Rezerwat Indian Hopi - Druga Mesa - pamiątkowe zdjęcie z naszym przewodnikiem
Najpiękniejsze to co jest do zobaczenia w USA to Parki Narodowe.
01.03.2010Pierwszym miejscem w tej części naszej wyprawy to Rezerwat Hopi. Ziemie plemienia Hopi na pierwszy rzut oka położone są na nagich niezbyt atrakcyjnych występach skalnych, ale pomimo że nie ma tu stałych strumieni to podziemne skały ułożyły się pod kątem który zapewnia niewielki, lecz ciągły dopływ wody. Są tu tez złoża węgla, które stanowią dla Hopi niewyczerpane zródło paliwa. Wierzeniami i i ceremoniami tego ludu od dawna fascynowali się przybysze z zewnątrz, ale na początku 20 wieku po tym jak jakiś reporter po odwiedzeniu rezerwatu błędnie zinterpretował ich wierzenia, postrzegając ich jako czcicieli Szatana wprowadzono zakaz fotografowania, kręcenia filmów i nawet robienia notatek. Zakaz obowiązuje do dzisiaj i jak się wjedzie na teren rezerwatu to można spotkać tablice informujące o tym w wielu miejscach. Rezerwat Hopi składa się z wielu wiosek, które są położone na pierwszej, drugiej i trzeciej mesie. Wiele z nich przetrwało w nienaruszonym stanie od setek lat. Pierwszym miejscem do, którego się skierowaliśmy to Hopi Cultural Center, które znajduje się na drugiej mesie. W centrum tym znajduje się małe muzeum kilka sklepów z wyrobami artystycznymi Hopi i restauracja, w której można zjeść tradycyjne potrawy tutejszych mieszkańców. Po odwiedzeniu muzeum i sklepów wstąpiliśmy do restauracji na lunch . Myśleliśmy że jest już po godz. 11 bo wtedy zaczynają tu podawać lunch ale się okazało, że na terenie rezerwatów jest inna godzina, Indianie Nawaho i Hopi nie zmieniają czasu na letni czy zimowy, przez cały rok mają taki sam czas. Ponieważ była godz. 10 a chcieliśmy spróbować tradycyjnych potraw pytamy się indiańskiej dziewczyny przy kasie co by tu można ciekawego zobaczyć w ciagu tej godziny czekania, a ona na to, że możemy zobaczyć wioskę, bo od ponad roku taki jeden Indianin oprowadza zainteresowanych po jednej ze starych, ciągle zamieszkałych osad. Rada plemienna postanowiła że najwyższy czas aby zacząć przyjmować turystów. Po otrzymaniu namiarów gdzie się mamy udać, ruszyliśmy w drogę. Dojechaliśmy na dość odludne miejsce pod wyglądający na całkowicie opuszczony parterowy budynek, i gdyby nie to że stał nie tak daleko posunięty w latach jakiś samochód to pewno byśmy nawet nie wysiedli żeby się rozglądnąć. Podeszliśmy więc pod okna aby kuknąć do środka bo nigdzie żadnych informacji dla turystów :) a tu nagle wyszedł potężny Indianin i przywital nas jakbyśmy byli jego najlepszymi przyjaciółmi. To był nasz przewodnik, który powiedział że nas z największą przyjemnością oprowadzi po jednej z wiosek. Musieliśmy zostawić nasz samochód na miejscu i jechać z nim jego samochodem. Pojechaliśmy do najwyżej położonej wioski na drugiej mesie. Nasz Indianin zaczął opowiadanie od najdalszej historii Indian Hopi, mówił po angielsku z mocnym akcentem jak my wszyscy emigranci, bo podstawowym językiem jest język hopi. Bardzo się ucieszył jak się dowiedział że my z Polski bo oni za Amerykanami nie przepadają. Do osady prowadziła bardzo kamienista droga, najważniejszym miejscem w wiosce, które znajduje się w jej centrum to bardzo duży prostokątny plac i tam pojechaliśmy w pierwszej kolejności. Na placu tym odbywają się rytualne tance, w ciągu lata codziennie w inne pory roku podczas weekendow. Indianie Hopi wszystkie problemy jakie tylko można sobie wyobrazić próbują rozwiązać za pomocą rytualnych tańców. Dookoła placu stoją parterowe ściśle przylegające do siebie domy wybudowane z kamienia, połatane w niektorych miejscach pustakami. Wzdłuż domów ustawione są ławki dla oglądających tance, miejsca do siedzenia są też na dachach wszystkich domów, dlatego nie są one zbyt wysokie żeby można było łatwo wejść na nie po drabinach. Tancerze - Kachina czyli tzw. wysłannicy duchów są zawsze zamaskowani i ubrani w przeróżne kolorowe stroje. Na tance te, ludzie z zewnątrz są bardzo rzadko dopuszczani, trzeba mieć pozwolenie o które można się starać w Hopi Cultural Center. Na tyłach prawie każdego domu znajdują się kamienne wolnostojące piece do pieczenia chleba i placków kukurydzianych. Oprócz tego w wiosce jest kilka dziwnych budynków do połowy wkopanych do ziemi. Wchodzi się do nich przez dach, nie mają one okien ani drzwi, jedynie okrągły otwór w dachu z wystającą drabiną po której schodzi się do środka. Są to miejsca spotkań i odprawiania różnych rytuałów, ale do środka nie wolno nam było wejść. W wiosce tej czuliśmy się jakby się czas cofnął, szkoda ze nie wolno nam było robić zdjęć. Nasz przewodnik zgodził się tylko na pamiątkowe zdjęcie z moim mężem. Po zwiedzeniu osady wróciliśmy do restauracji na obiad, składający się z kukurydzy grochu jakiegoś mięsa w sosie z ostra papryką, a na deser placki z miodem, wszystko nam bardzo smakowało.
Następnym punktem naszej wyprawy jest Canyon de Chelly National Monument. Canion de Chelly niepowtarzalną urodą dorównuje wielu parkom narodowym, jest jednak stosunkowo mniej znany, ponieważ znajduje się on na terenie Rezerwatu Navajo. Ziemie te mają ciągle wielką symboliczną wartość dla Nawahów mimo ze to nie oni budowali domostwa na ścianach wąwozu tylko przodkowie Indian Pueblo. Turyści mogą o obejrzeć kanion podczas przejażdżek wzdłuż kanionu, spoglądając w dół ze specjalnych punktów widokowych wyznaczonych na dwoch trasach. W głąb kanionu jest tylko jeden szlak prowadzący do jednej z naskalnych siedzib, który mażna samemu pokonać do pozostałych miejsc można się dostać tylko z indianskim przewodnikiem. Oczywiście postanawiamy zejść na dno kanionu na własną rękę. Szlak który jest dostępny bez przewodnika prowadzi do ruin budowli nazwanej White House Ruins, jej powstanie datuje się na 1200r. Szlak ten ma około 2 km. długości, zejście w dół jest bardzo przyjemne i stosunkowo łatwe, trochę gorzej z powrotem. Wyjście z jakiegokolwiek kanionu zajmuje zwykle od 2 do 3 razy więcej czasu i wysiłku, ale widoki wynagrodziły nam wszystkie trudy. Canyon de Chelly to naprawdę wyjątkowo ładne miejsce. Ponieważ kanion ten leży na terenie Rezerwatu Navajo, wszędzie można znalezć współczesne siedziby Nawahów. Mieszkają oni też na dnie kanionu i idąc do ruin mija się ich siedziby, co ciekawe mijając je każdy łapie za aparat myśląc że to starodawne zabytki, bo tak wyglądaj. Po podejściu bliżej widać dopiero tablice zakazujące fotografowania i informujące że to miejsca prywatne współczesnych mieszkańców. Chętnie byśmy zostali w tym parku trochę dłużej ale czas nas poganiał bo mielismy zaplanowany nocleg w Cortez do którego było kilka godzin jazdy, tak wiec chcąc nie chcąc udaliśmy się w dalsza drogę.
Cortez to miejscowość w odległym zakątku stanu Kolorado leżąca około 40 km od miejsca w którym stykają się cztery stany USA: Kolorado, Nowy Meksyk, Arizona i Utach. Miasto jest znane głownie z tego ze zapewnia nocleg podróżnym wybierającym się do Parku Narodowego Mesa Verde. Park ten jest jedynym parkiem narodowym w Stanach Zjednoczonych, który utworzono, by chronić znaleziska archeologiczne. Wstajemy bardzo wcześnie rano bo przed nami bardzo wypełniony dzień. Za nim się wybierzemy do Mesa Verde NP postanawiamy najpierw pojechać do Aztec Ruins National Monument. Ruiny te są oddalone około 90 km. od Cortez i nie mają nic wspólnego z Aztekami. Zostały tak nazwane mylnie przez jakiegoś pierwszego odkrywce w XIX w. i tak już zostało. Aztec Ruins to ruiny miasta zbudowanego około 1000 roku przez ( jak wszystkie inne w obrębie kilkuset kilometrow) przodkow Indian Pueblo. Indianie ci większość swoich miast budowali na pulkach skalnych, często bardzo trudno dostępnych, a tutaj miasto to jest na terenie dość płaskim. Niestety przez to zostało ono bardzo zdewastowane, przez napływających w te tereny nowych osadników w XIX i na początku XX w., używali oni kamień ze ścian do budowy swoich domów. Teraz to miejsce jest po ochrona, i pomimo dewastacji ciągle robi wrażenie. Miasto to zbudowane jest na planie koła, zamieszkiwane było przez około 300 rodzin. Wewnątrz koła jest plac na którym jest kilka okrągłych budynków - Kiva, do modlitw i spotkań plemiennych.
Następny nasz punkt programu to Mesa Verde National Park. Mesa Verde jest gęsto zalesionym płaskowyżem głęboko pociętym stromymi kanionami. Ziem tych nie zamieszkiwał nikt prócz przodków Pueblo, nikt tu też nie żył od XIII w. bo w tym to czasie Indianie Pueblo opuścili te tereny i przenieśli się na południe, tereny dzisiejszego Nowego Meksyku, który ich potomkowie zamieszkują do dziś. Pierwsi Pueblo przybyli do Mesa Verde w VI w. i osiedlili się na wierzchołku mesy. Po kilkuset latach opuścili siedziby na wierzchołku i zaczęli budować wielopiętrowe budynki oraz cale osiedla w skalnych niszach, wysoko ponad dnem kaniony. Park Mesa Verde obejmuje okolo 600 takich siedzib przeróżnych rozmiarów. Zwiedzić można tylko kilka z nich w tym te największe najbardziej okazale: Cliff Palace, Balcony Hause, Long House, Spruce Tree House. Spruce Tree House to jedyne ruiny które można zwiedzić za darmo i samemu, do pozostałych trzeba kupić bilet i zwiedza się je z przewodnikiem o wyznaczonej godzinie. My wybraliśmy Cliff Palace, ponieważ ruiny te to największe ze wszystkich zachowanych budowli przodkow Pueblo. Umiejscowione sa w niszy skalnej nad 30m urwiskiem. Przechodząc pomiędzy budynkami przez puste place, zaglądając w głąb kiva i spoglądając na wyblakłe malowidła, budzą się w człowieku refleksje nad tajemnicami zaginionego , a tak mało poznanego świata. Po opuszczeniu Cliff Palace jedziemy do Sprauce Tree House tu jest za darmo, ruiny mniejsze i po oglądnięciu poprzednich nie robią wrażenia, bardziej nas zainteresował szlak schodzący w głąb kanionu, który się tu właśnie zaczynał. Fajny szlak 4km. długości, tu się schodzi w dół kanionu a wychodzi się na powierzchnię niedaleko muzeum, koło którego mieliśmy zaparkowany samochód.
Nasza wyprawa zbliża się nieuchronnie do końca, ostatnim Parkiem Narodowym który odwiedzamy to Black Canyon of the Gunnison. Znajduje się on na terenie stanu Kolorado, okolo 400 w oddaleniu od Denver. Park ten składa sie z dwoch czesci: North Rim i South Rim. My jedziemy do czesci południowej. Obraz kanionu w pełni odpowiada jego ponuro brzmiacej nazwie. Rzeka Gunnison wije sie tutaj pomiedzy prawie całkowicie pionowymi czarnymi skałami, ktore wznosza sie na wysokosc 680 m. ponad grzmiaca rzeka. Miejsce to, to raj dla alpinistow, ktorymi niestety nie jestesmy no ale i tak jest tu wiele innych ciekawych rzeczy do zrobienia. Mozna np. zjechac na dno kanionu samochodem, co tez czynimy. Prowadzi tam droga East Portal Road, w ktora sie skreca zaraz po przejechaniu wjazdu do parku, jest ona czynna tylko w miesiacach letnich i jesiennych do pierwszych przymrozkow. Droga ta ma nachylenie 16% i składa sie z samych zakretow, a oprocz tego co kawałek sa znaki informujace o spadajacych odłamkach skał. Pomimo tych wszystkich zagrozen dojechalismy szczesliwie na dno kanionu, musielismy tam tylko poczekac z wyjazdem, bo nam sie hamulce przegrzały i stracznie smierdziało. :) Po wyjechaniu na powierzchnie udalismu sie na droge biegnaca wzdłuz krawedzi kanionu, jest tam wiele punktow widokowych. Najładniejszy z nich to Painted Wall, ładne miejsce ale nie dorownuje nawet troche Wielkiemu Kanionowi Kolorado. Jest to nasz ostatni wiekszy przystanek podczas naszej wyprawy. Jedziemy na noc do miasteczga Gunnison, rano udajemy sie do Denver.
Z Gunnison do Denver jest około 400 km. Myslimy, gdzie by sie tu jeszcze zatrzymac, bo mamy cały dzien, nasz samolot do Chicago odlatuje nazajutrz rano. Wybralismy dwa miejsca: Florissant Fossil Beds National Monument i Garden of the Gods w Colorado Springs. Florissant Fossil Beds National Monument to miejsce, w ktorym znajduja sie skamieniałe pnie olbrzymich sekwoi i ciekawe muzeum ze skamielinami. Zaliczylismy to w błyskawicznym tepie i udalismu sie do Colorado Springs. Jest to miejscowosc oddalona około 110 km od Denver na obrzezach ktorego znajduje sie niesamowity park - Garden of the Gods (Ogrod Bogow) Po wjechaniu do parku mozna poczuc sie jak w całkiem innym swiecie. Dookoła Colorado Springs widac Gory Skaliste a tu nagle wjezdzamy do parku w ktorym pietrza sie skały z czerwonego piaskowca, tworzac całkowicie basniowe ksztalty: spiczste iglice, skalne grzyby czy łuki. Zostalismy tu az do zachodu słonca, piekne miejsce na zakonczenie wyprawy.
Trzeba pamietać że na terenie rezerwatow można się poczuć jak w innym kraju. Ludzie ci mają swoją bardzo bogatą kulturę i tradycje z których są bardzo dumni. W wielu miejscach robienie zdjęć jest zabronione, trzeba się do tego dostosować, można poprosic o pozwolenie, to są bardzo mili ludzie zwykle pozwalają. Navajo i Hopi Nation mają wlasne ustalenia dotyczace czasu letniego, dlatego w przygranicznych miastach zegary mogą wskazywać rożne godziny, zależnie czy jest się w dzielnicy amerykanskiej czy na terenie rezerwatu.
Na terenach indiańskich rezerwatów tylko najgłówniejsze drogi są asfaltowe, wszystkie inne to drogi bite. Często są w bardzo złym stanie, piaszczyste albo bardzo kamieniste, dlatego najlepszym pojazdem do poruszania się po nich to jakiś samochód terenowy z napędem na cztery koła.
Na terenach indiańskich rezerwatów tylko najgłówniejsze drogi są asfaltowe, wszystkie inne to drogi bite. Często są w bardzo złym stanie, piaszczyste albo bardzo kamieniste, dlatego najlepszym pojazdem do poruszania się po nich to jakiś samochód terenowy z napędem na cztery koła.
Wstępy do parków narodowych USA kosztują zwykle około 10-25$ na cały tydzien. Można też wykupic tzw. roczną przepustkę do wszystkich parków narodowych na terenie USA, kosztuje ona 80$ To się najbardziej opłaca tym ktorzy lubią podróżowac, bo nigdy nic nie wiadomo gdzie was oczy poniosą. My np. kupujac przepustkę nie mielismy pojęcia, że zwiedzimy z nią 14 parków.
Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Przez cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotels-in-usa.net Hotele
- www.art-collecting.com Galerie
- www.museumsusa.org Muzea
- www.usatourist.com Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Cochsurfing - sposób na ...
Portale typu couchsurfing i hispitality club pozwalają na poznanie ludzi z całego… więcej
Planowanie trasy rajdu rowerowego ...
Kórędy jechać, jaki kierunek wybrać, gdzie szukać noclegów, czyli jak dobrze zaplanować… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

