekturze i charakterze Lwowa.
  • Szczególne wrażenie zrobiła na nas czarna kamienica na na Rynku we Lwowie. Fasada kamienicy pokryta ciemniejącym z wiekami piaskowcem, jest uważana za jeden z najcenniejszych zabytków budownictwa mieszczańskiego z epoki renesansu.
  • Tam, gdzie odpadają sowieckie tynki, mające zakłamać przeszłość, odkrywamy ślady dawnej tolerancji i współistnienia narodów, które z pokolenia na pokolenie żyły w coraz większym dostatku, w coraz piękniejszym otoczeniu. Odnajdujemy stare „składy tkanin”, polskie restauracje i biblioteki. Gdzieś wysoko na starej kamienicy patrzy na nas Kościuszko, gdzie indziej Sobieski. Wszędzie znajdujemy napisy niemieckie, polskie, hebrajskie i innych narodów.
  • We Lwowie, jak w soczewce, widać to, co komunizm pozostawił wszędzie tam, gdzie zawitał. Chaos, wieczną tymczasowość i brud. Tak jak i u nas, tylko tu intensywniej. Symboliczne pod tym względem jest to, co działo się nad naszymi głowami – kosmiczna plątanina kabli; były tam kable wszelkiej maści i przeznaczenia: tramwajowe, telewizyjne, kable czarne, szare i siwe, podtrzymujące, naciągające, przenoszące energię, informację i cholera wie co jeszcze. Istna pajęczyna.
  • Wędrują po uliczkach Lwowa trafiamy na budynki cyrku.
  • Dochodząc do dworca, postanowiliśmy wstąpić na miejski targ – to też jedna z naszych zasad – chcesz poznać kraj? Jedz i kupuj lokalne jedzenie!
  • Ukraińskie wędliny uświadomiły nam, jak bardzo się mylimy, chwaląc nasze wyroby. Ich kiełbasy, boczki, szynki są niewiarygodnie smaczne. Podobnie doskonały mają chleb, a piwo … – przy tym napoju nie można się na chwilę z pietyzmem nie zatrzymać. W Polsce pijemy głównie lagery, które stanowią ponad 90% naszego rynku. Na Ukrainie bardzo popularne są i inne gatunki. Nam szczególnie przypadły do gustu piwa pszeniczne – u nas znane od niedawna, tam powszechne i lubiane.
  • Nazajutrz wyruszyliśmy w góry. Zrazu sądziliśmy, że dotrzemy tam na piechotę, ale pomysł „popsuł” nam miły człowiek, który, nieproszony, zabrał nas swoją Ładą. Po drodze okazało się, że jest pracownikiem Karpackiego Parku Narodowego. Po drodze musieliśmy, co rusz mijać pędzone w góry stada owiec.
  • Pierwszy dzień w górach. Zrazu sądziliśmy, że dotrzemy tam na piechotę, ale pomysł „popsuł” nam miły człowiek, który, nieproszony, zabrał nas swoją Ładą. Po drodze okazało się, że jest pracownikiem Karpackiego Parku Narodowego. Po drodze musieliśmy, co rusz mijać pędzone w góry stada owiec.
  • Zaopatrzeni w mapę ruszyliśmy zgodnie z jej wytycznymi szlakiem prosto w kierunku Hawerli. Wybraliśmy drogę wzdłuż strumienia. Jak się okazało na naszą zgubę.
  • Droga, którą szliśmy, powoli, lecz nieubłaganie, poczęła zbliżać się do potoku, stając się jego częścią. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że z obu stron, równolegle do potoku, wyrastały wysokie, momentami prawie pionowe ściany, porośnięte gęstwiną korzeni i krzaków – nie do przejścia.  Pod wieczór potok i droga już całkowicie zjednoczyły się w drodze ku górze (albo przeciw nam).
  • Sytuacja stała się beznadziejna. Do przodu iść się nie da, droga w dół zajmie nam kilka godzin w zimnie i w jeszcze wyższej wodzie niż przed paru jeszcze chwilami (padało coraz mocniej), na bok się nie da zejść (strome, porośnięte zbocza). Postanowiliśmy iść jeszcze 15 minut w górę. Uśmiechnęło się do nas szczęście i ujrzeliśmy wyrwę w zboczu góry, po której wydostaliśmy się z ogłuszającej już w tym momencie rzeki.
  • Po wyjściu z wody, cali mokrzy ruszyliśmy pod górę, szukać miejsca na biwak. Wybraliśmy naszym zdaniem najlepsze z możliwych miejsce na nocleg. Namiot rozstawiliśmy na stoku. W połowie długości namiotu, w poprzek leżało zwalone drzewo. Ów nieproszony gość w naszej sypialni, zmusił nas do jej wypięcia.  Jakby tego było mało, namiot stał pod sporym kątem. Dość powiedzieć, że aby pod czas snu całkiem się nie zsunąć w dół, musieliśmy zapierać się nogami o pobliskie drzewo.
  • Następnego dnia postanowiliśmy wrócić równolegle do rzeki górskimi grzbietami. Idąc dzień wcześniej, zadzierając do góry głowy, cały czas mieliśmy przed oczami ten sam widok – bardzo strome górskie grzbiety, z których co kilkaset metrów spływały, czasem prawie pionowo, strumienie i wodospady. Gdy tylko ruszyliśmy w drogę, zaczął padać deszcz, który towarzyszył nam przez następne kilkanaście godzin. Droga była największą udręką w naszym dotychczasowym życiu turysty górskiego.
  • Doszliśmy w końcu, tak jak planowaliśmy, do  strumienia. Jako, że i tak byliśmy całkowicie przemoczeni, weszliśmy do niego, kierując się w dół, ku rzece, przez której nurt planowaliśmy się przedostać na drugą stronę, a tam już spokojnie, szlakiem, powrócić do Gowerli. Niestety, strumień w pewnym momencie zamienił się w pionowy wodospad. Musieliśmy dnem strumienia wrócić tam, skąd zaczęliśmy drogę.
  • Szlak na szczyt Hawerli, którym teraz idziemy jest bardzo dobrze oznakowany. Można się zatrzymać i nabrać wody przy wielu źródełkach, które mijaliśmy po drodze. Szkoda tylko, że takie miejsca nie są oznaczone na mapie. Często w takich miejscach były nawet przygotowane miejsca, gdzie można usiąść i odpocząć przed dalszą wspinaczką.
  • W końcu udało się nam dojść do rzeki. Niestety, rzeka na tyle posiliła się deszczem, że przejście wydawało się niemożliwe. Rozejrzałem się. W pobliżu rosło drzewo. postanowiłem je zrąbać. Szło upiornie. Nie miałem żadnej gwarancji, że drzewo spadnie we właściwym kierunku, oraz , że jest wystarczająco wysokie, by dotknąć drugiego brzegu. Jednak udało się. Koniec końców udało się powrócić na właściwy brzeg i nam i naszym plecakom. Drżenie rąk z zimna uniemożliwiło nam zrobić ostre zdjęcie.
  • Poranek w domu u naszego wybawcy. On i jego rodzina, to najserdeczniejsi i najweselsi ludzie, jakich w życiu spotkaliśmy. Nie pozwalali nam odejść od stołu. Rano, na śniadanie, zaserwowano nam, na wzmocnienie, świeżo zrobiony bimber.
  • Wszystkie nasze przemoczone rzeczy suszyły się na podwórku u naszych gospodarzy.
  • Domy są niezwykle uporządkowane i czyste, podobnie podwórka. Wszyscy mają własne kury i świnki, a cały ten zwierzyniec karmiony jest tylko tym, co rośnie wokół. Stąd smak jaj i wędlin zwala z nóg. Szczególnie wędliny są niezwykle aromatyczne, choć jedyną ich przyprawą jest sól i czasami pieprz. Aromat ziół, ma swoje źródło w diecie świnek.
  • Pewnego razu, gdy piliśmy piwo przed miejscowym sklepem, podeszła do nas staruszka i zapytała, kim jesteśmy. Kiedy usłyszała, że jesteśmy z Polski, szeroko się uśmiechnęła i odeszła. Po pół godzinie wróciła z czymś, co wyglądało, jak nasze pączki, ale było to słone i miało jakiś taki mięsny posmak. Przepyszne. I tak jest tam na każdym kroku. Wszyscy traktowali nas niezwykle serdecznie i z wielkim zainteresowaniem. Trudno było się poruszać pieszo, bo każdy chciał nas podwozić.
  • Jedliśmy tutaj najlepszą dojrzewającą szynkę, jaką udało mi się kosztować. Ciekawy jest sposób jej wyrobu i wiele mówi o stosunkach tam panujących. Otóż cała wioska pekluje owe szynki w domach, ale na okres kilku miesięcznego dojrzewania są owe specjały wynoszony do specjalnej chatki, gdzie oznakowane wiszą, nabierając niezwykłego smaku i aromatu.
  • Niezwykła w tej wiosce panowała atmosfera. Na przykład wszystkie dzieci są traktowane jak własne. W praktyce wygląda to tak, że posiłki je taka gromada roześmianych maluchów tam , gdzie akurat się bawi. Dopiero przed nocą rodzice szukają swoich pociech, a kiedy je znajdują, to już najedzone, umyte i gotowe do snu. I nikt nikomu za to nie dziękuje, bo – ich zdaniem – niby za co? Za normalność?
  • Wioska ta nas zauroczyła zarówno serdecznością mieszkających w niej ludzi, jak i pięknem miejsca, w której jest położona.
  • Po trzech dniach, wypoczęci, opuszczamy tą niesamowitą wioskę i wracamy na szlak, tym razem wybierając inną drogę.
  • Po drodze mijamy inne górskie potoki. Powinny nas zachwycać, ale dla nas szum płynącej wody do dzisiaj nie daje spokoju.
  • Bardzo długo musieliśmy się wspinać (około trzech godzin) aby idąc tym szlakiem ukazały nam się pierwsze szczyty masywu Czarnohory.
  • Po drodze często mijaliśmy niesamowite struktury stworzone przez naturę.
  • Pierwsza panorama gór, którą zobaczyliśmy na szlaku. Jest tu mnóstwo szczytów powyżej tysiąca pięciuset metrów. Wierzchołki przekraczają granicę lasów, powyżej której panuje już tylko kosodrzewina, a nawet limba.
  • Idąc dalej drogą, którą prowadził nas szlak, dochodzimy do przełęczy pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Czarnohory (Pietros i Hawerla). W dali naszym oczom ukazała się kapliczka. Było to dla nas coś niesamowitego. Przecież byliśmy na wysokości prawie 2000 m/n.p.m. a dookoła otaczały nas dzikie góry i lasy.
  • Jeszcze bardziej zaskoczyło nas wnętrze tej kapliczki. Ktoś musiał o nią regularnie dbać. Panował w niej niesamowity wręcz porządek.
  • Wędrując dalej naszym oczom ukazała się mała chatka. Dokładnie w tym miejscu, o którym mówił nam nas wybawca i pracownik Karpackiego Parku Narodowego. Sam brał udział w budowaniu tego schronienia. Niestety mapy dostępne u nas w kraju nie maja zaznaczonego tak bezpiecznego schronienia w górach.
  • W chacie tej czekała na nas  największa atrakcja - piec. Po małej rekonstrukcji pieca rozpaliliśmy ogień i uwarzyliśmy strawę – paprykarz wołowy z pęczakiem. Chyba nigdy tak nam nie smakował posiłek w górach. Do tego kropelkę samohonu (tak to cudo, tam się wymawia).
  • Wstaliśmy o świcie. Przywitała nas przepiękna pogoda. Ani jednej chmurki na niebie. Cudowne uczucie po ostatnich przygodach.
  • Daleko w niższych partiach gór kłębiły się chmury. To był niezwykły widok.
  • Kolejny dzień wędrówki. Idąc podziwiamy już najwyższe szczyty Czarnohory.
  • Panorama Czarnohory. Z dala widoczny jest Petros.
  • Przed nami ukazała się Howerla. To na szczyt tej góry zmierzamy.
  • Po drodze mijamy urocze kwiaty.
  • Przed nami miejsce na odpoczynek lub rewelacyjne miejsce na obóz.
  • Na szlaku spotykamy jeszcze jedną chatę, w której można spędzić noc i jedynych turystów, jakich spotkaliśmy w górach. Okazało się, że są to Ukraińcy, i że co roku wracają do Czarnohory. Dostaliśmy od nich mapę, która okazała się bardziej dokładna niż ta, którą kupiliśmy u nas w kraju. Po raz kolejny spotkaliśmy się z ogromną życzliwością tego narodu.
  • Ostatnie podejście na Howerlę. Nie jest trudno wspiąć się na szczyt tej góry. Należy tylko uważać na kamienie luźno leżące na stoku.
  • Widok ze szczytu Hawerli. Widok jest przepiękny, ale sama góra jest pełna śmieci. Generalna rada dla wszystkich, omijacie te wszystkie naj – najwyższe szczyty, najgłębsze dziury itp. Tam zawsze jest pełno ludzi i tego, co ze sobą taszczą. Najpiękniejsza Ukraina, w tym ukraińskie Karpaty, jest na uboczu, z dala od ludzkiego zgiełku. Tam jedźcie.
  • Jeszcze inne spojrzenie z Hawerli. Widok na Turkuł (1935) i dalsze szczyty głównego grzbietu Czarnohory
  • Schodząc z drugiej strony Hawerli zaskoczył nas chyba jeden z piękniejszych widoków. Stok góry pełen krokusów.
  • Te kwiaty nas zachwyciły.
  • Szczyt Hawerli z drugiej strony. Tutaj jeszcze śnieg nie zdążył stopnieć po zimie.
  • Poszliśmy dalej ...

We Lwowie przywitał nas przepiękny Dworzec Główny – wzniesiony w latach 1899–1904; największy dworzec Galicji, jeden z najcenniejszych zabytków polskiej architektury i techniki pocz. XX w.

Karpaty ukraińskie są uważane za najdziksze góry Europy. Nasz pobyt tam tylko nas w tym utwierdził. Są to góry piękne i srogie.

08.06.2009

W drogę

Jesteśmy smakoszami, a najlepiej odpoczywamy wspinając się w jak najdzikszych górach, będąc zdanym tylko na samych siebie i paląc co noc ognisko przed namiotem, na którym pichcimy wszelakie kasze i mięsiwa. Mając takie upodobania, nie znajdujemy zbyt wielu miejsc w Europie, które mogą nas w pełni usatysfakcjonować. Tym razem wybór padł na Karpaty Ukraińskie. Ruszyliśmy pod koniec maja. Wcześniej ususzyliśmy peklowaną wołowinę, naostrzyliśmy noże i siekierę. Ta ostatnia, jak się później okaże, odegrała istotną rolę. Mieliśmy akurat w tym czasie sporo wydatków, więc, aby zminimalizować koszty, wyruszyliśmy na stopa. Podróż rozpoczęliśmy z Gdańska o świcie. Nie wnikając w szczegóły, szło nam naprawdę sprawnie. Przed nocą byliśmy już w Przemyślu. Na dworcu spore grupki Ukraińców z klasycznymi, ogromnymi torbami, których kształt i kolorystyka nieobca jest wszystkim, którzy zetknęli się ze wschodnią wymianą handlową. Jeszcze przed świtem stanęliśmy na granicy polsko – ukraińskiej. Tu jeszcze więcej Handlotoreb. Byliśmy jedynymi, z plecakami. Polsko- ukraińska czeladź handlowa jednomyślnie uznała, że należy nas przepuścić poza kolejką. Dalszą podróż odbyliśmy pociągiem. Radzieckie pociągi to klasa sama w sobie. Są ogromne, a w środku życie tętni rytmem zbliżonym bardziej do tego, który znamy z domowego zacisza niż z miejsc publicznych. Pociągi jeżdżą w tempie kilkunastu, czasami może 40. kilometrów na godzinę. Jest czas żeby się bliżej poznać. Tu się je, śpi, rozmawia. Niby jak u nas, ale jakby więcej, intensywniej, bliżej. Już w pociągu poznajemy Ukraińców z jak najlepszej strony. Są mili, uśmiechnięci i zawsze skorzy do pomocy. Ich codzienność jest trudniejsza od naszej, ale znoszą ją z większą cierpliwością, a nawet z pewnego rodzaju bezwarunkową zgodą na wszystko, co przynosi życie. To pogodzenie z losem, to zresztą chyba cecha właściwa wszystkim narodom dawnego ZSRR. Szczególnie dotyczy to ludzi, których większa część życia przypadła na czasy Sowieckiej dominacji. Tisznerowski homo sovieticus tam wciąż ma się dobrze.

Wracajmy jednak do podróży. Na usprawiedliwienie tych przydługich refleksji powiem tylko, że jest to skutek uboczny jazdy pociągiem z prędkością umożliwiającą wyjście z niego za potrzebą i spokojny powrót, a to wszystko w trakcie jazdy. Długie godziny spędzone na twardej ławie uwalniają różne myśli …

Więc jeszcze raz wracajmy do podróży, tym razem skutecznie.

Lwów – miasto o wielu obliczach

Wysiedliśmy na dworcu we Lwowie. W czasach swej świetności był to jeden z najpiękniejszych obiektów tego typu w Europie, podobnie jak sam Lwów. Trzeba przyznać, że i dziś robi wrażenie. Nie mieliśmy wiele czasu, więc zwiedzanie Lwowa było dość pośpieszne, tym bardziej, że naszym celem były góry. Szybko wyruszyliśmy więc na starówkę, która w wielu miejscach, choć zaniedbana, nosi wyraźne ślady swej dawnej chwały. Ale tak naprawdę najciekawsze są małe, poukrywane szczegóły, dzięki którym to miasto przemawia do nas w tak wielu językach, opowiadając swoją niezwykle barwną i różnorodną historię, w której splatają się dzieje tak wielu narodów – Żydów, Polaków, Ukraińców, Niemców, Rosjan, Litwinów, Ormian itd. Tam, gdzie odpadają sowieckie tynki, mające zakłamać przeszłość, odkrywamy ślady dawnej tolerancji i współistnienia narodów, które z pokolenia na pokolenie żyły w coraz większym dostatku, w coraz piękniejszym otoczeniu. Gdzieś wysoko na starej kamienicy patrzy na nas Kościuszko, gdzie indziej Sobieski. Wszędzie znajdujemy napisy niemieckie, polskie, hebrajskie i innych narodów.

No, ale tak chodząc i uwznioślając się, ściągnięci zostaliśmy na ziemię głodem. Trafiliśmy do knajpki w zacisznej uliczce, gdzie ceny były dwa razy niższe, piwo zimne, a wódka -w nad wyraz szerokiej ofercie - dobrze zmrożona. Do tego suszone rybki i kalmary, sprzedawane w małych torebeczkach, tak, jak u nas chipsy. Posileni, rozpoczęliśmy powrót na dworzec. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że we Lwowie, jak w soczewce, widać to, co komunizm pozostawił wszędzie tam, gdzie był łaskaw zawitać. Chaos, wieczną tymczasowość, bezsens i brud. Tak jak i u nas, tylko tu intensywniej. Symboliczne pod tym względem jest to, co działo się nad naszymi głowami – kosmiczna plątanina kabli. Dochodząc do dworca, postanowiliśmy wstąpić na miejski targ – to też jedna z naszych zasad – chcesz poznać kraj? Jedz i kupuj jedzenie! Ich kiełbasy, boczki, szynki, chleby są niewiarygodnie smaczne. Podobnie doskonały mają chleb, a piwo … – przy tym napoju nie można się na chwilę z pietyzmem nie zatrzymać. Piwa są wysokiej jakości i jest tu o wiele większa różnorodność gatunków. W Polsce pijemy głównie lagery, które stanowią ponad 90% naszego rynku. Na Ukrainie bardzo popularne są i inne gatunki. Nam szczególnie przypadły do gustu piwa pszeniczne – u nas znane od niedawna, tam powszechne i lubiane.

Z cywilizacji w inny świat

Tak zaopatrzeni ruszyliśmy pociągiem do Iwano -Frankowska ( za Polszczy – Stanisławów). Stamtąd już prosto w góry do Rachiw – malutkiego miasteczka, ukrytego między górskimi łańcuchami. Tam spotkani Czesi polecili nam „hotel”. Cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu. W tak zwanym pokoju hotelowym nie było w oknie wszystkich szyb. Łóżko było łóżkiem tylko z nazwy. Ale wszystko przebił prysznic. Kiedy zapytaliśmy się pani z tak zwanej recepcji, gdzie jest prysznic, zaprowadziła nas do naprawdę paskudnego pomieszczenia z umywalką. Kiedy pani z nieukrywaną dumą odkręciła wodę (zimną, ciepła jest do 16.00) ta kapała zaledwie cienką strużką.

Góry pełne niespodzianek

Nazajutrz wyruszyliśmy w góry. Najpierw jednak musieliśmy trochę podjechać w kierunku miejscowości Gowerla. To mała wioska, gdzie rozpoczyna się szlak prowadzący m.in. na najwyższy szczyt Ukrainy, Howerlę (2059m/n.p.m.). Zrazu sądziliśmy, że dotrzemy tam na piechotę, ale pomysł „popsuł” nam miły człowiek, który, nieproszony, zabrał nas swoją Ładą. Po drodze okazało się, że jest pracownikiem Karpackiego Parku Narodowego. Po drodze musieliśmy, co rusz mijać pędzone w góry stada owiec. W Gowerli ruszyliśmy na szlak. Widoki zapierały dech w piersiach. Problemem była tylko zmienna pogoda. Zaopatrzeni w mapę ruszyliśmy szlakiem prosto w kierunku Hawerli. Wybraliśmy drogę wzdłuż strumienia. Jak się okazało na naszą zgubę. Ale po kolei. Szliśmy wciąż lekko pod górę, wzdłuż strumienia. Po prawej stronie mijaliśmy coraz większe wodospady. Strumień robił się coraz szerszy i głośniejszy. Co chwilę padał deszcz. W miarę upływu czasu, strumień z prawej strony stawał się rwącym potokiem. Co gorsza droga, którą szliśmy, powoli, lecz nieubłaganie, poczęła zbliżać się do potoku, stając się jego częścią. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że z obu stron, równolegle do potoku, wyrastały wysokie, momentami prawie pionowe ściany, porośnięte gęstwiną korzeni i krzaków – nie do przejścia. Niestety, po godzinie stwierdziliśmy, że tak dalej nie da się iść. Woda stała się zbyt wartka, byliśmy przemarznięci, a każdy krok groził złamaniem nogi lub porwaniem przez nurt. Na domiar złego deszcz szybko dodawał wody i energii rwącemu potokowi. Sytuacja beznadziejna. Do przodu iść się nie da, droga w dół była już zbyt niebezpieczna (zbyt dużo wody), na bok się nie da zejść (strome, porośnięte zbocza). Postanowiliśmy iść jeszcze 15 minut w górę. Uśmiechnęło się do nas szczęście i ujrzeliśmy wyrwę w zboczu góry, po której wydostaliśmy się z ogłuszającej już w tym momencie rzeki. Cali mokrzy ruszyliśmy pod górę, szukać miejsca na biwak. Niestety, w tym momencie ujawniła się paskudna cecha charakterystyczna dla tych gór. Są tak dzikie, że ręka ludzka tu praktycznie nie sięga. Wiatrołomy leżą jedne na drugich. Już po zmroku zmęczeni i mokrzy, wybraliśmy naszym zdaniem najlepsze miejsce na nocleg. Namiot rozstawiliśmy na stoku. W połowie długości namiotu, w poprzek leżało zwalone drzewo. Ów nieproszony gość w naszej sypialni, zmusił nas do jej wypięcia. Niestety, sam tropik nie chronił przed komarami i małymi muszkami, których chmary cięły nas niemiłosiernie. Ale to wszystko nic; te muszki, drzewo w namiocie, jako trzeci towarzysz naszego wypoczynku, najgorsze zjawiło się w środku nocy. Zaczęło się od dźwięku łamanych gałązek. Gwoździem programu jednak było - zrazu nieśmiałe, ale potem już naprawdę bezczelne - obwąchiwanie naszego namiotu. Niedźwiedź! Tylko ten ssak mógł być tak głośny i na tyle odważny, żeby, mimo naszych wrzasków, śpiewanych pieśni (tak, w stresie różne talenty odkrywa w sobie człowiek), nie uciekać w ciemną gęstwinę. Kiedy minęło około 30. minut naszych wrzasków, świecenia latarką, stało się jasne, że to nasze mamy, a nie my, mają rację nazywając nas nieodpowiedzialnymi wariatami, za każdym razem, gdy wybieramy się w góry. Miś nie dawał za wygraną. Widząc łzy żony, wyskoczyłem z namiotu z drugiej strony z siekierą. Nie był to akt odwagi, a jedynie lęku i zrodzonej z bezsilności desperacji. Zacząłem wymachiwać siekierą, gdzie popadnie, wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. Rąbałem pobliski gałęzie i powalone drzewa. Kiedy teraz o tym myślę, muszę przyznać, że od tamtej pory rozumiem, dlaczego goryle, chcąc osiągnąć jakiś cel, zachowują się tak, jak widzimy to na filmach przyrodniczych. To po prostu działa. Niedźwiedź uciekł. Rozpaliliśmy szybko ognisko i tak doczekaliśmy do rana. Dopiero po złożeniu namiotu, w świetle dnia, okazało się, że rozstawiliśmy namiot dokładnie na niedźwiedziej gawrze. Niestety, ten dzień miał przynieść jeszcze więcej niemiłych niespodzianek.

Droga powrotna

Zjedliśmy szybko śniadanie i postanowiliśmy wrócić do Gowerli, żeby nabrać sił i zaatakować Howerlę raz jeszcze, z drugiej strony. Tylko jak wrócić, skoro doszliśmy tu, brodząc w górskiej rzece. Postanowiliśmy wracać równolegle do rzeki górskimi grzbietami. Idąc dzień wcześniej, zadzierając do góry głowy, cały czas mieliśmy przed oczami ten sam widok – bardzo strome górskie grzbiety, z których co kilkaset metrów spływały, czasem prawie pionowo, strumienie i wodospady. Plan był taki: idziemy na tyle blisko rzeki, na ile pozwoli nam na to pochylenie stoku. W końcu napotkamy, któryś z widzianych przez nas z dołu strumieni, wpadających po zboczu do rzeki. Gdy tylko ruszyliśmy w drogę, zaczął padać deszcz, który towarzyszył nam przez następne kilkanaście godzin. Droga ta była największą udręką w naszym dotychczasowym życiu turysty górskiego. Nie rozpisując się zbytnio, dopiero czwartym strumieniem udało nam się zejść na dół. Niestety, rzeka na tyle posiliła się deszczem, że przejście jej wydawało się niemożliwe. Wszedłem do wody (200 metrów niżej słychać było wodospady). Sięgała mi do pach, nurt błyskawicznie mnie przewrócił. W ostatniej chwili złapałem się jedynego konaru drzewa, jaki kilka metrów poniżej zwisał nad lustrem wody. Wiedziałem, że żona nie przejdzie, a był już wieczór. Rozejrzałem się. W pobliżu rosło drzewo. Postanowiłem je zrąbać. Szło upiornie. Nie miałem żadnej gwarancji, że drzewo spadnie we właściwym kierunku. Jednak udało się. Od razu wzdłuż pnia poszedłem po żonę. Napór wody był niewiarygodnie silny. Koniec końców udało się powrócić na właściwy brzeg i nam i naszym plecakom.

Teraz, mimo zimna i wyczerpania, wiedzieliśmy, że wszystko już będzie dobrze. Ruszyliśmy całkowicie przemoczeni do Gowerli. Po trzech godzinach spotkaliśmy ludzi. Byliśmy tak wyczerpani, że choć to bezczelne (była trzecia w nocy), ale poprosiliśmy ich o zadzwonienie do tego miłego pana, który dzień wcześniej nas tu podwiózł samochodem. Napotkani ludzie zadzwonili. Nie wdając się w szczegóły, dotarliśmy do wioski Ługi, do domu naszego wybawcy. Do świtu zostały jeszcze dwie godziny.

Ukraińska gościnność

Spędziliśmy tam dwa cudowne dni. On i jego rodzina, to najserdeczniejsi i najweselsi ludzie, jakich w życiu spotkaliśmy. Nie pozwalali nam odejść od stołu. Rano, na śniadanie, zaserwowano nam, na wzmocnienie, świeżo zrobiony bimber. Do tego najprawdziwsza bryndza. Jedliśmy tutaj najlepszą dojrzewającą szynkę, jaką udało mi się kosztować. Ciekawy jest sposób jej wyrobu i wiele mówi o stosunkach tam panujących. Otóż cała wioska pekluje owe szynki w domach, ale na okres kilku miesięcznego dojrzewania są owe specjały wynoszony do specjalnej chatki, gdzie oznakowane wiszą, nabierając niezwykłego smaku i aromatu. Ze wspomnianą bryndzą też jest ciekawa historia. Otóż ich bacowie, nie przechowują owiec przez okres zimy. Robią to solidarnie wszyscy mieszkańcy wioski. W zamian za to, kiedy bacowie wyprowadzają owce w góry, każdy ma prawo przyjść do nich, samemu wydoić owce i zrobić sobie bryndzę i inne sery. Ot paradoks historii. Tam, gdzie komuna na siłę próbowała wszystko uczynić wspólnym, każdy czuł się właścicielem niczego. A tu, gdzie niedostępne góry temperowały nowe, sowieckie porządki, ludzie sami, bez przymusu, wspólnie gospodarują, z korzyścią dla wszystkich. Niezwykła w tej wiosce panowała atmosfera. Na przykład wszystkie dzieci są traktowane jak własne. W praktyce wygląda to tak, że posiłki je taka gromada roześmianych maluchów tam, gdzie akurat się bawi. Dopiero przed nocą rodzice szukają swoich pociech, a kiedy je znajdują, to już najedzone i gotowe do snu. I nikt nikomu za to nie dziękuje, bo – ich zdaniem – niby za co? Za normalność ?

Pewnego razu, gdy piliśmy piwo przed miejscowym sklepem, podeszła do nas staruszka i zapytała, kim jesteśmy. Kiedy usłyszała, że jesteśmy z Polski, szeroko się uśmiechnęła i odeszła. Po pół godzinie wróciła z czymś, co wyglądało, jak nasze pączki, ale było to słone i miało jakiś taki mięsny posmak. Przepyszne. I tak jest tam na każdym kroku. Wszyscy traktowali nas niezwykle serdecznie i z wielkim zainteresowaniem. Trudno było się poruszać pieszo, bo każdy chciał nas podwozić. Tacy właśnie są Ukraińcy z terenów dawnej Polski, ludzie Karpat.

Po trzech dniach, wypoczęci, powróciliśmy na szlak, tym razem wybierając inną drogę. Późnym popołudniem doszliśmy na przełęcz pomiędzy Pietrosem i Howerlą, gdzie stał pusty domek dla turystów, a w nim największa atrakcja - piec. Rozpaliliśmy ogień i uwarzyliśmy strawę – paprykarz wołowy z pęczakiem. Do tego kropelkę samohonu (tak to cudo, tam się wymawia).

Następnego dnia zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na Howerlę – najwyższy szczyt Ukrainy. Naszym zdaniem nie wart uwagi. Jest tam pełno śmieci. Generalna rada dla wszystkich, omijacie te wszystkie naj – najwyższe szczyty, najgłębsze dziury itp. Tam zawsze jest pełno ludzi i tego, co ze sobą taszczą. Najpiękniejsza Ukraina, w tym ukraińskie Karpaty, jest na uboczu, z dala od ludzkiego zgiełku. Tam jedźcie. Tam poznacie najsympatyczniejszych ludzi, najpiękniejsza przyrodę. My tak zrobiliśmy i reszta naszych dni upłynęła nam na bezproblemowej, klasycznej turystyce górskiej.

noclegi

W górach polecamy namiot, którego rozbicie jest legalne na obszarze Karpat Ukraińskich (poza małymi i nielicznymi rezerwatami). Na terenie pasma Czarnohora, gdzie byliśmy, jest sporo szałasów pasterskich, z których również można skorzystać. Nie polecamy tzw. schronisk (turbaz) pamiętających jeszcze czasy sowieckie i oferujących standard też sowiecki. Dziś schronisk, takich, jakie znamy z naszych gór, jest zaledwie kilka, a jeszcze przed II wojną światową było tu 58 polskich schronisk i ponad dwa tysiące kilometrów oznakowanych tras. Z drugiej strony, to właśnie brak infrastruktury i powrót na łono natury tych gór są ich największymi zaletami. A na niedźwiedzie, ktorego mieliśmy okazję spotkać, polecamy zabrać ze sobą race. To rada ukraińskich pasterzy.

transport

Karpaty Ukraińskie leżą 150 km od granicy z Polską. Praktycznie ze wszystkich miast i miasteczek południowo- wschodniej Polski dojedziemy pociągiem lub autobusami do Lwowa, Iwano – Frankowska, Stryja i innych miast zachodniej Ukrainy, a stamtąd bez problemu pociągami lub odchodzącymi kilka razy dziennie marszrutkami, dojedziemy do nawet bardzo małych miasteczek Karpat Ukraińskich. Transport jest bardzo tani.

atrakcje

Czarnohora jest najwyższą częścią Karpat Ukraińskich. Długość całej Czarnohory w linii prostej przekracza 40 km. najwyższą wysokość osiąga w środkowej części, jest to szczyt Howerli (2058 m/n.p.m.).

 

Czarnohora jest najwyższą częścią Karpat Ukraińskich. Długość całej Czarnohory w linii prostej przekracza 40 km. najwyższą wysokość osiąga w środkowej części, jest to szczyt Howerli (2058 m/n.p.m.).

Autor: agapiw
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
UKRAINA

Stolica: Kijów Waluta: hrywna (UAH) 1 UAH = 100 kopiejek Język urzędowy: ukraiński Inne: rosyjski

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Kultura
  • Zabytki
  • Natura
  • Kuchnia

Kiedy jechać

Od kwietnia do września

Niezbędne informacje

więcej

Przydatne adresy

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line