okazje

Tysiące mil przejechanych i przelecianych, setki cudowych widoków, kilkadziesiąt miast i miasteczek, kilkanaście noclegów tu i tam, dwie kochające się osoby, jeden wielki cel...

26.04.2008

Pokochaliśmy USA - w niewielkim (jak na warunki amerykańskie) Reno położonym wśród wysuszonych słońcem gór Sierra Nevada czuliśmy się jak w domu. To tam przepracowaliśmy prawie 4 miesiące, będąc na programie studenckim "Work and Travel". Praca w kasynach - ciekawe doświadczenie: duże pieniądze i "wielki" świat tuż obok nas, dobrze chociaż popatrzeć. Z jednej strony bohaterowie jednej nocy - wielcy wygrani, z drugiej strony wielcy przegrani, tracący cały majątek w kilka chwil…

W chwilach wolnych od pracy i w weekendy korzystaliśmy z uroków okolic Reno: na północ wypady nad tajemnicze, osnute legendami o zaginięciach ludzi i potworach jezioro Pyramid Lake, usytułowane pośród pustynnych gór, obok rezerwatu Indian; na południe cudowne chwile spędzone nad przepięknym jeziorem Lake Tahoe, położonym na granicy Nevady i Californi, wśród górskich, porośniętych sosnami terenów, z olbrzymimi kamieniami wyłaniającymi się z krystalicznie czystej tafli jeziora.

W połowie września 2006 roku postanowiliśmy zakończyć naszą wakacyjną pracowniczą „karierę” w kasynach i wyruszyć na naszą podróż marzeń – dwa tygodnie poznawania Dzikiego Zachodu oraz tydzień na Hawajach. W podróż przez Nevadę, Kalifornię, Utah i Arizonę wybraliśmy się wypożyczonym Chryslerem Kobaltem, który okazał się nie tylko naszym środkiem lokomocji, ale również miejscem noclegowym na kilka nocy…

Pierwszym etapem naszej podróży był przejazd z Reno na południe, do Las Vegas: drogami nr 395, 190, 373 i 95. W planach było zobaczenie również po drodze Doliny Śmierci, niestety dotarliśmy tam po zmroku, więc bez zatrzymywania się jechaliśmy dalej do Vegas, gdzie dotarliśmy krótko przed północą. 10 godzin jazdy, głównie prze opuszczone drogi, biegnące środkiem pustyni, aż nagle wyłania się praktycznie „z nikąd” tysiące świateł serca światowego hazardu – Las Vegas. Dotarliśmy tam przed północą, dlatego zmęczeni poszliśmy spać, a zwiedzanie postanowiliśmy przełożyć na następny dzień.

W Las Vegas spędziliśmy w sumie 3 noce – jedną w hotelu Sahara, dwie pozostałe w hostelu młodzieżowym. W dzień temperatura w Vegas jest nie do wytrzymania, mimo iż była to końcówka września, temperatura w słońcu była w okolicach 35-40 C, dlatego najchętniej chroniliśmy się przed upałem we wnętrzach bajecznych kasyn, stylizowanych według swoich nazw (starożytny Rzym, Paryż, Wenecja itd.) – aż trudno uwierzyć, że można coś takiego stworzyć! Jedno z kasyn (Miracle), ma nawet swoje mini zoo i mini-oceanarium, gdzie z bliska mogliśmy podziwiać wyskakujące z wody cudne delfinki i groźnie patrzące na nas zza krat tygrysy. Wieczory spędzaliśmy spacerując wzdłuż głównej ulicy Vegas – Stip’a lub podziwiając niezwykłą panoramę tego miasta z najwyższego punktu w okolicy – wieży (będącej również hotelem i kasynem) Stratosphere. Generalnie na początku planowaliśmy zostać w Vegas tylko jeden dzień, ale miasto to tak nas zafascynowało, że wyjechaliśmy z „małym” poślizgiem, zakończonym ślubem w przyjemniej kapliczce „A Special Menory Wedding Chapel”…

Noc poślubną spędziliśmy można powiedzieć – dość ekstremalnie, mianowicie w naszym samochodzie na polu kempingowym w Arizonie, gdzieś niedaleko Wielkiego Kaninu, przy czym temperatura bliska zeru stopni Celsjusza dała nam się srogo we znaki… Aczkolwiek, dzięki tak niskiej temperaturze, już o 5 nad ranem nie mogliśmy spać z zimna, więc po gorącym prysznicu postanowiliśmy wyruszyć w stronę Wielkiego Kanionu, od strony południowej. Spędziliśmy tam cały dzień, oglądając Wielki Kanion jednak tylko z góry, z różnych punktów widokowych, do których można samemu dojść spacerem lub skorzystać z bezpłatnego busa kursującego co kilkanaście minut.

Następnego dnia pojechaliśmy drogą nr 160 na wschód, w stronę Monument Valley, gdzie dotarliśmy już po zmroku. Było tak ciemno, że nie mogliśmy znaleźć przy drodze żadnego parkingu ani kempingu, dlatego zatrzymaliśmy się na noc na środku pustkowia. Dzięki temu nad ranem byliśmy świadkami żarzącego się od koloru żółtego, po czerwień wschodu słońca i wyłaniających się z niego przepięknych monumentów skalnych, które dotychczas mogliśmy oglądać tylko w westernach… Widok był niesamowity, tylko nas dwoje i te olbrzymie, stojące od tysięcy lat skały… Ciężko było stamtąd wyjeżdżać, ale przed nami jeszcze tyle cudownych miejsc do zobaczenia…

Dojechaliśmy do Antelope Canyon, schowanego gdzieś na granicy Arizony i Utah, niedaleko olbrzymiej tamy Glenn. Do samego kanionu Antelope dowieźli nas Indianie Navaho, gdyż to są ich tereny, a dowożąc turystów do Antelope, zarabiają tym na życie. Antelope Canyon, to fantastyczne czerwone skały, wysokie na kilka metrów, a wśród nich tylko wąskie przejście. Wpadające smugi światła tworzą niesamowitą grę wszystkich odcieni czerwieni, a opowieści Indian dodają do tego wszystkiego odrobinę magii…

Z Antelope następnym punktem naszej wyprawy był kanion Bryce w Utah, który zrobił na nas chyba większe wrażenie niż Wielki Kanion. W Bryce spędziliśmy cały dzień, ten kanion nie jest tak głęboki jak Wielki Kanion, dlatego można wybrać się na 2-3 godzinny spacer dołem kanionu, by z powrotem wyjść na górę. Kanion Bryce to bardzo ciekawe i niepowtarzalne formacje skalne, setki biało-różowo-czerwonych „rożków” sterczących pionowo do góry. Tak uformował ten kanion wiatr i woda…

Z Utah postanowiliśmy jechać do Kalifornii, mijając po drodze Park Narodowy Zion i zatrzymując się tam na kilka chwil. Przed nami była jednak długa i dość monotonna trasa międzystanową nr 15, prowadzącą głównie przez stepy i skalne pustynie, dlatego zmęczeni, już po ponownym minięciu Las Vegas, zatrzymaliśmy się na nocleg (oczywiście w samochodzie) na truck stopie, gdzieś obok pustyni Mojave. Cały następny dzień, to była również głównie jazda autostradą przez Kalifornię, wreszcie późnym popołudniem udało nam się dotrzeć do San Diego. Pokój w tanim motelu prowadzonym przez sympatycznego Meksykanina, pizza, zimna cola, gorący prysznic, czysta pościel i sen – to wszystko, czego wówczas było nam potrzeba…

Rano wypoczęci pojechaliśmy do San Diego Wild Animal Park, będącego częścią sławnego San Diego ZOO. Tam zwierzęta żyją jak gdyby w naturalnych warunkach, na kilkutysięcznych hektarach mają masę miejsca do biegania i różne gatunki zwierząt żyją obok siebie - żadnych klatek, jedynie wąwozy lub wyższe mury oddzielające dzikie zwierzęta od turystów. Spędziliśmy tam przemiły czas, a na koniec dnia wybraliśmy się nad ocean, podziwiać zachód słońca tuż obok budki ratowniczej, jak gdyby prosto wziętej z serialu „Słoneczny patrol”.

Późnym wieczorem wybraliśmy się w dalszą drogę, na północ ku Los Angeles, zatrzymując się tylko na nocleg na truck stopie w połowie drogi. Na drugi dzień, zanim dotarliśmy do Los Angeles, „zahaczyliśmy” jeszcze na kilka godzin o Laguna Beach i Long Beach, gdzie oddaliśmy się błogiemu lenistwu na plaży, przy okazji dzieląc się z miejscowymi mewami naszym piknikowym śniadaniem, a także mieliśmy okazję zobaczyć pływające niedaleko brzegu delfiny.

Kolejny dzień spędziliśmy zwiedzając Los Angeles – obowiązkowo zdjęcie na tle napisu „Hollywood” oraz spacer po Alei Gwiazd, obok Kodak Theater – corocznego miejsca oskarowego show. Druga część dnia, to była ponad dwugodzinna wycieczka po studiach Warner Bros – na które składają się kilometry „sztucznych” ulic, kamienic, parków… Odkryto przed nami tajemnice kręcenia efektów specjalnych, a także pokazano nam oryginalne pojazdy filmowe np.samochód Batmana.

Przed nami pozostał ostatni etap podróży na kontynencie – przejazd malowniczą drogą nr 1 z Los Angeles, na północ, w stronę San Francisco, tradycyjnie z noclegiem na truck stopie i śniadaniem nad wybrzeżem w Monterey, w towarzystwie okolicznego ptactwa. Jeszcze tylko krótki spacer deptakiem w Santa Gruz i po południu dojeżdżamy do San Francisco. Tam czekał już na nas wcześniej zarezerwowany pokój w hostelu, ale zanim tam dotarliśmy, pojechaliśmy jeszcze zobaczyć sławny most Golden Gate oraz zrobiliśmy „rundkę” po górzystych ulicach San Francisco.

Następnego dnia pobudka była bardzo wcześnie rano, gdyż spieszyliśmy się na samolot dalszy etap naszej podróży – wycieczkę na Maui na Hawajach. O mały włos samolot poleciałby bez nas, bo przy oddawaniu auta pojawiły się jakieś problemy, na szczęście kilkanaście minut przed odlotem zdąrzyliśmy i zmęczeni całym zamieszaniem przespaliśmy cały 5-godzinny lot na Hawaje. W Honolulu, na wyspie Oahu przywitała nas gorąca, słoneczna pogoda, tak odmienna od chłodnego klimatu w San Francisco. Właśnie w Honolulu mieliśmy przesiadkę, a już kilkadziesiąt minut później byliśmy na naszej wymarzonej wyspie – Maui.

Apartament, który mieliśmy zarezerwowany w Kihei, okazał się absolutnie rewelacyjny, a do tego z cudownym widokiem na ocean. W ciągu 7 dni, jakie było nam dane być na tej wyspie, przejechaliśmy wyspę wypożyczonym Nissanem wzdłuż i wszerz. Podziwialiśmy niesamowity zachód słońca na wulkanie Haleakala, którego krater jest większy od nowojorskiego Manhattanu, snorklowaliśmy obok żółwi morskich u wybrzeży zatopionego wulkanu Molokini, przemierzaliśmy totalnie zakręconą drogę do Hany, spacerowaliśmy wśród zielonej doliny Iao Valley, chłonęliśmy przepiękne widoki i zapachy rajskich zakątków, maszerowaliśmy wśród tropikalnej roślinności do wodospadów, pod którymi oczywiście wieliśmy kąpiel, podziwialiśmy tradycyjne hawajskie tańce oraz popisy surferów, a także mieliśmy okazję doświadczyć niezwykłej otwartości i gościnności Hawajczyków... A w tym wszystkim towarzyszył nam hawajski spokój i niepowtarzalna hawajska muzyka, dająca się słyszeć dosłownie wszędzie…

Po 7 dniach San Francisco ponownie powitało nas chłodem, ale i tak postanowiliśmy ostatni dzień naszej podróży spędzić aktywnie i mimo zmęczenia lotem z Hawajów i zmianą godziny, cały dzień zwiedzaliśmy San Francisco. Przejażdżka zabytkowym tramwajem, dzielnica chińska, zatoka rybaków, downtown oraz rysujące się na horyzoncie Alcatraz – to główne punkty, które udało nam się zobaczyć tego dnia. Niesamowicie zmęczeni, ale szczęśliwi wyruszyliśmy z powrotem do Reno, gdzie następnego dnia czekał już na nas samolot do Polski. I tylko jedno pytanie narzucało się na myśl – dlaczego te ostatnie 3 tygodnie nie mogą trwać wiecznie? Cóż, jeszcze przecież tyle miejsc przed nami do odkrycia… Ale i tak kiedyś znów na pewno powtórzymy nasz „American Dream”…

info

Dolar amerykański - warto mieć drobne jednodolarówki na napiwki!

noclegi

Na truck stopach/rest areas lub na polach kempingowych można spać w samochodzie (tak zdecydowanie najtaniej), poza tym wszędzie można znaleźć tanie motele w granicach 30 dolarów za pokój 2-osobowy.

transport

Najlepiej poruszać się wypożyczonym samochodem (koszt ok.60-80 dolarów za dobę z ubezpieczeniem).

Najlepiej poruszać się wypożyczonym samochodem (koszt ok.60-80 dolarów za dobę z ubezpieczeniem).

Drogi są świetnie oznakowane - można poruszać się nawet bez mapy!

atrakcje

Markowe, a do tego tanie ubrania można kupić w outletach (np.Ross, Marshal's, TJ Maxx).

Najtańsze są niestety fast-foody (kilka dolarów), za lepszy obiad/kolację trzeba zapłacić przeważnie powyżej 15 dolarów wzwyż.

Autor: travelerka
Sklep online
Last Minute do Turcji z Itaką od 799 zł
Kiedy: do 31.05.12
Cena: od 799 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
USA

Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Dla różnorodności
  • Dla kultury
  • Dla krajobrazów
  • Dla miast

Kiedy jechać

Przez cały rok

Niezbędne informacje

więcej

Przydatne adresy

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line