Toronto zimową porą - część 1

Toronto, Ontario

fot.: marcin.sieradzki

Toronto, Ontario
Toronto wykopane spod śniegu.

Pierwszy raz w życiu zapragnąłem świadomie pojechać do "zimnego" i na dodatek byłem tym podekscytowany. Pogoda w gorącej Kalifornii rozpieszcza i człowiek przywykł do słońca i całorocznej zieleni za oknem. Okres świąteczny nieodłącznie kojarzy się ze śniegiem, a moje dotychczasowe święta przeważnie spędzałem w jakichś tropikalnych rejonach świata. Tym razem spragniony prawdziwej świątecznej atmosfery skorzystałem z zaproszenia moich starych znajomych z Kanady. Rezerwując bilet za oknem miałem 23 stopnie Celsjusza, a miasto do którego zmierzałem, czyli Toronto pokryte było grubą warstwą śniegu, a temperatura była odwrotnością mojej - czyli 23 stopnie Celsjusza. To dopiero wyzwanie. Wbrew pozorom w Kalifornii nie trudno o ciepłe ubrania, ale z czystego lenistwa nie zaopatrzyłem się w nic specjalnego - poza zimową kurtką, która wyglądała na solidną.

Przelot musiałem tak zaplanować, żeby znaleźć się jak najbliżej granicy z Kanadą - loty bezpośrednie są kosmicznie drogie i kosztują prawie tyle samo co do Europy! Szaleństwo. Zakupiłem przelot z San Francisco do Chicago, a tam przesiadka do Buffalo - miasta w stanie New York, które leży prawie na granicy z Kanadą. Bałem się tylko niespodziewanych burz śnieżnych, które potrafią zamknąć każde lotnisko na wschodzie USA.

Na miejsce doleciałem bez większych kłopotów, jednak na lotnisku okazało się, że mój bagaż nie zdążył się przesiąść tak szybko jak ja i pozostało wypełnić odpowiedni druczek z podanym adresem, gdzie mają dostarczyć mi moją walizkę. Nie miało znaczenia, że podane namiary były w Kanadzie. Dzień wcześniej zarezerwowałem sobie on-line przejazd specjalnym busem, który kursuje pomiędzy lotniskiem w Buffalo a lotniskiem w Toronto. Wygodny, przestronny i co ważne przy przekraczaniu granicy - mniej formalności. Było późno w nocy i nie mogłem skorzystać z zwykłych autobusów|: Coach Canada czy Greyhound, których godziny kursowania nie bardzo mi pasowały. Oczekiwany transport zjawił się znacznie przed czasem i szczęśliwy, że nie muszę czekać pojechałem z jeszcze jednym pasażerem.

Dojazd do granicy zajął kilka minut, a pustki w budkach świadczyły o słabym ruchu. Niestety trafiła nam się pani, która chyba miała zły dzień lub pierwszy tydzień w pracy. Wymaglowała nas niesamowicie, aż zrobiło się nieprzyjemnie. Dostałem nawet tak głupie pytanie czy nie zamierzam przypadkiem pracować w Kanadzie - na co ja zrobiłem chyba wielkie oczy i bez zastanowienia odpaliłem "Ale tutaj jest zimno!" i chyba tym przekonałem służbistkę. Pasażera obok mnie też spotkał zestaw męczących pytań, a człowiek był jakimś wiceszefem wielkiej firmy, dla nich nie ma to znaczenia. Generalnie bardzo nie lubię przekraczać granicy USA lub Kanady, o ile oficer sprawdzający paszporty jest w miarę miły, to celnik może zgnoić równo każdego i samopoczucie po takim maglu może się bardzo zepsuć. Na szczęście nie kazali wyjmować bagaży i ruszyliśmy dalej dyskutując z mocno zdziwionym kierowcą, którego też ostro przemaglowano. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim od Kanadyjczyków, widać to kwestia ludzi i humoru. Oglądałem zza okna zaspy śniegu jakich dawno nie pamiętałem. Moje wszystkie ciepłe rzeczy były w zagubionej walizce :(. Bus odstawił mnie na wyznaczony "przystanek", gdzie czekał na mnie mój znajomy. Dotarcie do domu zajęło małą chwilkę,a wszystko przez ogromne zaspy i pługi które nie nadążały ze zgarnianiem śniegu. No to miałem swoją zimę!

W domu czekało mni miłe powitanie, piękna choinka i ciepły kominek. Rano zaspy były tak wielkie, że trzeba było wykopać wejście do domu, oczywiście zabrałem się na ochotnika i latałem z łopatą jak nawiedzony, nawet sąsiedzi patrzyli dziwnie. Odśnieżanie wystarczyło na 2-3 godziny i potem trzeba było powtarzać wszystko od nowa. Kilka dni przed świętami spędziłem w mieście Mississauga, które można właściwie nazwać sypialnią Toronto. Osiedla domków jednorodzinnych wyglądają tutaj tak samo i szczerze nawet wprawny tropiciel indiański mógłby łatwo się zgubić. Wszystko wygląda identycznie. Nudno. Przywykłem do ciekawych widoków zza okna, a w tym rejonie nie miałem czego się spodziewać. Tylko piękny biały puch i przebijające słońce dodawało miejscu uroku.

Trudno zwiedzać miejsca przy dużych ujemnych temperaturach, ale spróbowałem, pojechaliśmy do starej dzielnicy Missisauga - Streetsville, gdzie jedna ulica po obu stronach z pięknymi starymi domkami pozwalała odczuć atmosferę świąt. Piękne ozdoby, światełka i choinki tworzyły trochę bajkowy krajobraz na małej przestrzeni. Po kilku minutach na mrozie - człowiek nie był w stanie już funkcjonować i szybko uciekliśmy do samochodu.

Po 24 godzinach o zagubienia bagażu pod drzwiami pojawił się Hindus (trzeba wiedzieć, że port lotniczy w Toronto to chyba interes rodzinny i pracują tam głównie ludzie z Pakistanu lub Indii, co troszkę szokuje) - dostarczył mi moją walizkę i coś tam marudził, że nie mógł się dodzwonić na numer podany na formularzu. Nie miał szans, nie dodał +1 przed moim numerem! Tak to wygląda, roaming jest automatyczny, numery podobne (w San Francisco zaczyna się od 415 a w Toronto od 416) ale na miejscu trzeba niestety dodać jedynkę przed numer wtedy dopiero uzyskamy połączenie.

Pogoda powoli się poprawiła na tyle, że można było się ruszyć poza dom na dłużej, nie było już mrozów. Trzeba było wykorzystać czas i zobaczyć jak wygląda Toronto w okresie zimy. Niedaleko od domu miałem przystanek autobusów GO Bus, wygodne biało-zielone autokary, które kursują pomiędzy rejonami podmiejskimi Toronto i zapewniają transport w obie strony do wielkich sypialni. W opcji jest też GO Train czy to samo - tylko na torach. Z mojego miejsca cała przyjemność to koszt około 6 dolarów w jedną stronę, bilet można kupić w automacie lub u kierowcy. Wybrałem na rozkładzie wersję Express i po półgodzinie byłem w na dworcu w Toronto. Union Station to spora stacja kolejowo-autobusowa, budynek w starym brytyjskim (solidnym) stylu, z przeogromną halą główną nadaje się idealnie jako miejsce skąd można zacząć zwiedzanie.

Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie spacer po śródmieściu i odwiedzić słynny CN Tower z wieżą widokową. Dla osoby nie dysponującej dużą ilością czasu zwiedzanie Toronto można "zamknąć" w obszarze swoistego czworokąta, od wschodu tą granicą będzie ulica Jarvis, od południa Front Street, od wschodu Spadina Avenue, a od północy Bloor street. Główną arterią jest Yonge Street, która rozgranicza miasta na część wschodnia i zachodnia i od której zaczynają się numeracje ulic. Jest to chyba najbardziej rozpoznawalna ulica w mieście i ... na świecie, ma swoje miejsce w księdze rekordów Guinessa. Jej długość to 1,896 km. Jak dla mnie to trochę oszukane, normalnie długość ulicy powinno się liczyć w obrębie miasta, a Yonge wybiega daleko poza ramy Toronto. Ale każdy kraj i miasto chce mieć coś unikalnego - naj. Obok Union Stattion wznosi się ogromny Hotel, pozostałość po czasach świetności korony brytyjskiej. Fairmont Royal York wybudowany w 1927 roku był przez długie lata największym hotelem Imperium i do dzisiaj zachował swoisty "majestatyczny" wygląd. Niestety dzika zabudowa jak ma obecnie miejsce w Toronto przysłoniła ów hotel od strony nabrzeża jeziora i drugi symbol miasta został brutalnie pozasłaniany przez apartamentowce, które wyrastają jak grzyby po deszczu i swoim wyglądem szpecą niesamowicie całą linię - skyline. Przy Front Street mżna jeszcze podziwiać "złoty" wieżowiec, który w zależności od światła traci lub zyskuje na swoim blasku, przy mocnym słońcu odbija się od niego dużo światła, które tworzy swoiste lustro i... o które niestety zabija się dużo ptaków.

Gdy stoimy obok głównej tacji w mieście i mamy przed sobą ulicę Bay, w oddali widać idealnie po środku budynek i wieżę zegarową Starego Ratusza (Old City Hall), pseudo romańskiej budowli z 1899 roku, kolor brązowy i zaśniedziałe zielone dachy są dość częstą widokówką w mieście i przypominają o historii Toronto. Właśnie w tym kierunku postanowiliśmy ruszyć, spacer pomiędzy wysokimi drapaczami chmur, które skrzętnie próbowały schować przed nami promienie słońca był całkiem przyjemny, a to ze względu na brak ludzi na ulicach, no może trochę ale nie zbyt wiele, bardzo mnie to zastanawiało ale winę zwaliłem na mroźną pogodę. Zaspy śniegu skracały znacznie powierzchnię chodników ale tego dnia nie było pluchy i można było bezpiecznie iść. Krążąc w dzielnicy finansowej minęliśmy budynek giełdy z ruchomym wyświetlaczem pokazującym nam wszechobecne spadki na giełdach, ciekawostką było - że został on wbudowany w wieżowiec i teraz wygląda dość dziwnie ale widać taki był zamysł architekta. Niestety nie było na ulicach tak popularnej pary buchającej z wodociągów jaką znamy z filmów o Nowym Yorku, ale w zamian była para z otworów wentylacyjnych i kominów na szczytach wieżowców, wyglądało to niesamowicie, biała para wydobywająca się wielkimi ilościami jak z kominów elektrociepłowni! Przy dobrej pogodzie i klarownej widoczności widok był niesamowity. Dotarliśmy w końcu na Nathan Philips Square przy Queen street, gdzie mieście się nowy Ratusz (City Hall), plac ten zaprojektował fiński architekt Viljo Revella i umieścił przez budynkiem prostokątną sadzawkę - fontannę z łukami. W okresie zimowym w tym miejscu robione jest lodowisko. Tłumy ludzi na tafli lodu nie bardzo dają rozwinąć skrzydła, a jazda w ścisku nie daje frajdy, w pobliskim budynku publicznym jest małe okienko, gdzie można wypożyczyć łyżwy. Wszystko jest ładnie udekorowane świątecznymi lampkami, co nadaje miejscu przyjemny charakter. Sam budynek Ratusza to niska kopuła i wyrastające po bokach otaczające ją zagięte w łuk - wieże ze szkła, które w nocy podświetlane są na różne kolory. Dwa ratusze stary i nowy sąsiadują ze sobą, a oddziela je tylko ulica Bay i rząd flag wszystkich prowincji Kanady, które warto obejrzeć dokładnie.

Spacer kontynuowaliśmy na zachód i minęliśmy mały (to dziwne) pomnik Winstona Churchila, troszkę w mało eksponowanym miejscu. Obok znajduje się kompleks neoklasycznych budynków otoczonych wysokim płotem i nazywa się Osgoode Hall (jakieś stowarzyszenie prawnicze - jakie to brytyjskie:). Po przeciwnej stronie University Avenue, dość dużej alei można odwiedzić Campbell House, małą rezydencję w stylu georgiańskim, która kompletnie nie pasuje do otaczającej zabudowy, taki mały domek z serialu Północ-Południe wciśnięty w wielki miasto. Za domkiem wyrasta ogromny gmach typowy dla lat 30 XX wieku, budynek ma szpicę z barometrem, który świeci się w zależności od ciśnienia panującego na zewnątrz, fajnie wygląda nocą. W tym miejscu skręcamy na południe do ulicy King Street przy której mieści się Roy Thompson Hall - siedziba Orkiestry Symfonicznej Toronto, budynek ma podobno świetną akustykę, czego łatwo można domyślić się po nietypowym krągłym kształcie. Tuż obok, w małym wyludnionym parku mamy okazję poszaleć po śniegu, kilka metrów dalej na trawniku mijamy dziwne rzeźby chyba królików, jest ich pełno i zastanawiam się jak tu ludzie koszą trawę latem :).

Jesteśmy już coraz bliżej słynnej wieży CN Tower, mijamy ponownie Front Street i wchodzimy po schodkach na taras, gdzie znajduje się jedno z wejść. Stać pod tym ponad 550 metrowym kolosem przypominającym jakąś rakietę kosmiczną (niektórym nowoczesny minaret :), to dopiero doznanie, zrobienie w całości zdjęcia nie ma szans, pozostaje trochę gimnastyki i ujęć w pozycji leżącej. Wewnątrz mały tunel prowadzi nas do podnóża CN Tower i kas biletowych. Ceny są w pakietach i najprostszy - czyli pierwszy dek widokowy i restauracja to wydatek 21 dolarów + 8 dol i mamy dostęp do Sky Pod czyli najwyższego tarasu widokowego na wysokości 447 metrów na ziemią. Przejście przez system zabezpieczeń trwa chwilkę, sprawdzane są też torby. Przeszklona z jednej strony winda wwozi nas na szczyt, widoki po drodze spektakularne, dlatego najlepiej wsiąść jako ostatni - stoimy wtedy przy samej szybie :). Na górze w okresie zimowym platforma na zewnątrz jest zamknięta, widoki podziwiać można tylko przez szyby, a jest co! Połowa pierwszego deku to restauracja, zwykła, nie jakaś wykwintna. Druga połowa to miejsca dla ludzi, a jest ich zawsze pełno. Cały moduł jest ruchomy i kręci się bardzo powoli wokół osi, trwa to długo (nie to co Stratosphere w Las Vegas, gdzie tempo jest niezłe i przy jednej kawce można zrobić pełen obrót). Za oknem widoki są zapierające dech, można bardzo dokładnie obejrzeć miasto i odczuć na jak wielkiej powierzchni się roztacza. Schodkami w dół i jesteśmy na poziomie, gdzie latem można wyjść na zewnątrz i przez siatki oglądać miasto. Jest tam też jedna super atrakcja, oblegana przez masę śmiałków, którzy chcą zmierzyć się ze swoimi lękami - szklana podłoga. Jest to kilka tafli pancernego szkła, po których można chodzić, kłaść się lub skakać :). Uwierzcie trzeba na tym stanąć, żeby poczuć co znaczy lęk wysokości. Wracając z powrotem do poziomu restauracji znajdujemy dodatkową windę, która zawozi nas do Sky Pod, to małe pomieszczenie z zakrzywionymi szybami tak żeby było widać miasto pod nami, przy świetnej pogodzie widać wodospady Niagara i okolice. Doczekaliśmy do zmroku, kiedy centrum finansowe ze swoimi drapaczami chmur rozświetli się co zawsze daje ładny widok. Jeszcze kilka chwil refleksji z nosem przyciśniętym do szyby i zjechaliśmy na dół. Tutaj przywitała nas gra świateł i olorów, CN Tower jest podświetlana w różnych kolorach, obręcze na platformach widokowych zmieniają barwy i wzdłuż toru jazdy wind mamy migające i pędzące światła.

Postaliśmy chwilkę i mijając ogromną halę sportową, która teraz nazywa się Rogers Ceneter (Rogers to chyba największy operator komórkowy i nie tylko, coś w stylu Polskiej Orange). Okrążając wieżę natrafiliśmy na wejście pod oszklony hol co było bardzo miłe bo temperatura mocno spadła w nocy. Ta droga doprowadziła nas do samego Union Station i nie musieliśmy wychodzić na zewnątrz, ciekawe że też wtedy nie przypomniałem sobie o tym wspaniałym wynalazku, jakim jest... nie to będzie w następnej części. Na stacji przywitała nas spora kolejka, ludzie wracali z pracy i dostanie się do GO Busa to był nie lada problem. Wystałem swoje w kolejce i udało się dotrzeć na noc do Mississaugi. Następny dzień to następna część miasta do zobaczenia.

Bergen pełne energii.
Wyprawa tygodnia Bergen pełne energii.

Pływanie w fiordach, nurkowanie, żeglowanie, ściganie się na snowboardzie w górach, zachwycanie się skarbami przyrody podczas trekkingu i podziwianie architektury wpisanej na listę UNESCO. Zacznijmy swoją przygodę w Norwegii od Bergen.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.