okazje
Widokm na tarasy ryżowe w Sedimenie Widokm na tarasy ryżowe w Sedimenie Świątynia Besakih Wulkaniczny krajobraz Agung Batur Uroczystości w Tirta Empul
  • Widokm na tarasy ryżowe w Sedimenie
  • Świątynia Besakih
  • Wulkaniczny krajobraz Agung Batur
  • Uroczystości w Tirta Empul

Widokm na tarasy ryżowe w Sedimenie

O Bali naczytałam się sporo - nr 1 w rankingu najwspanialszych miejsc do odwiedzenia przed śmiercią. I te zdjęcia uśmiechniętych wielkich białych ludzi, masowanych na leżaczkach przez małe Azjatki. Drink z kokosa i kwiaty na pościeli. Zdecydowanie raj.

25.09.2011
Wylądowaliśmy więc w Denpasar, stolicy Bali, i po dziesięciu minutach jazdy taksówką byliśmy w Kucie - mieście tanizny, surferów i handlu. Powitały nas dziurawe ulice, tony śmieci, stragany pełne jarmarkowej odzieży - przed każdym ofiara dla bogów z bananowych liści, kwiatków, ciasteczek i kadzidełka - oraz setki bzyczących motorów. Brudno, głośno i gorąco, ale w dość pozytywnej, wakacyjnej nucie, na kształt włoskiego Bibione. Oczywiście nie było ślubnej romantyki w tanim, średnio czystym pokoju bez pościeli, z huczącym wiatrakiem i dyskoteką grającą nad głową do rana. Trzeba było pamiętać, żeby umyć zęby i oczy wodą mineralną, bo za kranową można drogo zapłacić. Następnego dnia zażyliśmy balijskiego życia na budżecie w postaci zdezelowanej deski surfingowej pożyczonej za 5 euro, średnio ciekawego, spoconego masażu z nieświeżym ręcznikiem na twarzy oraz pierwszego obiadu w warungu, lokalnym barze o najniższych cenach. Właściciel był serdeczny, rozmowny i najbardziej chciał nam sprzedać omlet z halucynogennymi grzybkami, które trzymał świeże, prosto z łąki, w lodówce. Rosną pięknie na krowim łajnie - twierdził - bardzo mocne. „Cow shit, very good”. Sklepików z szyldami „magic mushrooms” i psychodelicznymi malunkami ufoludków na tęczowych grzybów jest w Kucie kilkadziesiąt, bo to w Indonezji produkt legalny. Za 60 euro wynajęliśmy auto na tydzień - stary, zdezelowany nieco Suzuki Jimny, obwiózł nas brawurowo po całej wyspie, nie odmawiając najgorszym wulkanicznym drogom, które nadają terminowi dziura na dziurze zupełnie nowego znaczenia. Najciekawszym odkryciem okazał się całkowity brak oznakowania miast i wiosek; jedyną metodą na geolokalizację jest czytanie adresów na tablicach reklamowych. To oczywiście skończyło się błądzeniem, dzięki któremu odkryliśmy najpiękniejszy kawałek Bali. Wąskie, strome drogi pnące się po olbrzymich wulkanicznych stoczach obrośniętych dżunglą stały okazały się rezerwatem prawdziwego życia bez jednego turysty. W soczystej, tropikalnej zieleni rozrastają się wioski ukryte w kompleksach świątynnych, zdobnych, choć nagryzionych czasem, dostojnych, choć pełnych gdakających kur, spokojnych, choć otoczonych śmiejącymi się, często bezzębnymi ludźmi. Każdy na głowie miał około dziesięć kilo - chrustu, drzewa, owoców, ryżu; każdy był w japonkach i każdy podszedł się przywitać. To najcenniejsza rzecz, jaką wywiozłam z Bali. Dowód na to, że można cały dzień tyrać jak wół, w błocie i upale, bez dentysty, telewizora i ciepłej wody, a na widok dwójki „bogatych” białych turystów obwożących się autem z dwoma aparatami, z serdecznym uśmiechem uścisnąć dłoń, pozdrowić. Balijscy hindusi są potwornie szczęśliwymi ludźmi, bo przecież przyroda jest szczodra, ziemia mokra i żyzna, a na metafizyczno-konsumpcyjne problemy nie ma czasu i miejsca. Na polu ryżowym nie można mieć urlopu ani zimowej depresji. Bogowie błogosławią plonem i dziećmi, więc nic tylko się radować. Po dziesięciu dniach wylądowaliśmy na Flores, innej indonezyjskiej wyspie, dzielonej przez muzułmanów i chrześcijan. Już nic nie było tak radosne, szczere i bezinteresowne. Zakapturzeni mężczyźni plujący na widok moich odkrytych ramion i podejrzliwe spojrzenia sprawiły, że poczułam się jak intruz. Dlaczego jeździmy, gdzie nas ewidentnie nie chcą? W portowym mieście Flores, Luabangbajo, jest jedna błotnista ulica, trzy rzędy walących się, brudnych baraków i z dwadzieścia agencji turystycznych organizujących wycieczki - na nurkowanie, na warany komodskie, na pobliskie wysepki. Bez uśmiechu każą sobie płacić olbrzymie pieniądze za byle co. Nie można już, jak na Bali, iść zjeść z miejscowymi za grosze do warungu, bo dla białych są zachodnie restauracje na tarasach ponad miastem. Drogie i trzeba na obiad potwornie długo czekać, dokładnie godzinę. Godzinę czeka się na Flores na śniadanie złożone z przypalonego naleśnika, godzinę na zupę, godzinę na skasowanie w supermarkecie, gdzie system Windows obezwładnia kasy; godzinę czeka się na łódkę, która ponoć odpływa punktualnie o 11.00. O 12.00 przychodzi dopiero kapitan i zaczyna nakładać zakupy. Gdy zniecierpliwieni z ulgą odbijamy w końcu od pomostu, ten wyjmuje śrubokręt i zaczyna naprawiać silnik. Nie ma odpowiednich wkrętów, więc wyjmuje z innych miejsc maszyny i przekłada. Łódki to zresztą oddzielna historia i nie zdziwi mnie już nigdy wieść o utonięciu kolejnego indonezyjskiego promu. Stare zbutwiałe krypy są wciąż głównym środkiem transportu, operowanym przez wyglądających na silnie odurzonych kapitanów, względnie bardzo młodych chłopców. W drodze powrotnej z Kanawy, małej wysepki z dziesięcioma prymitywnymi bungalowami, dwoma jeleniami i koralową plażą, okazuje się, że wszyscy goście wyjeżdżają na raz. Dwadzieścia trzy osoby z bagażami pakują się więc na małą krypę, która wygląda jakby mogła unieść ledwo szóstkę Azjatów. Znudzony kapitan budzi się po raz pierwszy z apatii i przez godzinę z przerażeniem w oczach poci się za sterem złowrogo mrugając na każdego, kto porusza tułowiem w stronę burty. Szukamy oczami kapoków, ale bezskutecznie. Trzeba liczyć raczej na bogów. Inna łódka z pasażerami grzęźnie na mieliźnie wokół innej wakacyjnej wysepki Seraya i załoga zarządza popisową ewakuację wyrzucając europejskich emerytów z bagażami do wody po pas. Ludzie ranią się o korale próbując dobrnąć do brzegu, a reszta wczasowiczów na plaży fotografuje cały spektakl. Na tym etapie byłam nawet pewna, że to już koniec żeglarskich atrakcji, ale ostatniego dnia na Flores złapała nas na morzu straszna burza, która zepchnęła rybacką łódkę bokiem prosto w korale, nachylając pokład prawie pionowo. Dwóch indonezyjskich chłopców, robiących nam za kapitanów, zaczęło błagać mojego rosłego partnera, aby skoczył z nimi do wody i pomógł im wypchać nas z rafy na pełne morze. Ja leżałam w deszczu plackiem na naszych bagażach i rozmyślałam nad sensem życia. I podróżowania po Azji. Po godzinie rodem z katastroficznego filmu klasy B, płakaliśmy ze szczęścia schodząc na ląd. Na Flores zatruliśmy się pierwszą i ostatnią surówką indonezyjską, a komary pocięły strasznie z powodu dziurawych moskitier, co w strefie malarycznej napawa niebywałym entuzjazmem. Większość ze spotykanych turystów była na profilaktycznych lekach anty-malarycznych, ale depresyjno-bezsenne skutki uboczne kazały nam zaryzykować. Raz tylko zresztą byliśmy w sercu dżungli, w malutkiej wiosce o powalającej nazwie Warszawia, gdzie obok kilkunastu naprawdę mizernych chałup stał drewniany kościół a zaraz obok meczet. Ryczący pięć razy dziennie mułłowie to charakterystyczny element tutejszej konkurencji religijnej. Z Warszawii wybraliśmy się na trekking z lokalnym młodocianym przewodnikiem, który po godzinie darcia się przez błotnisty, bzyczący busz oznajmił, że pora zdjąć buty, po czym poprowadził nas pod prąd rwącej żółto-zielonej rzeki, abyśmy mogli wpław dopłynąć do wodospadu. W tym czasie jego brat pilnował naszego motoru, za co zażyczyli sobie razem dwa euro. Na moje pytanie, czym się na co dzień zajmują, odpowiedział, że niczym. Szkołę już dawno skończyli, bo to tylko kilka klas, matka suszy orzechy i piastuje nowe dzieci, a oni siedzą na drodze i czekają na turystów. Na szczęście, nie cały kwiat indonezyjskiej młodzieży podziela ten poziom aspiracji. Na Rince, po Komodskim Parku Narodowym oprowadzał nas szesnastoletni ranger, który z niewiarygodną dokładnością nauczył się angielskiej wersji encyklopedycznych wiadomości na temat życia i kanibalizmu waranów, które leniwie wylegiwały w cieniu. Feri - „not the boat” - jak wyjaśnił na wstępie, pochodził z Sulawesi i przyjechał na Rincę po wakacyjną pracę, poduczyć się angielskiego. Jego marzeniem jest podróż do Stanów Zjednoczonych, choć Polska też brzmi nieźle. Interesowało go, czy jest u nas wielu Indonezyjczyków i czy nikt nie będzie go prześladował z powodu ciemnej skóry. Zwierzył mi się również, że jestem pierwszą pozytywną Polką, bo dotychczas nasi rodacy przybywali tu w głośnych grupach, palili papierosy, co jest surowo zakazane, śmiecili i wcale interesowały ich informacje o waranach. Polaków na głowę biją i tak Australijczycy, przynajmniej na Bali. W miejscowościach turystycznych w promieniu godziny jazdy od lotniska, roi się od kolosalnie grubych, przysmażonych na różowo rodzin, które przybywają koło południa na plażę i nadają sens egzystencji lokalnych sprzedawców. W przeciągu godziny, jaką spędziłam w ostatnim zacienionym miejscu nieopodal australijskich wielorybów, każdy wypił piwo, fantę, zjadł loda, smażony makaron i ananasa, zakupił okulary Ray Ban za dziesięć euro i podwodny zegarek do nurkowania. Wyglądało to tak, że w pięć minut podstawiono im pod cztery litery plastikowe krzesła, a pod nogi transportery po piwie, po czym cała chmara bezzębnych masażerek, obwieszonych sprzedawców i manicurzystek z bożej łaski obległa ich jak hieny. Ton rozmowy był kolonizatorsko arogancki, aż do niesmacznej przesady. Leniwych Australijczyków nie było na szczęście nigdzie dalej na Bali, czyli tam, gdzie zaczynają się bujne doliny ryżowych pól, górskie kompleksy świątynne czy czarne, wulkaniczne plaże dla nurków. Nie wszystko wygląda tak, jak piszą przewodniki, a kosztuje zawsze 50% więcej, co miejscowi tłumaczą inflacją, ale idylliczność kilku miejsc przerasta nasze dość śmiałe oczekiwania. O szóstej rano płyniemy z rybakami z Loviny na poszukiwania delfinów - całe stada budzą się wtedy i grupkami rozpoczynają harce. Skaczą, kręcą w powietrzu piruety, podpływają bardzo blisko burty; ich spontaniczność i ochota do zabawy powala. Czar pryska, gdy obok nas pojawia się dwadzieścia innych łodzi, a na każdej błyskają flesze. Nagle z obserwatorów natury stajemy się częścią bezlitosnego safari. Krzyczący Japończycy każący kapitanowi gonić rodzinę delfinów po zatoce wzbudziły we mnie niezdrowy rasizm. Najbardziej idylliczne i całkowicie bez Japończyków są jednak ryżowe tarasy w wiosce Sedimen, wśród wulkanicznych zboczy, u podnóża Agung Batur. Podniszczone błotnymi osuwiskami drogi wiodą w dół doliny usianej balijskim ogrodnictwem - cukinie, kapusta, papryczki, ananasy i całe połacie podtopionego ryżu rozciągają się po dwóch brzegach rzeki. Wśród nich wybudowano kilka niesamowicie przytulnych hotelików, gdzie za dwadzieścia euro można mieć piękny apartament dla dwojga, z zewnętrzną łazienką obudowaną czarną lawą oraz tarasem, na którym rano serwuje się prywatne śniadania - naleśniki z ananasem i sałatkę z papai. Kilka dni później siedzimy pod dachem z dziesiątkami przybranych zdobnie hindusów. Pada, a w Tirta Empul, kompleksie świątynnym założonym na legendarnych, mistycznych źródłach, toczy się właśnie religijna uroczystość, która nadaje słowu religijność trochę głębszego znaczenia. To nie są ludzie, którzy przyszli w niedzielę odbębnić obowiązek kościelny. W ciągnącej się kilometr paradzie idą przybrane na złoto dziewczynki, tańczący i grający mężczyźni w malowanych maskach, kobiety z metrowymi konstrukcjami z owoców na głowach, dostojni starcy i matki obwieszone dziećmi. Setki barw, dźwięków, oszałamiający zapach kadzidełek i palonego ryżu oraz zapraszające gesty: wejdź do środka, zobacz, zapraszamy… - mówią do obwieszonych Canonami turystów. W balijskich świątyniach trzeba oblec się w sarong, który pożyczają za darmo, bo prawo nie zezwala wstępu źle ubranym. Nie wolno wchodzić również kobietom w czasie menstruacji, ciężarnym ani matkom niemowląt, jak również dzieciom, którym nie wypadły jeszcze mleczaki i szaleńcom („mad ladies/gentlemen”). Tak informują tablice, ale oczywiście nikt nie sprawdza fizycznego ani mentalnego stanu zwiedzających. W samym środku świątyni rodziny składają bogom swoje dary - pieczone kaczki, owoce, słodycze, banknoty. Uśmiechają się do nas, jakby chcieli podzielić się radością święta, którego nie mamy szans zrozumieć, nie wierząc w balijski mistycyzm. Pewien taksówkarz opowie mi później o zawiłościach kupowania auta, motoru czy telewizora, o procedurze palenia zwłok i trzymania ich wcześniej w domu w plastykowym pudle z lodem, o setkach świąt, dobrych dni, złych znaków i codziennych ofiarach, którymi trzeba sobie kupować dobrobyt i szczęście rodzinne. Jako religijna sceptyczka, uśmiechnę się pod nosem z tej ludzkiej naiwności. Co oni tu mogą wiedzieć o prawdziwym życiu, na tej wyspie słońca, ryżu i bananów? Bali - informacje praktyczne Jak dotrzeć? Z Warszawy do Denpasar, stolicy Bali, można lecieć z Qatar Airways (cena ok. 4400 zł w dwie strony), LOT-em (od 3700 zł) lub KLM (od 3500 zł). Najtańsza opcja to lot z Monachium z Qatar Airways za 2500 zł. Najkrótszy lot trwa 20 godzin z przesiadkami. Wiza: Wizę turystyczną jednokrotnego przekroczenia ważną 30 dni można kupić na lotnisku w Denpasar za 25 USD. Na miejscu można przedłużyć wizę o kolejne 30 dni. Warunkiem wjazdu jest posiadanie paszportu z ważnością min. 6 miesięcy. Waluta: Walutą Indonezji jest rupia indonezyjska 10 000 IDR = 3,2 zł. Dodatkowe opłaty: Na lotniskach w Indonezji pobiera się opłaty manipulacyjne. W lotach wewnętrznych jest od 30 000 do 60 000 IDR, zaś przy opuszczaniu Indonezji 200 000 IDR (ok. 20 euro). Transport: Najłatwiej jest podróżować po wyspie autem, z zastrzeżeniem, że ruch jest lewostronny a drogi złej jakości i bardzo strome. Na lotnisku można wynająć terenowy Suzuki Jimny od 10 EUR za dzień. Inna opcja to transport publiczny, czyli tzw. bemo - są tanie, ale przepełnione i kursują regularnie jedynie do bardziej turystycznych miejscowości (ceny ok. 1-7 euro w zależności od dystansu). Noclegi: Najtańsze zakwaterowanie znajdziemy w turystycznych miejscowościach jak Kuta czy półwysep Bukit (od 8 euro za dwuosobowy pokój). Średnia cena dobrych pokojów ze śniadaniami na większości powierzchni wyspy to 20 euro za dwuosobowy pokój ze śniadaniem. Polecane zakwaterowanie: Ubud: Bali Dream House, info@okahomestay.com Kuta: Bunut Gardens, bunutgarden@yahoo.com Sedimen: Abian Ayu, lihatsawah@yahoo.co.id Lovina:Mandhara Chico, info@mandhara-chico-bali.com Jedzenie: Najtaniej zjemy w lokalnych barach typu warung, które choć wyglądają nieciekawie są zwykle bezpieczne (1-2 euro za porcję ryżu czy makaronu). W restauracjach jest drożej, ale obsługa jest na wysokim poziomie a jedzenie stuprocentowo bezpieczne -obiad od 3 do 10 euro za osobę. Przydatne linki: Ambasada Indonezji w Polsce: www.indonesianembassy.pl Polski portal o planowaniu wycieczek po Bali: www.go-bali.pl Angielskojęzyczne portale turystyczne: www.balitravelportal.com, www.baliblog.com, www.bali-accommodation.com.au, www.baliwww.com, www.bali-paradise.com
Autor: gagatka79 Zdjęcia: gagatka79
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
INDONEZJA

Stolica: Dżakarta Waluta: rupia indonezyjska (RP) Język urzędowy: indonezyjski Inne: angielski, niderlandzki, jawajski, lokalne języki etniczne

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line