okazje
Nasz hostel - dla niepoznaki nazwany Paris Hotel ;-) Nasz hostel - dla niepoznaki nazwany Paris Hotel ;-) Daliśmy się wrobić w szóste piętro bez windy. Mogliśmy sobie przynajmniej popatrzeć na kawałek Stabmułu z góry. Jedna z bram Wielkiego Bazaru... ...i jeden ze straganów wewnątrz.
  • Nasz hostel - dla niepoznaki nazwany Paris Hotel ;-)
  • Daliśmy się wrobić w szóste piętro bez windy. Mogliśmy sobie przynajmniej popatrzeć na kawałek Stabmułu z góry.
  • Jedna z bram Wielkiego Bazaru...
  • ...i jeden ze straganów wewnątrz.

Nasz hostel - dla niepoznaki nazwany Paris Hotel ;-)

Druga część opisu motocyklowej wyprawy do Gruzji (maj/czerwiec 2011)

27.07.2011

Dzień V Po wyjeździe z Trinity Rocks Farm trafiliśmy na elegancką trasę: gładką jak stół, szeroką i pięknie krętą (długie szybkie łuki) - drogę z Wlk. Tyrnowa do Simenowogradu, czyli w pobliże granicy BG/TR. Po 50 km zaczęło padać i mieliśmy okazję przetestować przeciwdeszczowe ciuchy. Te chińskie "Louis one way" za 60 zł z moto-akcesoria.pl okazały się jednorazowe. Choć prawdę mówiąc posypały się już przy ubieraniu. Przed granicą trafiliśmy na kilkudziesięciokilometrowy odcinek dziurawej drogi, mijaliśmy odrapane, jakby opuszczone, lecz zamieszkałe miasteczka i wsie. Przejście graniczne z Turcją jest ogromne, kupiliśmy wizy (po 20 USD) i udało nam się przekroczyć granicę bardzo sprawnie, w około godziny. Po wjeździe na autostradę musieliśmy kupić autostradowe plastikowe karty (po 30 LTR). Na stacjach benzynowych obsługa nie pozwala dotykać dystrybutorów - daje po łapach. Przed tankowaniem spisują numery rejestracyjne, potem wstukują coś do komputerków, odblokowują i dopiero można zacząć wlewkę. Chyba Turcy lubią nie zapłacić za paliwo. Może dlatego że litr benzyny kosztuje w przeliczeniu około 7,4 PLN. Umówiliśmy się więc, że jedziemy ekonomicznie - 120-130 km/h. Nie udało się ;-). Stambuł jest przeogromny - około 11 mln ludzi w samym mieście. Właściwie zaczyna się już 50 km przed domniemanym centrum, lub starym miastem - jak kto woli. Są tu miliony kierowców, którzy używają klaksonu jako podstawowego urządzenia w samochodzie. Niestety, oba GPSy, jakie mamy nie zadziałały, więc pojechaliśmy na czuja. Jakimś cudem udało się dojechać do Hostelu Paris, całkiem przyjemnego, za wyjątkiem tego, że 4-osobowy pokój mieliśmy na 6. piętrze (windy brak). Już około 22 byliśmy na obiado-kolacji: zjedliśmy kebaby, baklawy - super słodkie ciasteczka, popiliśmy herbatą serwowaną w maleńkich szklankach i piwem EFES.

 

Dzień VI Deszcz - słońce - deszcz - słońce. A my w kółko ubieraliśmy i ściągaliśmy kombinezony przeciwdeszczowe. Mój i Parówy - te dwa żółte na zdjęciach, "pierwyj sort", już są lekko potargane. Ale mamy nauczkę, żeby nie oszczędzać na takich rzeczach. Dzisiaj przejechaliśmy tylko 500 km. Piszę tylko, bo w sumie 3/4 drogi to była autostrada. Dużo czasu zajęło nam spakowanie i wyjazd ze Stambułu. Najpierw nagle musieliśmy opuścić pokój w hostelu, ponieważ nasze motocykle zaczęły przeszkadzać jakiemuś kierownikowi czy parkingowemu. A zrzucić je z 30-centymetrowego chodnika w niezbyt przewiewnych motocyklowych ciuchach w upale... zresztą to nic w porównaniu z wyjeżdżaniem z miasta. Wśród miliona samochodów, z których może ze dwa włączały kierunkowskazy, dojechaliśmy na most bosforski, którym wjechaliśmy do Azji. Naprawdę nie mamy co narzekać na naszych kierowców. Kilka bramek autostradowych i już jedziemy w stronę Samsunu. Jazda po tureckich autostradach niby szybka, ale męcząca, W Turcji dość mało samochodów porusza się na większe odległości, więc cała atrakcja to wyprzedzenie tira na trzypasmowej jezdni. Potem kilka minut znowu nic się nie dzieje. Jesteśmy w miasteczku Tosya, gdzie trafiliśmy na hotel, w sumie chyba niezłej klasy, dość tanio. A jutro Samsun i dalej do oporu do Gruzji. Przy dobrych wiatrach może uda się zawitać do Batumi.

 

Dzień VII Cały dzień dziecka dla odmiany spędziliśmy na motkach ;-) Wyruszyliśmy po śniadaniu z hotelu Dogramaci w miejscowości Tosya. Kierowaliśmy się na północny wschód, ku morzu. Po 70 kilometrach na drogę wyszedł pan w zielonej odblaskowej kamizelce. Niestety, w Turcji mandaty płacą wszyscy w grupie, nie tylko pierwszy. Zaprosił nas po kolei i wręczył po mandacie na 290 LTR. Czyli jakieś 500 zł na głowę. Nie zamieniliśmy z policją ani słowa. tzn. oni mówili, my też, ale nie zrozumieliśmy z tego nic. Jechaliśmy podobno 125 km/h. Nie widzieliśmy jednak ani zdjęć, ani wydruków z radaru, ani samego radaru. Nie wiemy też, gdzie dokładnie tyle jechaliśmy, bo na mandatach policjant napisał, że stało się to na 45 kilometrze od Tosji, a zatrzymali nas dalej. Wręczyli każdemu po kwicie i kazali gestem jechać. Po jakichś 200 km na drogę znów wyskoczył zielony policjant. Załamałem się, miny chłopaków też mocno zrzedły, tym bardziej że znów zaprosił nas na pobocze wszystkich, po kolei, eleganckim gestem. Poprosił chyba o dokumenty, ale dostał wypisany kilka godzin wcześniej mandat. Poczytał, popatrzył na mnie, na chłopaków, oddał i puścił. Uff. Nie wiemy, czy się na nas uwzięli, czy łapią głównie motocyklistów (w Turcji jeździ ich bardzo mało), czy może motki obowiązują inne przepisy. Pytani przez nas ludzie twierdzili, że ograniczenie wynosi 120 km/h i 50 km/h w mieście. Tymczasem droga z Samsun na wschód wiedzie przez dziesiątki, jeśli nie setki małych i większych miejscowości i praktycznie non stop jedzie się w terenie zabudowanym. To była masakra - jazdą z prędkością pozwalającą ciężarówkom na wyprzedzanie. Trudy wynagradzali nam Turcy, którzy najwyraźniej bardzo lubią motocyklistów (a może przyjezdnych w ogóle). Pozdrawiają nas na każdym kroku, często przyprawiając o szybsze bicie serca (najczęściej po prostu trąbią przejeżdżając obok). Nasze sprzęty to dla nich też niecodzienny widok, więc często podchodzą, oglądają, zagadują. Są bardzo mili, próbują pomóc, nawet gdy ich o to nie prosimy. Zatrzymaliśmy się w hotelu Morfoz, za Trobzonem, nad Morzem Czarnym. Wskazał nam go Cengiz Sahin, kelner w przydrożnej knajpce, w której zatrzymaliśmy się na kawę. Mówił, że nazywa się też Szymkowiak. I mówił po rosyjsku. Dziwny gość, ale bardzo uprzejmy i uśmiechnięty. Zadzwonił do hotelu, dogadał się na dwa pokoje po 25 EUR każdy. Po przyjeździe okazało się, że pan w recepcji liczy na dwa razy tyle, co napisał na kartce. Wojtek wziął od niego ołówek, skreślił kwotę i napisał o połowę mniejszą. Mówimy, że Cengiz dzwonił, umawiał się itd. Pan zrobił minkę - domyślcie się jaką - ale - ku naszemu zdziwieniu - powiedział: "No problem. Normal price is 50 EUR for room, but 25 is OK. No problem". I tyle. Z okna mamy widok na morze a w tv hustlera ;-)

 

Dzień VIII Z hotelu Morfoz ruszyliśmy w stronę granicy w strugach deszczu przebrani w teoretycznie nieprzemakalne ciuchy. Na granicy hardcore. Kierowcy próbują się wepchać z jednej i drugiej strony jednocześnie pod to samo okienko. Ktoś trąbi na autobus, ten się cofa, nagle znowu klakson - zza autobusu. Ktoś krzyczy, ktoś inny macha, piesi pchają się do okienek. A na wszystkich leje się z nieba strumieniami woda. Pierwszy posterunek przejeżdżamy bez problemu. Przy drugim pojawia się niewielki jegomość ubrany w adidaski, koszulkę polo i dżinsy i prosi o dokumenty. Dajemy mu paszporty i dowody rejestracyjne, Wojtek idzie z nim do budki. Po chwili wraca - okazuje się, że załatwił sprawnie wszelkie formalności, i to bez kolejki, ale życzy sobie za tę nieproszoną usługę 50 EUR. I to na głowę. Pogadaliśmy trochę, w końcu dostał 20 lirów, czyli 10 euro, coś pomruczał, myśmy się podenerwowali i już jedziemy do następnego okienka. Trochę z duszą na ramieniu, bo nie zapłaciliśmy mandatów, a tu panowie Turcy sprawdzają numery motocykli. Ale każą jechać. W następnym okienku siedzi Gruzin. Po 20 minutach wjeżdżamy. Batumi wita nas wielkimi dziurami, rozkopanymi, błotnymi ulicami, wiecznie trąbiącymi i ustawiającymi się po dwa na jednym pasie autami i zainteresowanymi nami ludźmi. Zatrzymujemy się na jednej z głównych ulic, wyjmujemy pieniądze ze ściany i idziemy do restauracji. Miła pani przynosi wielkie pierogi z rosołem i mięsem (trzeba je jeść rękami - wygryza się w nich małe dziurki, przez które siorbiąc pije się rosół), czyli chinkali, mięso wieprzowe w sosie, czyli ostry, mięso (chyba wołowe) na domowych frytkach (odżapuri), sałatkę z ogórków, pomidorów i cebuli, lemoniadę. Pyszne mają tu jedzenie. Przy stoliku obok zaczęły się nagle śpiewy. Okazało się, że to członkowie gruzińskiej grupy wokalnej Batumi. Pośpiewali trochę, potem jeden z nich wyskoczył kupić gruzińskiego szampana, którego podpisali i wręczyli nam w prezencie. Życząc oczywiście szczęśliwej podróży, ściskając nas i obcałowując. Ruszamy w stronę Vardzi. Po około 30 kilometrach zatrzymujemy się w jakiejś wiosce na kawę i baklawy. Ludzie zachęcają nas, by zostać, ale postanawiamy pojechać jeszcze trochę. Zaraz kończy się asfalt, słońce zachodzi, a fazer Łukasza po efektownym ślizgu zatrzymuje się kilka metrów od sporawej dziury. Okazało się przy tej okazji, że prostowanie czachy pomaga na słabo świecące światła ;-) Po następnych 10 kilometrach zatrzymujemy się w Kedzie, pod znakiem Tourist Information. Na pytanie o hotel sprzedawca w sklepiku reaguje błyskawicznie wciągając doń lodówkę, zamykając na klucz i prowadząc do siebie do domu. Dostajemy pokój z pięcioma łóżkami, do dyspozycji mamy kibelek z prysznicem, a motocykle wstawiamy do drugiego domku - żeby nie zmokły. Zrzucamy motocyklowe ciuchy i idziemy na spacer po Kedzie, po której oprowadzają nas spotkani przechodnie. Trafiamy w końcu do restauracji mieszczącej się w domu. Znów jemy ostre, gospodarz ze znajomymi zaczyna śpiewać, po chwili dziadek przynosi domową wódkę (60 proc.) - Łukasz pozytywnie przechodzi sprawdzian. Za chwilę gospodarz wznosi toasty: za Polskę, Gruzję, przyjaźń między naszymi narodami, za naszą wspólną religię... wzruszyło mnie to, podobnie jak serdeczność Gruzinów. Kiedy nas pozdrawiają, zawsze robią to z wielkim uśmiechem na ustach, te gesty są szczere, niewymuszone, naturalne, nie kryje się za nimi interesowność. Pozdrawiając Gruzinów trudno się do nich nie uśmiechać. Mimo że przez kask nie mogą tego widzieć. A może mogą...

 

Dzień IX W Kedzie spało się wyśmienicie. Ruszyliśmy przed południem, czyli przed 10 polskiego czasu. Kierowaliśmy się do skalnego miasta - Vardzi. Po 15 kilometrach skończył się asfalt a zaczęła droga szutrowa. Potem kamienie stawały się coraz większe, by po chwili zniknąć w wielkich błotnistych kałużach. Ślisko jak diabli. Ale widoki przepiękne. Zanim wjechaliśmy na przełęcz na wysokości 2025 m.n.p.m. panowie Wojtek i Łukasz zaliczyli spektakularne gleby, to znaczy błota. Na 100 kilometrów trasy zszedł nam prawie cały dzień. Przemoczyliśmy buty - co z tego, że goretex, jeśli trzeba wejść do połowy łydki do wody? Wojtek utknął w strumieniu, mniej więcej do połowy koła. Reszta jakoś przeszła, choć z duszami na ramieniu. Po drodze takich rzeczno-strumykowych przepraw mieliśmy jeszcze kilka. Nagrodą były niesamowite krajobrazy. Wieczorem pod kołami znów pojawił się asfalt. Głodni wjechaliśmy do miasta Akhaltsikhe. Pan na stacji benzynowej skierował nas do restauracji. A tam impreza w stylu ormiańskim. Czyli taki muzyczny miks disco i muzyki etnicznej. Okazało się, że pewien Rosjanin chodził tu do szkoły, potem wyjechał, a teraz zaprosił koleżanki i kolegów na imprę po latach. Tak przynajmniej nam tłumaczyli. Tylko nie bardzo rozumieliśmy, po co im ormiańskie flagi przytroczone do rąk. Nie zostaliśmy w tym mieście, pojechaliśmy dalej, do Aspindzy, gdzie miejscowi zaprowadzili nas do hotelopensjonatodomu. W sumie udało nam się nakręcić 165 kilometrów. Zmęczyły nas jednak bardzo.

Autor: Moto-Experience Zdjęcia: Moto-Experience
Sklep online
Last Minute do Turcji z Itaką od 799 zł
Kiedy: do 31.05.12
Cena: od 799 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
GRUZJA

Stolica: Tbilisi Waluta: lari (GEL) 1 GEL = 100 tetri Język urzędowy: gruziński Inne: rosyjski, angielski

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line