Tysiące wysp. Tu interesuje, fascynuje, przyciąga uwagę, albo niepokoi, wszystko. O tym, co robić można w okolicach miasta Yogjakarta i na wschód on niego, na wyspie Jawa - traktuje niniejsza próba, przybliżenia tego niespotykanego regionu świata.
06.05.20081.
Przed siedemnastą słoneczny talerz na równinie Kedu jakby mniej agresywny. Z wydartego szponom dżungli obszernego placu, upiększonego pedantycznie wystrzyżonym trawnikiem, palmami i alejami, droga ku największej na Ziemi buddyjskiej budowli z przełomu VIII i IX wieku. Borobudur - pomysł władców z dynastii Śailendrów, dzieło Gunadharmy. Architektoniczne wyobrażenie trzech elementów religijnych: stupy (relikwiarz i symbol obecności Buddy), Meru (złoty szczyt, na którym spoczywa wszechświat) oraz mandali (kwadrat i koło, obrazujące łączność nieba, nieskończoności i ducha, z tym, co materialne). I właśnie tarasami w kształcie kwadratów, z których najniższy, największy, ma bok o długości 111 metrów, turyści ości oraz śpiesznie podążają na szczyt. Na pierwszym poziomie warto pójść w lewo, jak nakazuje procesyjna ścieżka, dookoła, dopiero później na następny taras, i znowu wokoło, znowu kolejnymi poziomami, aż do osiągnięcia okręgów z dzwonowatymi, ażurowymi czaszami i zwieńczającej całość świątyni - dagoby. Kilkukilometrowa wędrówka w ciszy. Wbrew tkwiącym w człowieku stadnym odruchom. Bez towarzystwa hałaśliwych grup. One są już na szczycie i poszukują odpowiedniego miejsca dla fotograficznych ujęć.
Borobudur przypomina schodkową piramidę. Sceny z życia i nauk Buddy w kamieniu, ożywiają ściany. Tysiące lat budowla stała gdzieś w gąszczu, pod wulkanicznym pyłem z pobliskiego Merapi, w zapomnieniu. Aż do 1814 roku, gdy brytyjski gubernator Jawy Sir Thomas Raffles, późniejszy założyciel Singapuru, nakazał „znalezisko” ukazać światu.
Kamienne dzwony z iglicami, u szczytu świątyni. Na trzech poziomach odpowiednio 32, 24 i 16 dagob, zwanych popularnie stupami, w środku których posągi medytującego Buddy oraz ostatnia, ta największa, zwieńczająca całość trzydziestometrowej świątyni. Oto osiągamy „Królestwo Ducha”….
2.
Poranek zapowiada piękny dzień. W planie Prambanan - „Smukła Dziewica”. Wymagający kondycji kompleks świątynny Hinduistów z IX wieku. Pół godziny jazdy w kierunku miasta Solo, dawnej Surakarty….
Na otwartej przestrzeni z daleka widoczne zwieńczenia najwyższych obiektów archeologicznego zespołu. Masywne i strzeliste niczym euroejskie budowle gotyckie, majestatyczne kaplice Śiwy – Niszczyciela, Wisznu – Obrońcy, Brahmy – Kreatora, oraz niższe, stojące naprzeciwko i poświęcone wierzchowcom wspomnianej Trójcy, odpowiednio, Nandina - Byka, Garudy - Orła oraz Agastii – Łabędzia. Największa z kaplic, poświęcona Śiwie, osiąga 43 metry wysokości. „Gigantyczne, płomienne sterczyny”, określenie najbardziej odpowiadające temu, co widać. Ściany kaplic to ciemnoszare, kamienne reliefy ze scenami z „Ramajany”.
Wnętrze kaplicy Śiwy. Półmrok. Światło świec. Woń kadzideł i pielgrzymi….
Kilkaset metrów dalej, swoje domy modlitwy mają też buddyści. Zespół świątynny Sewu, jest drugim po Borobudur największym buddyjskim miejscem modlitwy na Jawie. Obecność hinduistów i buddystów jest rezultatem dawnego, przedislamskiego podziału tej części Jawy pomiędzy rody Sanjaya – hinduistów i Śailendra – buddystów. Świątynie różnych religii, oto dokumenty na zawiłe dzieje kraju w kulturowym tyglu, gdzie mimo dominujących i wszechobecnych dziś meczetów, jest należne miejsce na tolerancję i ochronę tego, co inne, co stanowi o historycznym bogactwie i wrażliwości współczesnej Indonezji. Temu, co materialne kres istnienia wyznacza tu jedynie natura, choć i to nie koniecznie. Co zrujnował żywioł, ciągle odbudowuje człowiek.
3.
Yogjakarta, stolica półautonomicznej prowincji, to ponad pięciusettysięczne miasto, określane jako centrum jawajskiej kultury. Tworzy je między innymi znajdujący się na jego terenie sułtański pałac, zwanym Kratonem, czyli „miejscem, gdzie mieszka król” (ke-ratu-an), enklawa rządząca się niezależnymi od reszty państwa zasadami. Tradycyjne zwyczaje, stroje, służba, artyści, błazny, dworzanie…. W sumie ponad dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców, żyjących jakby w innym świecie, w warunkach lepszych niż przeciętny Jawajczyk. Tutaj pracę znajdują malarze tworzący portrety sułtańskiego rodu, poeci, pisarze, czy wreszcie muzycy, którzy stare jawajskie rytmy prezentują gościom, pod zadaszoną częścią dziedzińca. Dla niewprawnego ucha, po prostu, kocie zawodzenie. Zespół kobiet w czerni, odtwarzający nieharmonijne dźwięki zapisane w zeszytach muzyków arabskimi cyframi. Jawajski gamelan. Zestaw bębnów, gongów i różnych ksylofonów, zestrojonych do siebie i stanowiących niepowtarzalną całość. Doświadczenie niedostępnej dla ucha Europejczyka, muzyki na żywo.
W muzeum Kratonu uwagę absorbują dwa holenderskie powozy konne, zwane tu „Złotymi karetami”, lektyka, oraz pamiątki po sułtanie Hamengkubuwono IX, postaci czynnej w życiu politycznym, narodowym bohaterze w walce o uzyskanie niepodległości przez Indonezję 17 sierpnia 1945 roku. Autonomia istniejącego od 1755 roku sułtanatu, stanowiąca wdzięczność państwa, jest tym, z czego najbardziej dumny jest gospodarz i na co pragnie najbardziej ukierunkować percepję gości.
Zainteresowanie wzbudza teatrzyk cieni, stanowiący nie tylko znak rozpoznawczy Yogjakarty, ale całej Jawy, czy nawet kraju. Tu w silnie zacienionym pomieszczeniu, próbka możliwości miejscowych aktorów kukiełkowych wayang purva, z płaskimi, skórzanymi postaciami o ruchomych „w stawach” kończynach i głowie. Sceną jest płócienny ekran znajdujący się na środku sali. Widzowie znajdują się z obu jego stron. Ci z tyłu, widzą siedzącego na ziemi aktora–narratora i poruszane przez niego kukiełki za pomocą patyczków. Drudzy mogą przyswajać nadal aktualne, głębokie myśli filozoficzne z treści indyjskich epopei. Gamelanowa muzyka znowu na żywo.
Wszystko, czego w Kratonie człowiek doświadcza, jest jedynie namiastką wielkich ceremonii, zabaw, festiwalu składania ofiar zwanego Sekaten, poprzedzających symboliczny, majowy dzień rocznicy urodzin proroka Mahometa. Szczęśliwie, drzwi królewskiego pałacu nie są otwarte jedynie w święta.
Spacer do znanej w Yogjakarcie manufaktury batiku przy ulicy Tirtodipuran 48, stanowi nieodłączną część poznawania miasta. Olbrzymia hala, przypominająca po części warsztat chemiczny, po części pralnię. I mistrzowie sztuki barwienia tkanin za pomocą płynnego wosku. Prości, skromni, od czasu do czasu rzucają przyjacielskie spojrzenie na kolejnych przybyszów. Manufaktura batiku. Specjalnymi pojemniczkami z rurkowatą końcówką, przez którą spływa parafina, uzdolnieni w rysunku prości ludzie, tworzą motywy kwiatowo - abstrakcyjne. Często z wykorzystaniem miedzianych stempli nanoszących gotowy wzór dekoracyjny. Sekret batiku to wiedza dotycząca mieszania barw. Po nałożeniu wosku na tkaninę i włożeniu jej do kadzi z farbą z naturalnych składników, określone zabarwienie dostaje się w nie zalane miejsca. Kolejna warstwa wosku i następna „kąpiel”. Od stopnia skomplikowania kolorystycznej gamy na przyszłych obrusach, spódnicach, czy chustach, ostatecznie zależy ich ilość.
Usuwanie wosku odbywa się za pomocą specjalnego żelazka i papieru, bądź rozpuszczalników. Potem pozostaje już jedynie suszenie.
Wynagrodzenie za artyzm, twórcy otrzymają w symbolicznej wysokości. „Prawdziwe” pieniądze pozostaną w kieszeni właściciela farbiarni i sklepu, do którego każdy gość trafia po obejrzeniu warsztatu.
Wyroby ze srebra stanowią obok batiku podstawowy wyróżnik Yogjakarty. Warsztaty srebra, otwarte na potencjalnych nabywców kuszą nie tylko cenami, ale również możliwością obejrzenia całego procesu powstawania precyzyjnych wisiorków, albo dzieł sztuki w rodzaju świątynia Prambanan, czy Borobudur, wiernie odwzorowane w detalach. Miłe, elegancko ubrane panie chętnie opisują to, co określony mistrz sztuki złotniczej robi. Od wytapiania cennego kruszcu - po biżuterię, ozdoby, czy rzeźby. Zwiedzanie kończy luksusowy sklep, w którym goście znowu zostawią niemałą gotówkę....
4.
Odcinek prawie czterystu kilometrów od Yogjakarty w kierunku wschodnim jest wyjątkowo uciążliwy. Dominują zielone terasy pól ryżowych, równikowe lasy porastające pagórkowate, wręcz górzyste tereny i jakby jedna, niekończąca się wieś wzdłuż drogi.
Postój. Utrwala się przypuszczenie, że restauracją zarządzają krewni, bądź znajomi naszego przewodnika Erwana. To on skutecznie, jak dotąd, sugeruje przerwy w podróży. Tak, czy inaczej, to niezły pomysł zostać zaskoczonym fantazją szefa kuchni i jedynym w swoim rodzaju smakiem jawajskich potraw, owoców morza, orientalnych przypraw. I zapachem kadzidełek lub goździkowego dymu z papierosów. Erwan pokazuje, jak muzułmanie spożywają swój obiad, bez sztućców, za pomocą palców, które myje się w wodzie wlanej do czarki. Jak chwyta się kawałki ryżu, moczy w sambalu i spożywa. Mimo to, każdy z nas pozostanie przy tradycyjnej łyżce i widelcu, choćby ze względu na ostrożność. Mycie rąk po wyjściu z bardzo „prostej” toalety bez znajomej muszli, nie przekonuje, że rzeczywiście można nimi jeść bez obaw. Nie higiena, bowiem, ale warunki do modlitewnej kontemplacji są według gospodarza ważniejsze. Pomieszczeniu do modlitw, z dumnym napisem nad wejściem „Mushola”, poświęcono większe pieniądze i uwagę.
Po posiłku spacer na plantację kauczukowca. Gospodarz chętnie pokazuje ponacinane pnie z naczyńkami, wypełnianymi powoli przez spływający biały lateks. Rano, gdy pozyskiwanie surowca następuje najbardziej efektywnie, pracownicy nacinają od kilkudziesięciu do kilkuset drzew, potem wracają by zebrać płynną substancję. Te same drzewa na nowo mogą być nacięte po raz kolejny po kilkunastu dniach, zawsze poniżej wcześniejszych miejsc, z tej samej strony. Drzewo pozostaje nieeksploatowane przez kilka lat, gdy nie ma już miejsca na rowki. Po trzech latach kauczukowiec na nowo „pracuje”, ale szczeliny w korze wykonuje się z przeciwnej strony pnia.
Około dwudziestej pierwszej autokar zatrzymuje się na parkingu w miejscowości Probolinggo, w mieście nad Cieśniną Madura. Przesiadka. To początek wijącego się w górę szlaku w kierunku Parku Narodoweg Bromo–Tengger–Semeru. W kierunku krainy żywych wulkanów i księżycowych widoków. Autokary pozostają niżej. Na wysokość około dwóch tysięcy metrów po stromej, krętej, szutrowej nawierzchni nie dałyby rady.
Na dachu dwóch minibusów kierowcy zabezpieczają nasze tobołki. Musimy im zaufać i mieć nadzieję, że gdzieś po drodze nie spadną w otchłań ciemności.
Przed hotelem „Bromo Permai” w Cemoro Lawang w przenikliwym chłodzie, odbieramy szczęśliwie wszystkie bagaże. Zasiadamy do późnej kolacji, ubrani w wygrzebane z plecaków kurtki….
5.
Ta noc nie była długa. O w pół do czwartej pobudka. Przydają się grube swetry. Terenowe toyoty oczekują nie tylko na nas. Wydaje się, że wszyscy hotelowi goście opuszczają na jakiś czas ciepłe łóżka. Wpisana na stałe pora wyjazdów. Wschód słońca w tym miejscu Ziemi trzeba zobaczyć. Gdzieś na widokowej platformie kilkanaście kilometrów dalej. Kto pierwszy, ten zajmie lepsze miejsce do obserwacji.
Świt na wysokości 2770 metrów. Metalowa konstrukcja na wzniesieniu Penanjakan może pomieścić kilkadziesiąt osób. Zewsząd języki całego globu. Jak na kraj klimatu równikowego niecodzienne stroje turystów. Kurtki, czapki, szale, hotelowe koce…. Jeśli ktoś zapomniał, kupuje odzież z napisem "Bromo", na straganie. Miejscowi kierowcy - przewodnicy, wyróżniają się specjalnym okryciem tułowia, przypominającym poncho. Powoli wstaje dzień. Rozgadany tłum nie daje odczuć prawdziwej atmosfery poranka. Cisza i pojedyncze śpiewy ptactwa, zostają skutecznie zagłuszone. Zmienia się kolorystyka miejsca. Gdzieś w oddali dokładnie co kwadrans białe pióropusze dymne wypuszcza wulkan Semeru, najwyższy szczyt na wyspie Jawa….
Terenowe pojazdy zwożą obecnych na powitaniu Słońca, w kierunku „Morza Piasku” - kaldery dawnego wulkanu Tengger. Do parkingu, skąd dalej każdy pójdzie pieszo, bądź pojedzie konno. Wszechobecni właściciele wierzchowców mają co robić. Perspektywa stąpania po piasku przez najczęściej nieprzygotowanych na taką okoliczność przybyszów, odstrasza, napełniając dolarami kieszenie tubylców. A bezustannie dymiący, znany z indonezyjskich widokówek i folderów wulkan Bromo, perfekcyjnie uformowany Batok i wciąż aktywny wulkan Semeru, to obowiązkowe punkty programu. Końcowy przystanek konnej przejażdżki u stóp Bromo. Drewniane stopnie zwane „schodami do nieba”. Ci, którzy są już na górze, rozchodzą się po krawędzi krateru. Tym, co nieśpieszno, kilkukilometrowy spacer dookoła z pewnością dobrze zrobi. Wewnątrz wulkanu spękania skorupy i emanacja białego dymu z czeluści. Tu każdy wyszkuje swoje własne miejsce do odpoczynku i zadumy nad energią drzemiącą gdzieś wewnątrz. Na Bromo raz do roku przybywa pielgrzymka miejscowej ludności, by złożyć dary z warzyw, owoców i kwiatów, w czasie uroczystości „Uspokojenia”. Dawny to obyczaj, zapoczątkowany przez jednego z sułtanów, który zwolnił mieszkańców tego terenu od podatków, by w zamian czcili Brahmę, czyli Bromo. Świątynia hinduistów stojąca u stóp Bromo na stałe już wpisana jest w krajobraz Tenggeru.
6.
Na nadmorskim targu grupki turystów. Stragany pełne darów morza. Muszle, wyroby i kompozycje ze skorup mięczaków, wypchane żółwie, ryby…. Ceny kuszą, ale zakup martwego zwierzęcia, naraża na pewny konflikt prawny po przylocie do domu. Ryzyko nie opłaca się, a mimo to są osoby, które je podejmują.
Przy brzegu barwne, nietypowe łodzie żaglowe z szeroko rozstawionymi po bokach podporami, które przypominają pajęcze odnóża i wyróżniają je spośród tych, co znane z wód Europy. Trochę jak niedoskonałe katamarany. Zacumowane na brzegowej mieliźnie, albo płytkiej wodzie. Z jednej z łódek w mętne fale wchodzi kobieta, unosząc długą spódnicę i podąża w kierunku suchej ziemi. Przy innej ojciec z synem, brodząc po pas w krótkich, postrzępionych spodenkach, wyławiają morską trawę….
7.
Ketapang. Miejscowość łącząca Jawę z wyspą demonów i bogów – Bali. 8 kilometrów, które pokonuje się w półtorej godziny od chwili wyjścia promu w akwen oddzielający Ocean Indyjski od Morza Balijskiego. Trwa czasochłonny obładunek samochodami i ludźmi. Nie widać wolnych miejsc. Ktoś znajduje je w wydzielonym pomieszczeniu do muzułmańskich modlitw. Zanim jednak skieruje się w stronę Mekki, obmywa nogi pod prysznicem przed wejściem….
Wyprawy na indonezyjskie wyspy, podróżnicy odbywają najczęściej w europejskiej porze zimowej. Wówczas na wyspie Jawa i w okolicach panuje pora sucha (upały). Oczywiscie zdarzaja się intensywne deszcze, a w górach, zwłaszca w nocy temperatura spada do poniżej 10 stopni Celsjusza.
Wyprawy na indonezyjskie wyspy, podróżnicy odbywają najczęściej w europejskiej porze zimowej. Wówczas na wyspie Jawa i w okolicach panuje pora sucha (upały). Oczywiscie zdarzaja się intensywne deszcze, a w górach, zwłaszca w nocy temperatura spada do poniżej 10 stopni Celsjusza.
Higiena i bezpieczeństwo, to najważniejsze elementy każdej podróży. Profilaktyczne szczepienia, unikanie wody kranowej, czy lodu w napojach, wydają sie być kanonem. Warto pamietać, że na niektórych wyspach występować może malaria. Tabletki profilaktyczne, wentylator w pokojach, moskitiera, czy repelenty - stanowią podstawowe środki umożliwiające bezpieczne podróżowanie w strefach zagrożenia.
Każdy kupuje ulubione pamiątki. Jak w każdym kraju są rzeczy bardziej lub mniej kuszące. Czego jednak unikać? Z pewnością tego, by nie przywozić wypchanych zwierząt, czy wyrobów z nich. Każdy but, pasek, element ze skóry, kości, czy innego elementu zwierzęcia objetego ochroną ("CITES"), stanie się po powrocie z pewnością przedmiotem zainteresowania europejskich władz celnych. To, z kolei, wyzwoli lawinę nieprzyjemnych procedur, które zakończą się nie tylko stresem i zarekwirowaniem rzeczy, ale sprawą karną.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Dżakarta Waluta: rupia indonezyjska (RP) Język urzędowy: indonezyjski Inne: angielski, niderlandzki, jawajski, lokalne języki etniczne
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

