okazje

Moim celem w RPA jest Cape Agulhas, Przylądek Igielny, najbardziej na południe wysunięty przyczółek kontynentu afrykańskiego, miejsce spotkania dwóch Oceanów, Indyjskiego i Atlantyckiego. Tu kończy się Afryka.

13.06.2009

   Na dworcu kolejowym Cape Town, wyczytując z mojej mapy, że tory kolejowe biegną do Bredasdorp (ok.200 kilometrów od Kapsztadu) w pobliżu przylądka, proszę o bilet do tego miasteczka. Otrzymuję uprzejmą informację, że tam pociągi nie dojeżdżają. To może chociaż do Caledon w połowie drogi? Też nie. Mogę dojechać do Strand. Kilkadziesiąt kilometrów od Cape Town. A co potem, pytam? Są murzyńskie taksówki, pada odpowiedź. OK, why not? Kupuję za kilkanaście Randów bilet pierwszej klasy i za godzinę wysiadam w gorącym, pustawym miejscu. Łapię minibusika i pytam o Bredasdorp. Murzyn tylko łapie się za głowę. To chociaż do turystycznego Hermanus nad oceanem… Nie ma mowy. Może zawieźć mnie poza kursem, prywatnie, ale za 500 RSA (dzielimy przez 2,5 – 3 czyli niecałe 200 PLN). Chyba zwariował od upału.

   Łapię następną, to samo. Pytam więc jak mam się dostać do Hermanus (w połowie drogi nad Cape Agulhas), bo autobusy tu też nie kursują. Odpowiedź jest jedna. Autostop. Podrzucają mnie na główną drogę w kierunku na Caledon i Hermanus, życzą dużo szczęścia. Pewnie się przyda. Na kartce papieru mazakiem piszę wielkie „Hermanus” i w towarzystwie murzyńskiej rodziny machającej leniwie w stronę nadjeżdżających pojazdów wypatruję mojego zbawiciela.

   Już po 15 minutach zatrzymuje się ciężarówka. W szoferce aż czarno od ludzi, na pace jeszcze dwóch młodych, jeden Murzyn, jeden kolorowy. Kierowca, też mocno ciemny łamanym murzyńsko angielskim tłumaczy, że jadą gdzieś tam, ładują drewno a potem to już niemal do Hermanus. Super. Chłopaki pomagają wtaszczyć się z moimi dwoma plecakami na pakę i śmiejąc się wystawiają w górę kciuki. Ruszamy. Wyciągam kamerę by nakręcić szaloną jazdę i piękne widoki na góry zamykające turkusowo błękitną zatokę, ale tak trzęsie i wieje, że nie wiem, co łapać najpierw. Czapkę, „autostopowy” notes czy inne słabo przytroczone elementy mojego ekwipunku. Nagle przewraca się wiadro z rozpuszczalnikiem i resztami pomarańczowej farby. Cała jedna moja nogawka i kawałek plecaka zmieniają ubarwienie. Niezła jazda!  

   Jest jak powiedział kierowca, z paką załadowaną drewnem, przyklejony do szoferki (już tak nie wieje) docieram pod samo Hermanus. Natychmiast łapię murzyńską taksówkę (minibusika) i za 5 RSA (a nie 500) docieram na targowy ryneczek miasteczka. Jest kierunkowskaz: plaża i informacja turystyczna. Pełna kultura. Jeszcze większa w informacji. Pytam o najtańszą akomodację. Jest hostel Hermanus Backpackers, 95 RSA za nocleg w sali wieloosobowej. Murzyn dzwoni potwierdzając wolne miejsce i nieoczekiwanie cena spada do 80 RSA. Sama.

   15 minut spaceru gorącą małomiasteczkowo-turystyczną główną ulicą z knajpkami, sklepami, bankami, bankomatami a nawet kafejką internetową i docieram na peryferia, gdzie ulokował się (26 Flower Street, choć nigdzie nie ma nazwy ulicy, nawet pytana czarna policjantka nie zna tej nazwy, ale zna miejsce) hotelik z małym basenikiem w patio i nadzwyczaj serdeczną atmosferą.

   Lokuję się na moim wyrku, przepakowywuję plecaki i zmykam „na miasto”, czyli na słynną Cliff Path, kilkunastokilometrową ścieżkę biegnącą nad oceanem, z której w odpowiednim czasie, między czerwcem a listopadem, widać dziesiątki przepływających wielorybów, które przybywają tu, by się rozmnażać. Przy dużym szczęściu nawet w odległości do trzydziestu metrów. Jest to najlepsze miejsce na świecie do ich obserwacji. W połowie listopada, czyli w czasie gdy ja tu jestem (tutejsza wiosna, początek lata) wieloryby już odpływają. Ale i tak miałem szczęście zobaczyć kilka sztuk baraszkujących w błękitno-zielonych wodach Walker Bay (Ocean Atlantycki, z małą domieszką Indyjskiego). I ogarnęło mnie dziwne podniecenie, jak i grupkę turystów wypatrujących tych ssaków z małych platform widokowych rozlokowanych wzdłuż trasy, wynikające z odległego bądź co bądź spotkania z tymi niezwykłymi zwierzętami. Dźwięki wydobywane przez nie, przenoszone przez mikrofony usytuowane pod wodą przy bojach Zatoki Walkera, słychać w małym sympatycznym muzeum portowym. Inną atrakcją okolicy, na drugim końcu zatoki w Gansbaai, jest nurkowanie z rekinami. Kilkugodzinna przygoda kosztuje ok. 800 RSA. Opatulonego w piankowy ubiór płetwonurka delikwenta wsadza się do metalowej klatki, zanurza w oceanie, nęci się rekiny świeżym mięsem zanurzanym w okolicach klatki i… bliskie spotkania z podwodnymi drapieżnikami gwarantowane! Stalowa musie być nie tylko klatka, ale i nerwy…

   Kolację, nie, nie z resztek, które zostawił rekin, kupiłem w popularnej wśród kolorowej ludności taniej KFC, twister 20 RSA, i skonsumowałem na ławce z widokiem na wieloryby i ogromną zatokę.

   Szybkie śniadanie w cenie pobytu - płatki, zimne toasty, dżem, herbata z mlekiem – i już stoję na drodze wylotowej, w cieniu jedynego drzewa, do Bredasdorp, oczywiście z kartką z nazwą miejscowości. Dosłownie po kilku minutach zatrzymuje się pickup i podrzuca w 1/3 trasy. Teraz stoję w słońcu w Stanford. Krótko. Osobowa bryka zabiera mnie kolejne 50 kilometrów na drogę Caledon – Bredasdorp – L’Agulhas. Idzie jak z płatka. Ale wysiadam w szczerym polu. Tylko wielkie pola uprawne i góry w tle. Pięknie ale totalnie pusto. Ruch mniej niż umiarkowany.

   15 minut i siedzę na pace małego pickupa, który prowadzi mieszkaniec Cape Town, Wayne. Jadą z kumplem zabawić się na weekend (jest sobota) gdzieś nad ocean, ale po drodze chcą zaliczyć półwysep Cape Agulhas. Lepiej być nie może! Mimo świszczącego wiatru dociera do mnie zapach palonej trawki. Chłopaki już się bawią. Przez otwarte małe okienko skręt wędruje w moją stronę. Ups… W kolejnej wiosce dokupują piwo, popijają w szoferce i gnają dalej. Trzymam się coraz mocnej burt podskakującego na wybojach samochodziku.

   Uff, jest tablica miejscowości L’Agulhas. Przelatujemy między kilkoma małymi domkami rybaków, kilkudziesięcioma większymi letniskowymi, knajpkami i kilkoma b&b lotem błyskawicy, mijamy latarnię morską na cyplu i wpadamy na szutrowy twardy dukt. Chłopaki się drą: Witamy w najbardziej na południe wysuniętym punkcie Afryki! I gnają dalej. Jeszcze 800 metrów i w tumanach kurzu zatrzymujemy się na małym parkingu. Stoi kilka samochodów. Autokarów, jak na Cape of Good Hope, nie widać. Teren jest już od jakiegoś czasu niemal płaski. Nie ma spektakularnych klifów. Ale ocean, a właściwie tu już na pewno, geograficznie potwierdzone, dwa oceany, przepiękne. Kolor zachwycający. Potężne białe fale rozbijają się o kamieniste wybrzeże. Błękitne niebo nad głową. Wita nas obelisk informujący w języku afrikaans i angielskim „U is nou op die mess suidelike punt van die vasteland van Afrika – Kaap/Cape L’Agulhas – You are now at the southern-most tip of the continent of Africa”.

   Zbieram jeszcze urodzinowe życzenia od moich kompanów podróży, no tak, bo to właśnie tu wymyśliłem sobie świętować ten dzień i rozstajemy się wymieniając uściski dłoni i telefony. Chłopaki gnają dalej, ja otwieram małe południowo-afrykańskie wino i zaczynam swoje urodziny.

   Wracam do wioski na piechotę w poszukiwaniu spania. No i tu problem. Bed and breakfast jak na lekarstwo, wszystkie zajęte. Budujące jest to, że wszyscy pytani ludzie, nawet w prywatnych domkach natychmiast łapią za telefon i dzwonią do znajomego b&b czy innego miejsca. Nie ma nic. Weekend. Podsuwają mi drogi, ale być może wolny gest house „Tip of Africa”. Jest wolny pokój, łóżko kosztuje 350 RSA. Zdecydowanie przekracza to mój budżet. Ale widzę po minie właścicielki, że się potargujemy. Staje na 250. Za pokój. Z widokiem na ocean i śniadaniem nie do przejedzenia. Postanawiam zostać tu kilka dni, w spokoju popracować nad tekstami i zdjęciami, cena po długich targach spada do 150 RSA za noc. Rewelacja.

   To mogę zaszaleć na urodziny. Idę do smażalni ryb naprzeciwko „L’Agulhas Seafood” gdzie za 40 RSA dostaję znakomitą świeżą lokalną rybę Yellow Tie (w całości leżąca w lodzie ma z półtora metra długości) i piwo. Na deser w sklepiku obok lody (rożek 10 RSA) i ciasteczka wypieczone przez którąś z tutejszych babć (20 RSA). Herbata w termosie. Tak zaopatrzony wracam na Cape Agulhas, by przy zachodzącym słońcu pogadać z kormoranami siedzącymi na szczytach skał i podziwiać wędkarzy walczących z morskimi falami.

   Następnego dnia robię długi spacer plażą, często piaszczystą, do portu w sąsiedniej wiosce Struisbaai, gdzie chmara czarnych dzieciaków kąpie się robiąc radosny harmider. Bardzo chętnie pozują do zdjęć śmiejąc się w niebogłosy, gdy na wyświetlaczu aparatu pokazuję im ich twarze.

   Derick, właściciel „Tip of Africa”, przewodnik turystyczny i myśliwy, zabiera mnie swoim landcruiserem na wycieczkę po Cape Agulhas National Park, którego jest członkiem. Wspinamy się autem piaszczystą drogą na szczyt pobliskiego wzniesienia z którego widać całą okolicę z jednej i oceany z drugiej strony. Widać stąd największy zbiornik słodkiej wody w tym rejonie RPA, jezioro Soetendals Vlei, nad którym gromadzi się ocalała w tym rejonie, a kiedyś nadzwyczaj liczna zwierzyna (ostatniego hipopotama odstrzelono tu ok.1820 roku). Derick pokazuje wydmowe tereny gdzie mieszka plemię Khoi Khoi i opowiada o liczących po 50 osób rodzinach zamieszkujących tereny nadmorskie, zajmujących się hodowlą, rybołówstwem i łowiectwem. Nieco głębiej w ląd osadowili się San Songna, buszmeni przybyli z innych rejonów Afryki, chodzący na polowania nad pobliskie jezioro. Opowiada o planach rozbudowy Parku i sprowadzeniu zwierząt, które kiedyś zamieszkiwały te treny. Pokazuje wyjątkowo fotogeniczny wrak statku sterczący tuż przy brzegu, którego pijaną załogę w całości wyłowiono, natomiast tony mrożonego tuńczyka poszły rekinom na pożarcie. Zawozi na długą, 28 kilometrową piaszczystą białą plażę  w Struisbaai na skraju której stoją samotnie dwa krzyże zasypanych piaskiem grobów, pokazuje stare domki rybackie i nowe osiedle deweloperskie, budowane według ludowych wzorców, gdzie kształty domów przypominają te tradycyjne, rybackie. Kończymy wieczór snując przy lokalnym winie opowieści (opowiada Derick, ja słucham) o Botswanie czy Namibii, gdzie z chęcią zabiera swoich znajomych, zwolenników off-road’u.

   Jeszcze wizyta w latarni morskiej (wstęp łącznie z małym muzeum 15 RSA) w której usadowiła się niewielka restauracja i kawiarnia w jednym (danie dnia 35 RSA), w pobliskiej galerii z tysiącami pamiątek z Cape Agulhas gdzie można również wypić kawę i zjeść świeże ciacho (15 RSA) i u sąsiedniego malarza, który swoje marynistyczne dzieła wystawia przed czyś co jest skrzyżowaniem chaty z małym pawilonem i czas wyruszać do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Arniston. Jest to wioska pełna białych, krytych (głównie) strzechą chat rybackich, którą w całości uznano za zabytek.

   Oprowadza mnie po osadzie i okolicy Jacoba, rejestrowany przewodnik, w której bed & breakfast „Die Opstal” (150 RSA za noc) zamieszkałem. Ale najpierw jedziemy aż za Bredasdorp, do jej rodzinnej farmy niemieckiej familii Human, jednego z pierwszych, założonego w 1750 roku, osadniczego gospodarstwa w tym rejonie. Całe tereny Overbergu wokół Bredasdorp to ciągnące się w nieskończoność pola uprawne czy hodowle bydła i owiec, w tym sławnych merinosów. Wracamy do miasta, gdzie Jacoba zostawia mnie w ulokowanym w dawnym kościele Shipwreck Museum (wstęp 10 RSA). Tu oprócz niezwykłych zbiorów powstałych ze skarbów wydobytych z licznych rozbitych o skały tutejszego wybrzeża statków zobaczyć można wnętrze domu z epoki kolonializmu czy ogród z potężnym fiskusem, którego część korzeni zwisa swobodnie  z gałęzi gęstymi splotami, by pobierać wodę z powietrza. Zawozi następnie do kilku miejsc w których produkuje się i sprzedaje fantastyczne afrykańskie wyroby, pięknie i niezwykle fantazyjnie malowaną ceramikę, niestety dosyć drogą, bo duży talerz na owoce to koszt rzędu 400 RSA, kubek do kawy czy herbaty 50 RSA. Zaletą tych miejsc jest również to, że tak jak w Intshiba Crafts, zatrudnia się tu bezrobotnych Afrykańczyków, którzy często sami tworzą nowe, niezwykłe wzory, często zaczerpnięte z głębokiej tradycji lub z trafnej obserwacji otaczającej ich współczesnej rzeczywistości. Artystyczną trasę kończymy w usytuowanej w pofabrycznej hali, wyjątkowej w swoim wystroju wnętrza wytwórni ręcznie zdobionych świec Kapula Candles. Spacer między dziesiątkami regałów i tysiącami wielobarwnych świec o niezwykłych kompozycjach do których kupić można również ceramikę o tym samym wzorze, to uczta dla oczu ale i nosa, bo zapachy roztaczane przez zapachowe świece to osobny rozdział. Z głośników sączy się afrykańska, taneczna muzyka a mały kolorowy barek zaprasza do wypicia (oczywiście bajecznie zdobionej) filiżanki kawy. Trudno się oprzeć. 7,50 RSA.

    Po zrobieniu zakupów w Bredasdorp (w Arniston jest tylko jeden krótko otwarty, za to drogi sklep) wracamy do wioski, gdzie Jacoba wprowadza mnie do kilku malowniczych, acz biednych chat rybaków, głównie przedstawicieli ludu Khoi Khoi. Pozwalają się fotografować, ale często za drobną opłatą (uznają tylko wypłatę w banknotach, drobne typu 5 RSA ich nie interesują).

   Główną atrakcją miejsca są nadbrzeżne groty, do których dostać można się tylko podczas odpływów. Jako, że takowy mamy następnego dnia około siódmej rano, umawiamy się na wczesną pobudkę. Wycieczka malowniczym klifowym wybrzeżem, pełnym urwisk, zatoczek, mniejszych grot i morskich skał, o które z hukiem rozbijają się oceaniczne fale kończymy w otwartej przez odpływ potężnej, dwukomorowej jaskini. Widok z wnętrza na ocean z jednego otworu a na wybrzeże z drugiego, poprzez fontanny rozbryzgujących się fal jest niezapomniany. Jacoba namawia mnie na mały trawers wzdłuż ścian klifu, nad zalewanymi wodą skałami, by zajrzeć do groty od strony otwartego oceanu. Jako, że nasza wycieczką na skutek nieustających opowieści Jacoby zafascynowanej tutejszym krajobrazem, żyjątkami i roślinnością przedłużyła się znacznie, nastający przypływ spowodował, że tą część trasy wykonaliśmy już z wodą w butach. Ale zdecydowanie warto było mimo oceanicznych fal wlewających się swoimi rozbryzgami już nawet za kołnierz!

  

Jerzy Pawleta

www.jpfoto.pl

Cape Agulhas, RPA

  

Linki:

www.capeagulhasbackpackers.com – Backpackers w Struisbaai, Cape Agulhas

www.agulhassouthafrica.co.za – pensjonat “Tip of Africa”, L’Agulhas, Cape Agulhas

www.deadduck.co.za/ads/opstal - b&b “Die Opstal” Jacoba Human, Arniston

www.kapulacandles.com – wytwórnia świec Kapula, Bredasdorp

Autor: jp
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI

Stolica: Pretoria Waluta: rand południowoafrykański (ZAR) 1 ZAR = 100 centów Języki urzędowe: angielski, afrikaans oraz 9 innych: isiNdebele, isiXhosa, isiZulu, sepedi, sesotho, setswana, siSwati, tshivenda, xitsonga

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Dla natury
  • Dla kultury
  • Dla różnorodności

Kiedy jechać

  • Każdy czas jest dobry.

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line