okazje
Relacja z wizyt w dwóch południowoafrykańskich parkach: Pilanesberg i Krugera.
07.06.2011
Pocztówkowe stado żyraf przechadzające się leniwie na tle wielkiego czerwonego chylącego się ku horyzontowi słońca. Kreskówkowi bohaterowie ulubionego disnejowskiego filmu „Król Lew”. Wyrywkowe informacje zapamiętane jeszcze ze szkolnych lekcji geografii: sawanna - formacja trawiasta, na której występują nieliczne drzewa: baobaby, akacje… Są też zwierzęta i…tłumy turystów, którzy „zaliczają” obowiązkowy punkt każdej wyprawy do Afryki.
W poszukiwaniu „Wielkiej Piątki”
Takie były moje pierwsze skojarzenia na temat safari zanim wyjechałam do Afryki. Wyobrażenia mogę skonfrontować z rzeczywistością zaledwie kilkanaście godzin po wylądowaniu w RPA. Razem z Benem wyruszam z przedmieść Johannesburga: na północ w stronę Pretorii i dalej do Parku Pilanesberg.
Rezerwat Pilanesberg to jedno z najlepiej dostępnych miejsc, gdzie można podziwiać afrykańską „Wielką Piątkę”. Odwiedzających przyciąga jego bliskość – oddalony jest zaledwie trzy godziny od Soccer City, gdzie miał miejsce zeszłoroczny finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nie bez znaczenia jest też jego niezwykłe położenie – park mieści się w kraterze wygasłego wulkanu i sąsiaduje z luksusowym kompleksem Sun City, znanym w Europie z organizowanych tam kilkakrotnie konkursów Miss Świata.
„Wielka Piątka” wita mnie już jednak wcześniej - na lotnisku, przy kupowaniu wody. Najbardziej niebezpieczne ssaki kontynentu: nosorożec, słoń, lew, bawół i lampart zdobią bowiem południowoafrykańskie banknoty. Dopiero z czasem mam okazję zaobserwować, jak ważna w RPA jest „Wielka Piątka”. Nie sposób się przed nią ukryć. Jest wszędzie. Wspominał o niej każdy przewodnik turystyczny czy przyrodniczy, który miałam okazję trzymać w rękach. Opanowała też sklepy z pamiątkami. W jednym z nich, moją uwagę zwrócił zegar ze zdjęciami piątki zwierząt, pozostawionym pustym miejscem i podpisem „Wielka Szóstka”. W taki sposób każdy z nas może dołączyć do słynnego klanu. „Piątka” króluje również w rozmowach turystów. Każdy chciałby zobaczyć jak najwięcej zwierząt, dlatego licytacje w stylu: - Widziałeś już „Wielką Piątkę”? – Prawie, jeszcze nie miałem szczęścia do lamparta... - To powodzenia. Ja już mam komplet... - są na porządku dziennym. Niektórzy twierdzą, że podróży do Afryki bez „zaliczenia” „Wielkiej Piątki” nie można uznać za udaną. Czy faktycznie? Przyjmuję wyzwanie.
Niezłe początki
Pierwsze chwile na safari to wielkie przeżycie. Człowiek nie wie jak się zachować. Euforia miesza się z zakłopotaniem. Ekscytację wywołuje możliwość wjazdu do parku własnym samochodem – na co zresztą decyduje się większość turystów. W kasie parku dostajemy mapkę i krótki przewodnik. Uzupełniamy zapasy wody i ruszamy. Czujemy się jak odkrywcy. Po chwili następuje jednak konsternacja. Jesteśmy na safari, ale tak właściwie to co my mamy teraz robić? Na co zwracać uwagę? Właściwie nie wiemy jak zabrać się za szukanie zwierząt. Wydaje nam się, że słonia trudno przegapić, ale w przypadku zwinnego, stosunkowo małego geparda sprawa może być o wiele bardziej skomplikowana. Nie ma co ukrywać: gdy słyszymy angielskie cheetah, przed oczami większości z nas prędzej pojawi się obraz geparda Chestera - bohatera reklamy chrupek, niż żywego zwierzęcia.
Na przekór naszym obawom na pierwsze zwierzę nie czekamy jednak zbyt długo. Zaraz za bramami parku wita nas zebra. Dosyć specyficznie. Ślicznotka bardziej zajęta pałaszowaniem liści niż tym co się dzieje na drodze, wystawia w naszym kierunku swój pasiasty zadek. Śpieszę się z wyjęciem aparatu. Nie ma to jak dobre zdjęcie na dobry początek.
- Musimy opracować jakąś strategię – mówi Ben. Ty patrzysz w lewo, ja w prawo. Najtrudniej dostrzec koty. Pamiętaj, że polują w nocy, a dni spędzają na „nic-nie-robieniu”. Zakładamy, że najbardziej prawdopodobnym miejscem ich spoczynku będą zacienione miejsca pod drzewami. Wypatrujemy z całych sił. Lwów nie ma, ale chwilę później napotykamy pierwszego słonia i antylopę kudu.
Przy wodopoju
Wodopój to słowo klucz podczas safari. Woda przyciąga nie tylko spragnione zwierzęta, ale też spragnionych zwierząt turystów. Podążając tym tropem ustalamy naszą trasę wzdłuż zbiorników wodnych. Jest ich całkiem sporo, dlatego decydujemy się tylko na te największe.
Przy pierwszym jeziorze, do którego podjeżdżamy, jest wybudowany taras widokowy. Ogrodzony. Możemy spokojnie wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Teraz dopiero czuję jak jest gorąco. Z miejsca parkingowego na taras prowadzi kilkunastometrowa ścieżka. Wprawdzie jesteśmy za kratami, ale i tak czuję się nieswojo. Na tarasie jest kilka innych osób. Nikt jednak nie rozmawia na głos. Ewentualne uwagi są wymieniane szeptem. Panuje całkowite skupienie. Po chwili, po drugiej stronie jeziora dostrzegamy ledwo zauważalny szary „placek”. „Placek” leniwie przesuwa się w naszym kierunku. Wszyscy pełni nadziei odwracają głowy. Niestety. Hipopotam nie ma ochoty na bliższe spotkanie z nami i bez pożegnania ginie w czeluściach wody. Później okazało się, że było to jedynie skromne preludium do spektaklu, który nas czekał. Nagle zza wysepki na środku jeziora wychodzi młody słoń. Robi wokół siebie dużo zamieszania. Zamulona woda rozpryskuje się pod jego mosiężnymi nogami. Ale co to? Nasz maluch nie jest sam. Podąża za nim wesoła gromadka. Bawią się w najlepsze. Zanurzają się pod wodę. Machają ogonami. Oblewają nawzajem błotem. Trudno nam się skupić. Nie wiemy czy lepiej pstrykać zdjęcia czy podziwiać przedstawienie gołym okiem. Nasza wodna strategia popłaca z nawiązką.
Niestety, przy okazji następnego przystanku, emocji dostarczają nam nie zwierzęta, ale ścieżka schodząca w dół z drogi głównej. Koła naszego samochodu grzęzną w błocie. Próbujemy kilka razy wyjechać z powrotem na górę. Nic z tego. Koła się ślizgają. Ktoś musi popchać samochód.
- Wychodzenie z samochodu podczas safari jest surowo karane i przede wszystkim nieodpowiedzialne – tłumaczy nam później Stewart – pracownik parku. - Zwierzęta nie są w stanie stwierdzić, że człowiek w „żelaznym pudełku” i „zwierzę na dwóch nogach” to ta sama istota. W samochodzie jesteśmy bezpieczni, bo zwierzaki w parkach od urodzenia są przyzwyczajone do niegroźnych, poruszających się skrzynek. Jednak gdy widzą dwie nogi, wyssany z mlekiem matki instynkt podpowiada im, że może to być myśliwy ze strzelbą…
Tym razem nie mamy jednak innego wyjścia. Rozglądamy się wokół i sprawdzamy czy na pewno jesteśmy sami, szybko wysiadamy z samochodu i pchamy z całych sił. Potem ja siadam za kółko a Ben pcha. Mamy szczęście. Tym razem obędzie się bez wzywania pomocy. Jesteśmy uratowani!
Cierpliwość i szczęście
Safari nie jest sprawiedliwe. Jedni mają ogromne szczęście, inni godzinami mogą nie zobaczyć nic poza przydrożnymi krzakami. Wymaga to wielkiej cierpliwości. Ile w końcu można wpatrywać się w jeden przesuwający się punkt? Po pewnym czasie wszystko rozmazuje się przed oczami. Trudno nam cokolwiek dostrzec. Teraz wiemy, że nasz znajomy, który kilka tygodni wcześniej natknął się tuż przy drodze na samotnego lamparta był ogromnym szczęściarzem.
My niestety do tej grupy się nie zaliczamy. Jesteśmy w parku już od ponad sześciu godzin a do tej pory poza słoniami mieliśmy szczęście jedynie do antylop i guźców. Wszyscy, którzy wychowali się na „Królu Lwie” pamiętają z pewnością sympatycznego Pumbę. Trzeba przyznać, że w Parku Pilanesberg żyje spora liczba jego ziomków.
Na sam koniec czeka nas wielka niespodzianka. Czyżby duch parku wyczuł nasze zniecierpliwienie? Dziesięć? Dwadzieścia? Nie, musiało ich być więcej! Słonie! Całe stado olbrzymów! Panie, panowie, całe rodziny z dziećmi…Część z nich podeszła tak blisko, że nie mieściły się w kadrze mojego aparatu. Musieliśmy w końcu pozamykać okna, aby uniknąć bliskiego spotkania z ciekawskimi trąbami. Cóż z tego, że nie poszło nam z „Wielką Piątką”. Grunt, że uszliśmy z życiem spod nóg „Wielkiej Trzydziestki” – śmieję się pod nosem. Na pewno wszystko nadrobimy w Krugerze...
W poszukiwaniu „Wielkiej Piątki”
Takie były moje pierwsze skojarzenia na temat safari zanim wyjechałam do Afryki. Wyobrażenia mogę skonfrontować z rzeczywistością zaledwie kilkanaście godzin po wylądowaniu w RPA. Razem z Benem wyruszam z przedmieść Johannesburga: na północ w stronę Pretorii i dalej do Parku Pilanesberg.
Rezerwat Pilanesberg to jedno z najlepiej dostępnych miejsc, gdzie można podziwiać afrykańską „Wielką Piątkę”. Odwiedzających przyciąga jego bliskość – oddalony jest zaledwie trzy godziny od Soccer City, gdzie miał miejsce zeszłoroczny finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nie bez znaczenia jest też jego niezwykłe położenie – park mieści się w kraterze wygasłego wulkanu i sąsiaduje z luksusowym kompleksem Sun City, znanym w Europie z organizowanych tam kilkakrotnie konkursów Miss Świata.
„Wielka Piątka” wita mnie już jednak wcześniej - na lotnisku, przy kupowaniu wody. Najbardziej niebezpieczne ssaki kontynentu: nosorożec, słoń, lew, bawół i lampart zdobią bowiem południowoafrykańskie banknoty. Dopiero z czasem mam okazję zaobserwować, jak ważna w RPA jest „Wielka Piątka”. Nie sposób się przed nią ukryć. Jest wszędzie. Wspominał o niej każdy przewodnik turystyczny czy przyrodniczy, który miałam okazję trzymać w rękach. Opanowała też sklepy z pamiątkami. W jednym z nich, moją uwagę zwrócił zegar ze zdjęciami piątki zwierząt, pozostawionym pustym miejscem i podpisem „Wielka Szóstka”. W taki sposób każdy z nas może dołączyć do słynnego klanu. „Piątka” króluje również w rozmowach turystów. Każdy chciałby zobaczyć jak najwięcej zwierząt, dlatego licytacje w stylu: - Widziałeś już „Wielką Piątkę”? – Prawie, jeszcze nie miałem szczęścia do lamparta... - To powodzenia. Ja już mam komplet... - są na porządku dziennym. Niektórzy twierdzą, że podróży do Afryki bez „zaliczenia” „Wielkiej Piątki” nie można uznać za udaną. Czy faktycznie? Przyjmuję wyzwanie.
Niezłe początki
Pierwsze chwile na safari to wielkie przeżycie. Człowiek nie wie jak się zachować. Euforia miesza się z zakłopotaniem. Ekscytację wywołuje możliwość wjazdu do parku własnym samochodem – na co zresztą decyduje się większość turystów. W kasie parku dostajemy mapkę i krótki przewodnik. Uzupełniamy zapasy wody i ruszamy. Czujemy się jak odkrywcy. Po chwili następuje jednak konsternacja. Jesteśmy na safari, ale tak właściwie to co my mamy teraz robić? Na co zwracać uwagę? Właściwie nie wiemy jak zabrać się za szukanie zwierząt. Wydaje nam się, że słonia trudno przegapić, ale w przypadku zwinnego, stosunkowo małego geparda sprawa może być o wiele bardziej skomplikowana. Nie ma co ukrywać: gdy słyszymy angielskie cheetah, przed oczami większości z nas prędzej pojawi się obraz geparda Chestera - bohatera reklamy chrupek, niż żywego zwierzęcia.
Na przekór naszym obawom na pierwsze zwierzę nie czekamy jednak zbyt długo. Zaraz za bramami parku wita nas zebra. Dosyć specyficznie. Ślicznotka bardziej zajęta pałaszowaniem liści niż tym co się dzieje na drodze, wystawia w naszym kierunku swój pasiasty zadek. Śpieszę się z wyjęciem aparatu. Nie ma to jak dobre zdjęcie na dobry początek.
- Musimy opracować jakąś strategię – mówi Ben. Ty patrzysz w lewo, ja w prawo. Najtrudniej dostrzec koty. Pamiętaj, że polują w nocy, a dni spędzają na „nic-nie-robieniu”. Zakładamy, że najbardziej prawdopodobnym miejscem ich spoczynku będą zacienione miejsca pod drzewami. Wypatrujemy z całych sił. Lwów nie ma, ale chwilę później napotykamy pierwszego słonia i antylopę kudu.
Przy wodopoju
Wodopój to słowo klucz podczas safari. Woda przyciąga nie tylko spragnione zwierzęta, ale też spragnionych zwierząt turystów. Podążając tym tropem ustalamy naszą trasę wzdłuż zbiorników wodnych. Jest ich całkiem sporo, dlatego decydujemy się tylko na te największe.
Przy pierwszym jeziorze, do którego podjeżdżamy, jest wybudowany taras widokowy. Ogrodzony. Możemy spokojnie wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Teraz dopiero czuję jak jest gorąco. Z miejsca parkingowego na taras prowadzi kilkunastometrowa ścieżka. Wprawdzie jesteśmy za kratami, ale i tak czuję się nieswojo. Na tarasie jest kilka innych osób. Nikt jednak nie rozmawia na głos. Ewentualne uwagi są wymieniane szeptem. Panuje całkowite skupienie. Po chwili, po drugiej stronie jeziora dostrzegamy ledwo zauważalny szary „placek”. „Placek” leniwie przesuwa się w naszym kierunku. Wszyscy pełni nadziei odwracają głowy. Niestety. Hipopotam nie ma ochoty na bliższe spotkanie z nami i bez pożegnania ginie w czeluściach wody. Później okazało się, że było to jedynie skromne preludium do spektaklu, który nas czekał. Nagle zza wysepki na środku jeziora wychodzi młody słoń. Robi wokół siebie dużo zamieszania. Zamulona woda rozpryskuje się pod jego mosiężnymi nogami. Ale co to? Nasz maluch nie jest sam. Podąża za nim wesoła gromadka. Bawią się w najlepsze. Zanurzają się pod wodę. Machają ogonami. Oblewają nawzajem błotem. Trudno nam się skupić. Nie wiemy czy lepiej pstrykać zdjęcia czy podziwiać przedstawienie gołym okiem. Nasza wodna strategia popłaca z nawiązką.
Niestety, przy okazji następnego przystanku, emocji dostarczają nam nie zwierzęta, ale ścieżka schodząca w dół z drogi głównej. Koła naszego samochodu grzęzną w błocie. Próbujemy kilka razy wyjechać z powrotem na górę. Nic z tego. Koła się ślizgają. Ktoś musi popchać samochód.
- Wychodzenie z samochodu podczas safari jest surowo karane i przede wszystkim nieodpowiedzialne – tłumaczy nam później Stewart – pracownik parku. - Zwierzęta nie są w stanie stwierdzić, że człowiek w „żelaznym pudełku” i „zwierzę na dwóch nogach” to ta sama istota. W samochodzie jesteśmy bezpieczni, bo zwierzaki w parkach od urodzenia są przyzwyczajone do niegroźnych, poruszających się skrzynek. Jednak gdy widzą dwie nogi, wyssany z mlekiem matki instynkt podpowiada im, że może to być myśliwy ze strzelbą…
Tym razem nie mamy jednak innego wyjścia. Rozglądamy się wokół i sprawdzamy czy na pewno jesteśmy sami, szybko wysiadamy z samochodu i pchamy z całych sił. Potem ja siadam za kółko a Ben pcha. Mamy szczęście. Tym razem obędzie się bez wzywania pomocy. Jesteśmy uratowani!
Cierpliwość i szczęście
Safari nie jest sprawiedliwe. Jedni mają ogromne szczęście, inni godzinami mogą nie zobaczyć nic poza przydrożnymi krzakami. Wymaga to wielkiej cierpliwości. Ile w końcu można wpatrywać się w jeden przesuwający się punkt? Po pewnym czasie wszystko rozmazuje się przed oczami. Trudno nam cokolwiek dostrzec. Teraz wiemy, że nasz znajomy, który kilka tygodni wcześniej natknął się tuż przy drodze na samotnego lamparta był ogromnym szczęściarzem.
My niestety do tej grupy się nie zaliczamy. Jesteśmy w parku już od ponad sześciu godzin a do tej pory poza słoniami mieliśmy szczęście jedynie do antylop i guźców. Wszyscy, którzy wychowali się na „Królu Lwie” pamiętają z pewnością sympatycznego Pumbę. Trzeba przyznać, że w Parku Pilanesberg żyje spora liczba jego ziomków.
Na sam koniec czeka nas wielka niespodzianka. Czyżby duch parku wyczuł nasze zniecierpliwienie? Dziesięć? Dwadzieścia? Nie, musiało ich być więcej! Słonie! Całe stado olbrzymów! Panie, panowie, całe rodziny z dziećmi…Część z nich podeszła tak blisko, że nie mieściły się w kadrze mojego aparatu. Musieliśmy w końcu pozamykać okna, aby uniknąć bliskiego spotkania z ciekawskimi trąbami. Cóż z tego, że nie poszło nam z „Wielką Piątką”. Grunt, że uszliśmy z życiem spod nóg „Wielkiej Trzydziestki” – śmieję się pod nosem. Na pewno wszystko nadrobimy w Krugerze...
Autor: kasia.krasucka
Zdjęcia: kasia.krasucka
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.pl
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji
Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI
Stolica: Pretoria Waluta: rand południowoafrykański (ZAR) 1 ZAR = 100 centów Języki urzędowe: angielski, afrikaans oraz 9 innych: isiNdebele, isiXhosa, isiZulu, sepedi, sesotho, setswana, siSwati, tshivenda, xitsonga
Lokalny czas
GMT+1
Kiedy jechać
- Każdy czas jest dobry.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.south-african-hotels.com Hotele
- www.southafrica.info Info
- www.museumsonline.co.za Muzea
- www.flysaa.com Linie lotnicze
- www.southafrica.net Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wideo
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

