Riwiera Majów w kolorze turkusu.
16.12.2008Eksplorując półwysep Jukatan - wyczuwa się tutaj lekką "odrębność". Mieszkańcy szczycą się miejscem pochodzenia, sytuacja lekko przypomina tutaj - Kanadę z prowincją Quebec, która kompletnie różni się od reszty państwa. Na domach, restauracjach i samochodach - często dostrzegam wywieszoną flagę Yucatanu z kolorami typowymi dla krajów karaibskich - lekko nawiązującą do barw Kuby czy Puerto Rico.
Mknąc dobrą autostradą, o dziwo nie zatrzymywani przez patrole wojska - docieramy późnym popołudniem do stolicy stanu Yucata - Meridy. Znalezienie tutaj hotelu nie zajmuje dużo czasu, pierwszy z listy w przewodniku - ma wolne pokoje. Miejsce na nocleg bardzo jest przyjemne, budynek w stylu kolonialnym w pastelowych kolorach, a na ścianach murale i malowane kafelki - tak dobrze znane z Portugalii. Zostawiamy bagaże i szybko ruszamy w miasto. Merida ma ciekawą historię, kiedyś stanowiła ośrodek kultury Majów - przed najazdem konkwistadorów. W 1542 roku po opanowaniu prawie całego terytorium, Francisco de Montejo założył Meridę - na gruzach Tiho miasta Majów, które ze swoimi kamiennymi budowlami łączonymi wapienną zaprawą miało przypominać zdobywcom zabytki rzymskie.
Większość hoteli mieści się blisko głównego placu i po chwili byliśmy na Plaza Mayor. Plac ten otaczają jedne z najpiękniejszych w mieście budynków z czasów kolonialnych, szczególną uwagę przyciąga Palacio Minicipal zwieńczony wieżą zegarową. Budynek ma swoje lata, zbudowany był w 1542 roku, a w XIX wieku został przebudowany. Pobliski Palacio de Gobierno, czyli miejsce - gdzie siedzibę ma rząd stanu Yukatan, nie ustępuje urokiem reszcie budynków, a co najważniejsze wszystko w tonacjach pastelowych i czystej bieli. Środek placu to równiutko przystrzyżone drzewa laurowe, pod którymi siedzą mieszkańcy, co zabawne - zawsze :).
Meksykanie to zabawny naród, potrafią tak przesiedzieć pół dnia lub cały dzień, obserwują otoczenie, zagadują do znajomych i tak mija czas. Kiedy pojawi się jakiś turysta wszyscy milkną i przyglądają się bacznie - dziwne uczucie, do którego trzeba przywyknąć. Nie omieszkaliśmy też posiedzieć trochę pod drzewkami, które w dzień chronią przed promieniami słońca. Doczekaliśmy do zachodu słońca - miasto podświetlane jest lampami, przez co - klimat miejsca zrobił się niesamowity :). Kolory ociepliły i wyeksponowały fasady budynków, a delikatne oświetlenie pod łukami - schowało resztę domów i przemykających w różne strony ludzi. Trochę bajkowo, ale to oczywiście zależy od nastroju obserwatora, który warto „osłodzić" - dobrym mojito.
Jak to bywa w krajach latynoskich, życie zaczyna się po zmroku. Plac powoli zaczął zapełniać się ludźmi... W tle gra muzyka, gwar rośnie z minuty na minutę, restauracje pełne gości... po prostu bajka. Większość atrakcji i pięknych budynków z czasów świetności królestwa Hiszpanii znajdziemy w obrębie ulic Calle 60 i 62, uwagę przyciągają malutkie parki i restauracyjki, warto powchodzić do bram i na małe podwórka - architektura i styl pozostaną na długo w pamięci. Po długim wieczorze pora przyszła na nocleg.
Rano znalazł się czas na małą sesyjkę fotograficzną w świetle dnia. Po południuszyliśmy na północ do małej mieściny rybackiej Progresso, upał mocno dawał się we znaki i na miejscu szybko schrniliśmy się w knajpce przy głównej promenadzie miasta. Lokale znajdują się koło siebie i są bardzo podobne do siebie. Nie musę wspominać, że smakosze owoców morza - będą na pewno zachwyceni. Powinienem przywyknąć do widoku turkusowego morza, ale za każdym razem ten kolor mnie hipnotyzuje i tak było w tym przypadku. Jeszcze do tego dochodził murek odgradzający główny deptak od ulicy - w tym samym kolorze. Jedno wspomnienie będzie na zawsze - turkusowe miasteczko :). Jedynie brak zieleni i palm zaburzał ten rajski nastrój. W morze wchodziło bardzo długie, ponad sześciokilometrowe molo, widok niecodzienny, wyglądem przypominało to akwedukt. A wszystko to, przez tak zwany szelf jukatański, który obniża się stopniowo. Budowa mola, właśnie - przez to zjawisko - została wymuszona - inaczej dostęp do głębokiej wody byłyby bardzo trudny. Wyglądaliśmy trochę dziwnie - jako jedyni ludzie na plaży. Palące słońce i brak osłony przed nim, odstraszało ludzi przed opalaniem i kąpielami. Podobno miasteczko ożywa dopiero w weekendy, kiedy zjeżdżają się tutaj mieszkańcy Meridy spragnieni wody i odpoczynku. Poza tym miasto można przejść w kilkanaście minut i nic ciekawego tu nie znajdziemy.
Pozostało zebrać się i ruszyć drogą na zachód w stronę San Fellipe, droga prowadziła wzdłuż morza i po naszej lewej stronie rozciągała się jedna niekończąca się biała plaża z tym niesamowicie turkusowym morzem! Co za widoki, a do tego nie było żywej duszy. Ale plaży chwilowo mieliśmy za dużo.
Z San Felipe odbiliśmy na Rio Lagartos - małej rybackiej wioski, gdzie zajechaliśmy do jednej z przystani. Tam kilka minut targowaliśmy się - o cenę wynajęcia łódki z przewodnikiem. Zabraliśmy tylko aparaty i ruszyliśmy z rykiem silnika w stronę majaczących się w oddali drzewek rosnących gdzieś na wodzie. Po kilku minutach nie było już widać lądu, a my pruliśmy bardzo szybko, nie było kapoków - co nawet nie dziwiło mnie, w końcu to Meksyk :). Woda dookoła była mętna, w kolorze jasnej zieleni, po kilku minutach horyzont zmienił kolor na różowy, a to oznaczało, że przed nami znajdują się stada flamingów, podpłynęliśmy siłą rozpędu na wyłączonym silniku - na tyle blisko, żeby nie spłoszyć tych komicznych ptaków. Sesja zdjęciowa zajęła trochę czasu, a nasza obecność w końcu wystraszyła stada i większość zerwała się do lotu - co było samo w sobie niesamowitym widokiem. Nasz przewodnik popłynął teraz w stronę gęstych zarośli wystających z wody, musiał odpychać łódź mocno wiosłem - prawdziwe tropikalne chaszcze, zapuściliśmy się naprawdę daleko. Po chwili Meksykanin wykonał ostry zamach wiosłem i przywalił coś w wodzie, a po sekundzie na wodę wyskoczył wielki łeb aligatora! Kilka centymetrów od naszej burty :). Zrobiło się małe poruszenie i w okolicy ujawniły się jeszcze śpiące do tej pory zwierzęta. Po małej przygodzie – z podwyższonym poziomem adrenaliny - wróciliśmy na środek wody i tutaj przeżyłem chyba największą komiczną sytuację jaką miałem w całym swoim podróżniczym życiu. Przewodnik wysiadł z łodzi !!! I co się okazało, że woda sięga ponad kostki, a my cały czas przekonani byliśmy, że jesteśmy na głębokim morzu. Przez kilkanaście minut nie mogliśmy opanować śmiechu. Oczywiście, w całym tym podnieceniu związanym z wypłynięciem - zignorowałem kilka znaków świadczących o tym, że było płytko, przecież nasze flamingi też chodziły po wodzie :). Ale co tam, było zabawnie i o to chodziło. Humor sytuacyjny trwał dalej, zostawiliśmy łódkę i poszliśmy po wodzie na spacer po okolicy :). Jak to abstrakcyjnie wyglądało hehe. Nasz rybak pochylił się, poszukał czegoś w wodzie i po chwili wyciągnął coś co nazwał - "karaluchami morza". Powiedział, że stwory te, żyjące tutaj, w swoim naturalnym środowisku, pozostały niezmienione w swojej ewolucji - od czasów dinozaurów! Nie wiem jak to sklasyfikować, ale podobne to było do ... niczego wcześniej mi znanego, coś jak płaszczka z pancerzem, lub może jak pancernik z długim ogonem; od spodu zwierzątko miało masę nóżek – ogółem mówiąc - stworek jak z "Obcego".
Wróciliśmy ubawieni do portu, zaparkowaliśmy przy lokalnej restauracji, gdzie ugoszczono nas owocami morza, a było to na tak pyszne, że kolega pracujący w biurze podróży od razu zarekomendował to miejsce swoim gościom. Przez chwilkę rozpatrywaliśmy opcje pozostania na noc, ale szkoda nam było słonecznego dnia na powrót i dopięliśmy swego - docierając późno w nocy do Playa del Carmen.
Przez następnych kilka dni byczyliśmy się na plaży i w knajpach, taki "intensywny wczynek" przyda się bardzo po miesiącach pracy. Zwykle zabieraliśmy wygodne leżaki i wieczorkiem zanosiliśmy je nad morze, potem szliśmy do "źródełka" po kilka piw i uskutecznialiśmy pogawędkę o życiu - przy księżycu i szumie fal... Pewnego razu w trakcie takie relaksowania przemaszerował przed nami oddział wojska w rynsztunku bojowym z bronią w rękach, pozostało pomachać, a na propozycję poczęstunku piwem dowódca zbeształ chętnych żołnierzy :). To regularne patrole szukające szmuglerów narkotyków i nie jest to widok dziwny i rzadki, armia w Meksyku jest wszędzie i należy do tego przyzwyczaić się.
Jak to w życiu, nie wszystko układa się idealnie i na kilka dni przed wyjazdem z naszego "raju" kolega rezydent - miał wypadek samochodowy swoim garbusem. Z ulicy prostopadłej wyjechał na niego potężny pick up policyjny, na szczęście trafił w drzwi od strony pasażera, gdzie nikogo nie było, wyglądało to na prawdę groźnie. Kolega wyszedł cało, ale z połamanymi żebrami :(. Tutaj zaczyna się ciekawa historyjka z lokalną służbą zdrowia, kiedy trzeba było zgłosić się na przegląd po wypadku, skierowanie na prześwietlenie okazało się niesamowitym przeżyciem, po pierwszym rentgenie - zdjęcie nie wyszło, trzeba było powtórzyć, następne też nie wyszło, przy trzecim – również!!! A na czwarte kolega się nie zgodził :) – zbyt duża dawka promieni jak na jeden dzień :). Pozostało pojechać do Cancun, do prywatnej kliniki, gdzie za sporą opłatą zrobiono wszystko jak trzeba. Kontuzja na szczęście - nie wyeliminowała naszego ziomka z życia towarzyskiego.
Pora była ruszyć na południe i wynajętym wozem udaliśmy się do słynnego miasta Majów – Tulum, w rejonie potocznie nazywanym "Maya Riviera". Staraliśmy się dotrzeć tam – wcześnie rano, tak żeby wyprzedzić załadowane turystami autokary z Playa del Carmen i Cancun. Miejsce to, ze względu na położenie blisko tych kurortów - jest celem zmasowanych wypraw turystów. Zaparkowaliśmy na prawie pustym parkingu, co wróżyło - że dotarliśmy na miejsce - jako pierwsi. Przejście przez kasy biletowe i drogie sklepy z pamiątkami zajęło chwilkę, potem został do pokonania spory kawałek na piechotę, ale opłaciło się. Tulum to bardzo dobrze zachowane miasto Majów, budowle z kamienia rozciągają się na niewielkiej przestrzeni, ale ... miejsce, w którym jest umiejscowione "powala na kolana". Miasto zbudowano na skałach, łagodnym klifie z piaskową plażą z widokiem na turkusowe morze. Po chwili wiedziałem, że jest to numer jeden – wśród widoków, jakie do tej pory widziałem w Meksyku. Palmy wyrastające obok kamiennych budowli z kontrastującym tłem morza - to widoki, gdzie człowiek stoi jak zaczarowany...
Największą budowlą jest wieża strażnicza nazwana El Castillo, kształtem przypomina troszkę pomniejszoną piramidę - jaką widzieliśmy w Chichen Itzy. Obok, po lewej stronie wyrasta Świątynia Zstępującego Boga, wyglądająca jak kwadratowy domek na podeście ze schodami. Po prawej stronie, znajduje się Świątynia Początkowej Serii, która wyglądem nie odstaje od pozostałych budowli. Ze względu na ilość turystów odwiedzających to miejsce i obawę o zniszczenia jakie mogą spowodować, prawie wszystkie świątynie i budowle ogrodzone są linkami z zakazem wchodzenia. Ciekawą atrakcją są ... iguany, które wylegują się na kamieniach i na ziemi, dlatego warto często zerkać pod nogi :), nie ze względu na niebezpieczeństwo - tylko na przegapienie dobrego zdjęcia :). To wiem na swoim przykładzie, że zaczarowany widokami szedłem nie patrząc pod nogi i tylko alarmujący krzyk znajomych zatrzymał nie w miejscu, pod nogami miałem ogromną Iguane, kilka centymetrów i potknąłbym się i przewrócił :). Dzięki temu miałem świetną sesję zdjęciową z gadem. Przyznam się, że latałem z aparatem jak oszalały, przez to zgubiłem moich znajomych, którzy oddalili się w tym czasie. Tutaj wychodzi zgranie ekipy, nolnie nie powinno to mieć miejsca i bardzo mnie to zdenerwowało, szukanie zajęło mi kilkanaście minut, znalazłem ich w końcu pzy wyjściu. Może ten fakt zostałby zapomniany, gdyby nie to, że mieli przy sobie mój plecak z czapką i wodą! Słońce dokonało sporych spustoszeń na mojej "łysej" głowie i ślady poparzeń mam do dzisiaj :(. Przez wyjściem z Tulum warto poczekać na dość popularną atrakcję - Voladores czyli - Indian opuszczających się z 30 metrowego słupa - na linach głową dół, kręcąc się jak na karuzeli. Niezłe widowisko!
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w kilku malutkich wioskach na południe od Playa del Carmen i znaleźliśmy sporo bardzo tanich domków pod wynajem, zrobione na modłę meksykańską w kolorach pastelowych z wszechobecnymi hamakami, gdzie drzwi wychodzą na plaże, a do turkusowej wody tylko kilka kroków. To jest alternatywa dla zapełnionych drogich hoteli w większych miastach.
Następny dzień to powrót w okolice Tulum, tylko tym razem na cały dzień, cel wyprawy to Sian Ka. Jest o miejsce, gdzie rząd Meksyku utworzył ogromny rezerwat biosfery, wszystko to na wybrzeżu z tropikalną puszczą, mokradłami i malutkimi wysepkami. Patrząc na mapkę jaką dostaliśmy na miejscu - wyglądało to jak Disneyland :). Znajdziemy tutaj wszystko, od motyla, przez aligatora po pumę. Po godzinie wiedziałem, że jeden dzień to za mało. Zmyślne ścieżki prowadzące przez dżunglę z ruinami budowli Majów, sprawiło - że czuliśmy się jak Indian Jones :). Można tu popływać łodzią, kajakiem lub ponurkować. Jest to egzotyka w tropikach w pigułce. Warto tutaj przenocować i spędzić kilka dni, a to wersja dla tych, co wolą aktywny wypoczynek - oczywiście - piękne plaże też czekają :)...
Przedostatni dzień naszego pobytu to wizyta na wyspie Cozumel, gdzie zabrał nas turbo szybki prom z molo w Playa del Carmen. Na miejscu przy wyjściu znowu przywitała nas grupa żołnierzy z bronią, wyglądało to jak strefa zmilitaryzowana :). Małe miasteczko San Miguel de Cozumel to zbyt komercyjne miejsce, jakby filia Cancun, wszystko nastawione na przemysł turystyczny i nurkowy. Mając trochę czasu zaokrętowaliśmy się na małą łódkę ze szklanym dnem i popływaliśmy po rafie, każdy skorzystał z opcji snorkingu i przez godzinkę oglądaliśmy rybki i roślinność pod wodą, jak dla mnie żadna ciekawa atrakcja i jedynie prawdziwe nurkowanie z butlą dostarczy sporo wrażeń. Po drugiej stronie wysepki znajdują się tylko plaże, co może zadowolić sporo ludzi, którzy zdecydowali się mieć bazę wypadową na Cozumel. Nad jedną rzeczą boleję bardzo - z lotniska na wyspie startują rano samoloty z jednodniową wycieczką do ... Hawany! I gdybym o tym wiedział...
Następnego dnia pakowanie i wyjazd na lotnisko w Cancus, gdzie w malutkim porcie lotniczym oczekiwaliśmy na lot do stolicy Meksyku, gdzie mieliśmy przesiadkę do Playa del Carmen nad Pacyfikiem. Mogłem zostać na Jukatanie, ale ciekawość nowych miejsc wygrała.
Rio Lagartos jest to Rezerwat Dzikiego Ptactwa. Nazwa pochodzi od - "lagarto", czyli – aligator. Jeśli wynajmiemy łódkę na dłuższy czas i wypłyniemy z przewodnikiem na poszukiwanie aligatorów – z pewnością je spotkamy. Można tu też zobaczyć spore kolonie różowych flamingów, pelikany, ibisy, orły i wiele innych gatunków ptaków. Dla mnie największą atrakcją były "karaluchy morza" - skorupiaki, które przetrwały do dzisiaj w niezmienionym kształcie od czasów dinozaurów.
W Meridzie - od 1987 roku odbywa się memoriał Carlosa Torre Repetto, poświęcony pamięci meksykańskiego szachisty. Obecnie turniej należy do najsilniej obsadzonych cyklicznych rozgrywek w Ameryce Północnej.
Nurkowanie i snurkowanie dla każdego. Firm oferujących tego typu usługi jest bardzo dużo i można spokojnie przebierać w ofertach.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Meksyk Waluta: peso meksykańskie (MXN) 1 MXN = 100 centavos Język urzędowy: hiszpański Inne: nahuatl, języki maja
Lokalny czas
Kiedy jechać
Najlepiej od maja do września
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.allmexicohotels.com Hotele
- www.aboutmexico.net Przewodnik
- www.mexico.com Turystyka
- www.si-mexico.com Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

