Teksas zawsze kojarzył mi się z kowbojami, Rodeo, wielkimi przestrzeniami i naftą.
07.04.2008
Pomysł wyprawy do Texasu rodził się w głowie Petera od jakiegoś tygodnia przed świętami Bożego Narodzenia. Mój udział w niej stał pod znakiem zapytania. Miałem plan powrotu na święta do Polski, ale wiele spraw poszło nie tak, jak chciałem i musiałem zostać w USA. Wszystko wyjaśniło się na dzień przed wyprawą. Perspektywa siedzenia samemu w mieście nie była zbytnio ciekawa… Na szczęście w aucie znalazło się dla mnie wolne miejsce. Szybkie pakowanie o poranku i jazda z tobołkami do Caltraina (pociąg łączący San Francisco z San Jose, podobny do warszawskiej WKD) i zjawiłem się rano w San Jose (skąd mieliśmy razem wyruszyć dalej).
Peter wynajął duży samochód Mercury Grand Marquiz – typowa wielka landara podobna do wozów policyjnych (przez co zdarzyło nam się kilka zabawnych sytuacji na trasie, np. kierowcy zwalniali na nasz widok, myśląc, że jesteśmy policjantami). Dopchałem swój bagaż do ogromnego bagażnika :) i ruszyliśmy.
Plan był ambitny – dotrzeć w miarę blisko Tucson w Arizonie. Obawialiśmy się tylko rejonu Los Angeles, który z powodu korków mógł nas zatrzymać na dłużej. Około 10 rano wbiliśmy się na międzystanową autostradę I-5, prowadzącą z północy na południe stanu – dosyć wąską (po dwa pasy w każdą stronę), przez to często zakorkowaną. Do tego speed limit, jak to w Kaliforni, nie pozwala sobie popędzić :) Tego dnia większość ludzi postanowiła wybrać się do rodzin lub zrobić sobie urlop z dala od domu. Korki były na całej trasie. W połowie drogi zrozumieliśmy, że nie damy rady dotrzeć tak daleko jak zamierzaliśmy. Z I-5 trzeba było wjechać na 210-tkę na obrzeżach Los Angeles. I sprawdziło się to czego się obawialiśmy. KORKI. Zastanawiam się jak ludzie tu mogą żyć. To miasto ma masę autostrad i obwodnic, ale to i tak za mało przy takiej ilości samochodów. Od godziny 7 do 11 rano lepiej posiedzieć w domu i się nie stresować. Tak samo między 15-18 wieczorem! Wtedy jest najgorzej. Przyznam, że ja nie mam cierpliwości do stania w korkach. Musieliśmy trzymać nerwy na wodzy. Dla czytających przestroga :), omijać LA, nawet jeśli objazd wydaje się być duży. I tak się opłaci!
Po kilku godzinach dotarliśmy do autostrady I-10, która miała zaprowadzić nas do celu. Późno w nocy zatrzymaliśmy się w motelu na granicy z Arizoną, w mieścinie Blythe. Tutaj znowu sprawdziły się kupony. (Na każdej stacji lub w informacji turystycznej polecam szukać broszurek z kuponami – zniżkami na hotele. Lista „noclegowni” obejmuje różne stany. Bardzo przydatna rzecz na wyprawy!).
Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie i sprawnie (co nie udawało mi się z innymi ekipami, hehe). Minęliśmy tablicę z wielkim słońcem i napisem Arizona i… rzeczywiście słońca to tutaj dostatek ;). Pierwszy poważny przystanek na trasie to stolica stanu Phoenix. W sobotę w południe wygląda na wymarłe miasto, zwłaszcza downtown. W parkach koło State Capitol rosną drzewka pomarańczowe uginające się pod ciężarem swoich owoców (a przecież to środek zimy!). Od razu robi się milej. Samo downtown to spora przestrzeń z dużą ilością pomników związanych z wojnami, począwszy od wojny o niepodległość, a kończąc na wojnie w Iraku. Są tu fragmęty zatopionego w Pearl Harbour pancernika Arizona, tablice konfederackie, a nawet groby psów z jednostki policyjnej K-9. To jedno wielkie miejsce pamięci... Przejeżdżamy przez miasto i swierdzam, że kli i miejsce bardzo przypadły mi do gustu. Miasto leży na płaskim terenie, a uroku dodają mu wystające górki „kopce”. Bajkow! W pobliżu i na kopcach stoją budynki mieszkalne, hotele (które na pewno nie należą to tanich) oraz słynne na całym świecie kaktusy. Mieszkańcy mają świetne widoki. Dominuje niska zabudowa, a w centrum, jak w każdym większym mieście – drapacze chmur (ale nie za wielkie i ładnie wkomponowane w krajobraz). Podobno żyje tu spora ilość Polaków. Co do klimatu, to w zimie temperatura wynosi ponad 20 stopni, a latem to już miejsce dla… Feniksa ;). W mieście warto odwiedzić Desert Botanical Garden z kaktusami z całego świata w Papago Park. Prosto z parku pojechaliśmy do Scottsdale, jednej z „dzielnic” Phoenix. Główna ulica to typowe miasteczko z Dzikiego Zachodu – masa knajp i sklepów. Sklepy z pamiątkami co krok kuszą towarami (moża tu nawet zaopatrzyć się w cały strój indiański). To właśnie tutaj młodzi ludzie spotykają się po pracy i w weekendy. Gwar i ścisk przy barowych stolikach... Pełno wycieczek turystycznych. Brakowało tylko rewolwerowców ;). Ale był za to samotny kowboj na koniu… z gitarą, nucący piosenki country.
Szkoda opuszczać Scottsdale... ale czas goni. Wjazd na I-10 i kierujemy się na Tucson. Po drodze mijamy pola bawełny. Hmm... nie pasują mi do tego miejsca. Przebijamy się przez miasto, żeby dotrzeć za dnia do San Xavier del Bac, hiszpańskiej misji położonej na południe od Tucson, na terenie rezerwatu Indian. Na zewnątrz porozstawiane są stragany z wyrobami sztuki indiańskiej. Można też kupić tu coś do jedzenia (typowe meksykańskie posiłki), ale polecam tylko osobom o pancernych żołądkach :). Misja jest odnowiona i podświetlona, więc robi wrażenie. W środku odbywa się msza, na którą ściągają duże grupy ludzi, w tym Indianie. Zapada zmrok i pora szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Odwiedzamy jeszcze Saguaro National Park z kaktusami charakterystycznymi dla Arizony i dla westernów :). Kręta droga prowadzi między ogromnymi kaktusami. Co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby podziwiać krajobrazy i zrobić zdjęcie. Jeszcze tylko zachód słońca i opuszczamy park. Długa jazda nocą i zatrzymujemy się już w New Mexico – w mieście Las Cruces. Pora odpocząć. Rano wita nas mocne słońce i... szron na szybach. Chyba jest mroźno. Temperatura ledwie przekracza zero. Peter rusza ostro i szybko, jeszcze niedobudzony i… nagle widzimy za nami mrugające światełka. Sheriff nas dopadł, speed limit przekroczony o 20 mil, co jest równoznaczne z utratą 150 USD i 75 USD za brak zapiętego pasa przez pasażera... Bywa:). Zawsze są straty w ludziach, sprzęcie i... kasie.
Uzbrojeni już we włączony wykrywacz radarów i GPS-y mkniemy dalej przez autostradę I-10. Tego dnia trzeba przejechać najdłuższy odcinek. Musimy być nad morzem w Wigilię. Wjeżdżamy do Texasu przez El Paso. Po prawej stronie za rzeką pojawia się miasto, trochę za brzydkie jak na amerykańskie... Domki bez okien, blacha falista – typowa dla trzeciego świata. Brud. Chwila... to meksykański Ciudad Juarez! Tak blisko na wyciągnięcie ręki. Dwa światy oddzielone rzeką Rio Grande. Byłem tam we wrześniu, osobliwe doznanie :). Dla Europejczyka lub kogoś z kraju cywilizowanego to niezły szok. To inny Meksyk. Jeśli ktoś chce zwiedzić ten kraj, niech unika przygranicznych miejscowości, żeby sobie nie wyrobić złego zdania. Ciudad Juarez to zwykłe miejsce sex-wycieczek, gdzie dostanie się wszystko – od nastolatki po HIV, a można też zostać po prostu okradzionym:).
Przejechaliśmy przez El Paso szybko, nie zatrzymujac się. Kierunek: południe. Lubię Texas. Speed limit 80 mph (130 km/h)! To jest to. Droga międzystanowa I-10 kojarzy mi się z rzeźnią. Na poboczach leżą zabite przez samochody duże ilości saren, jeleni, pancerników, kojotów i różnego rodzaju żyjątek. Najgorzej to trafić skunksa! Jego zapach naprawdę trudno znieść, także samochód już nie nadaje się do jazdy. Znaki ostrzegawcze o przebieganiu saren nic nie dają. Przy prędkości 80 mil nie ma szans ominąć zwierzaka. Przyznam, że w życiu nie widziałem takiej ilości zabitych zwierząt. Za to w jednej knajpie zauważyłem napis „You kill it, we grill it” – co sugerowało, że można przynieść tu potrąconą zwierzynę, a oni ją dla ciebie ugrillują;). Z duszą na ramieniu pędzimy dalej I-10, rozglądamy się na pobocza i mamy nadzieję, że stadka pasące się w pobliżu, nie zechcą akurat przebiegać. Najgorzej jest po zmroku i rano… Ale udało się bez trafienia. Z prędkościa nie przesadzaliśmy, zważając na tabliczki przy drodze „dont mess with Texas” :).
Po ciężkim dniu docieramy do San Antonio. Uff. Mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca do spania w downtown, więc poszukaiśmy troszkę dalej. Pomimo zmęczenia postanowiliśmy wybrać się na spacerek po przepięknym mieście. Pierwsze kroki skierowałem do Alamo, stoi tam majestatyczna twierdza, podświetlona w nocy. To tutaj wykluło się to amerykańskie poczucie heroizmu, bohaterstwa, walki do końca... „Pamiętajcie Alamo!” – krzyczeli żołnierze Teksasu, atakując wojska Meksyku. Paradoksalnie najwięcej tu spadkobierców Santa Anny… Los bywa przewrotny. Ulice noszą nazwiska obrońców Alamo: Travis, Crockett, Bowie... Budynek twierdzy zachowany jest w świetnym stanie. Można zwiedzać zarówno pomieszczenia w środku, jak i park wewnątrz. Potem spacer po uliczkach i po słynnym Riverwalk, wszystko podświetlone lampami. Rozwieszone na drzewach lampki dodają jeszcze klimatu. W samym centrum miasta utworzono kanały, którymi można przepłynąć się w gondoli. Na brzegach kanałów znajdują się restauracje i bary. Wszędzie tłumy ludzi i słychać gwar. Muzyka w tle. Kanały tworzą pętle, więc można je obejść spokojnie piechotą. W zimie uwagę przykuwają iluminacje, a latem piękna zieleń i szum wody. To miejsce zrobiło na nas wielkie wrażenie. Niestety w końcu dopadło nas zmęczenie. Nie było wyjścia, trzeba było wracać do hotelu.
24 grudnia. Wigilia. Ruszamy na kolację. Ten wyjątkowy wieczór w roku spotka nas w Brownsville, malutkim mieście przy granicy z Meksykiem i kilka mil od Zatoki Meksykańskiej. Szybko pokonaliśmy dystans dzielący piękne San Antonio od tego nadgranicznego miasteczka. Jeszcze tylko pozostało dokupić brakujące produkty, żeby stół wigilijny nie wyglądał za skromnie. Wynajęliśmy hotel z aneksem kuchennym. Czas na kolację. Mamy wszystko, co trzeba: dania z ryb, barszczyk, a nawet opłatek, tylko… smutno, bliscy, rodzina daleko (chociaż nigdy nie przepadałem za świętami, to jednak…). Rano głowa trochę bolała.
Zbliżaliśmy się do celu naszej wyprawy – South Padre Island. Dojechaliśmy tam w niecałą godzinę i znaleźliśmy tani hotelik. Wyspa połączona jest z brzegiem długim mostem. Powiem tak: wjazd i sama wyspa przypomina mi BARDZO South Beach w Miami!!! Naprawdę kopia tamtego miejsca, tylko bez takiej ilości hoteli (co zapewne się zmieni). Pomyśleliśmy, że to świetne miejsce na inwestycję. Warto kupić tu kawałek ziemi, żeby za 2-5 lat zarobić potężne pieniądze. Wyspa szybko się rozrasta. Na każdym kroku dźwigi i szkielety nowych hoteli. Panuje tu klimat Karaibów. We wrześniu odwiedziłem północną część wyspy, więc wiem, jak gorące potrafi być tu morze. Gotowane mleko :). Wchodzisz do niego bez zająknięcia (to dla zmarźluchów takich jak ja, ideał). Plaże na całej długości... Im dalej na północ, tym bardziej dziko.
Jedziemy tak długo, aż kończy nam się droga. Parkujemy samochód i ruszamy po wydmach do morza. W zimie nie jest ono tak ciepłe jak w pozostałe pory roku. Przyznam, że dla mnie za zimne. Ale pewnie już za 2-3 miesiące… :). Na szczęście słonko mocno operuje. Łazimy po piaskach, przez chwilę czuję się jak Lauwrence z Arabii. Gdy zawiewa mocny wiatr i piasek unosi się do góry, powstaje coś w rodzaju burzy piaskowej. Wszędzie „zakamarki”, małe oazy na wydmach. Biegamy, skaczemy i… turlamy się jak dzieci. Plaża jest bardzo szeroka i co jakiś czas przejeżdża samochód terenowy.
Kilka dni relaksu. Odpocząć, niemyśleć, zapomnieć.. W między-relakszasie jedziemy w odwiedziny na północną część wyspy, która jest parkiem narodowym. Pustki… Kilometry plaży bez żywej duszy. Samochód można zaparkować na wielkim parkingu, a przebrać się w pobliskim budynku przygotowanym na takie okoliczności (są nawet prysznice!). Na plaży co kilkadziesiąt metrów stoją drewniane stoliki z daszkiem (latem słońce tak mocno grzeje, że łatwo o udar). Roślinność jest skąpa. Piasek biały, sypki i bardzo gorący po nagrzaniu. Bez klapek łatwo się poparzyć. Szczęśliwcy mogą trafić na ogromne żółwie wychodzące na plaże. To idealne miejsce dla ludzi chcących uniknąć tłumów.
Potem krótka wizyta w Corpus Christi – mieście, które od razu przypadło mi do gustu :). Klimacik nadmorski, karaibski. W lecie parno i wilgotno jak w Azji. Odwiedziliśmy repliki okrętów Krzysztofa Kolumba. Przejechaliśmy most charakterystyczny dla miasta. Zaliczyliśmy spacerek przy lotniskowcu Lexington (można nawet wejść na pokład i pooglądać z bliska dużo samolotów). Na koniec wybraliśmy się na kolację do superknajpy Pier 99, gdzie można zamówić za niewielkie pieniądze masę krewetek (uwielbiam maniakalnie). Porcje były solidne, ja poprosiłem o box i miałem świetne jedzonko. Droga powrotna dłużyła się bardzo. Brzuchy wypełnione owocami morza pragnęły tylko… piwa (co udało im się otrzymać w hotelu ;)). Relaks, jacuzzi, prawdziwy wypoczynek… Ostatniego dnia spędziliśmy jeszczekilka godzin na plaży... Ciężko nam było opuszczać to miejsce. Myślę, że będę tu chciał jeszcze przyjechać. Mam nadzieję, że dokładnie poznam te rejony, a one jeszcze przez długi czas pozostaną trochę dzikie. (Szansa jest spora, bo ludzie nie kojarzą Texasu z takimi miejscami. No chyba że studenci na spring break ;)).
[ San Francisco, CA - San Jose, CA - Blythe, CA - Phoenix, AR - Tucson, AR - Las Cruces, NM -El Paso, TX - San Antonio, TX - Brownsville, TX - Corpus Christi, TX - South Padre Island, TX ]
Duże partie Teksasu to połączenie kilku stref klimatycznych, co powoduję bardzo dużą zmienność pogody. Generalnie dominują trzy strefy klimatyczne.Wilgotny podzwrotnikowy we wschodniej połowie Teksasu, półpustynny stepowy klimat w północno-zachodniej części i podzwrotnikowy w południowej części zachodniego Teksasu.
Na wschodzie i północy powszechne są burze. Dość nieprzyjemne i niebezpieczne są tornada, które atakują głównie na północy. Najwięcej można ich spotkać między kwietniem a sierpniem.
W zimie często pada śnieg na północy (chociaż na południu też się zdarza). Maksymalne temperatury latem sięgają do 26°C w górach zachodniego Teksasu i dochodzą do 40°C nad zatoką – w rejonach wyspy Galveston i South Padre.
Tak więc nie trzeba zapuszczać się do Meksyku, żeby doświadczyć upałów. Mieszkańcy Houston często "uciekają" od gorąca na pobliską wyspę Galveston, gdzie zalegają tłumnie na plażach. Zazdroszczą im tego ludzie w Dallas :).
Na długą wyprawę to tylko wygodny samochód, koniecznie z tempomatem (Cruise Control).
Prędkości, ograniczeni prędkości w Texasie na większości autostrad to 80 mil (130 km/h) i jest to jedna z największych w USA. Za to jestem wdzięczny stanowi Texas. Pozwala jechać w miarę rozsądnie. (Kalifornii to średnia jest 65 mil przy bardzo kiepskich drogach).
Uważać na Policję. Są wszędzie. I tu nie ma jak w Polsce, nie pogadasz. Jakiś czas temu zmieniono tak zwane "koguty" na dachach samochodów, teraz są płaskie i trudno w lusterku dostrzec sylwetkę wozu policyjnego. Dlatego dużo osób hamuję jak nahoryzoncie pojawia się klasyczny Ford Crown Victoria lub Mercury :). Jest niepisane prawo że można przekroczyć ten limit o (tu są różne wersje) ale bezpiecznie jest pomiędzy 5-8 mil. Ale większość jedzie w granicach 10-15 poza limit. Ale to już podchodzi pod mandat (od 150 dol). Przekroczenie o 30 mil dozwolonej prędkości to... koniec podróży. Delikwent zabierany jest do aresztu ! (często policjanci zaniżają w raporcie żeby nie musieć zawozić złapanego na posterunek i wypełniać kwity). Można kupić radar detektor i ryzykować Czasem pusta na wiele mil autostrada w linii prostej aż się prosi o depnięcie na pedał gazu.
Uważać na przebiegające zwierzęta !!! Sarny i łosie. A jadąc mija się duże ilości pasących się przy autostradach. Pobocza dróg usiane są zabitymi zwierzakami.
Najgorzej trafić skunksa, zapach jest okropny (nawet jak przejedzie się obok rozjechanego). Samochód praktycznie nie nadaje się do jazdy.
Na trasie znajdują się tzw. Rest Area gdzie można odpocząć, są automaty z piciem i ubikacje. Jest tez internet bezprzewodowy.
Stacje benzynowe znajdzie się praktycznie wszędzie, więc nie ma się co martwić.
Parkowanie w miastach. Dla turysty nie znającego realiów ameryki to prosta zasada. Nie parkować kolo pomalowanych na jakiś kolor krawężników. Unikać jak ognia czerwonych !. Czytać bardzo uważnie tabliczki na chodnikach przy miejscu zaparkowania. To zmora dla polaka przyzwyczajonego do parkowania gdzie popadnie bez opłat itp. Tutaj mandaty są wysokie (od 50 dol). Zmorą są czyszczenia ulic. Informacje o godzinach czyszczenia są na tabliczkach. Jeśli zapomni się przestawnic samochód lub nieświadomie zaparkuje to już mandat. Najgorsze są centra miast. Tam są duże restrykcje. Więc warto zajechać na jakiś prywatny płatny parking i zapłacić trochę więcej niż kombinować. Bardzo sprawnie działa Towing, odholowanie wozu. To już duże koszty.
Nie wolno wozić otwartego alkoholu w samochodzie.
Nie wolno wolno wywalać śmieci przez okno, to kosztuje dużo.
Benzyna była najtańsza podczas mojej wyprawy właśnie w Teksasie. Większość stacji ma podobne ceny. Procedura tankowania jest delikatnie inna niż w Polsce. Tu najpierw płacimy potem wlewamy benzynę. Idziesz do kasjera na stacji i podajesz numer pompy i sumę za ile chcesz zatankować, lub płacisz kartą przy pompie.
Bardzo nielubianym i trudnym do zaakceptowania dla turystów z Polski jest znak STOP. Zawsze trzeba się zatrzymać. Kto pierwszy dociera do skrzyżowania ten ma pierwszeństwo. (to działa).
W 1519 roku hiszpański podróżnik, odkrywca i kartograf Alonso Alvarez de Pineda przybija do brzegów obecnego Teksasu; ogłasza ten teren posiadłością hiszpańską. W 1821 roku Meksyk uzyskuje niepodległość, a Teksas zostaje jego prowincją. W latach 20-tych i 30-tych XIX wieku w Teksasie osiedla się kilka tysięcy osadników z terenów amerykańskich, zachęconych bardzo korzystnymi warunkami ekonomicznymi i dużą autonomią. Duży napływ kolonistów i zakładane przez nich kolonie anglo-amerykańskie powodują zaniepokojenie rządu meksykańskiego z przywódcą kraju Santa Anną.
W 1829 roku rząd meksykański wprowadza na terenie całego państwa zakaz niewolnictwa i zakaz dalszej emigracji ze Stanów Zjednoczonych do Meksyku. Stosunki między Teksańczykami a Meksykanami zaczynają się pogarszać. 1 marca 1836 roku Teksańczycy ogłaszają powstanie Republiki Teksasu. Meksykańska armia rusza w celu stłumienia rebelii, dochodzi do owianej legendą obrony Alamo. W kwietniu 1836 generał Houston pokonuje meksykańską armię w bitwie nad rzeką San Jacinto. Teksas staje się oficjalnie republiką zajmującą terytoria dzisiejszej Oklahomy, Kolorado, Kansas, Wyoming i Nowego Meksyku. Sam Houston zostaje prezydentem.
W 1845 roku Teksas przyłącza się do Stanów Zjednoczonych jako 28 stan, pod warunkiem, że będzie mógł odłączyć się, kiedy zechce!
Ludzie są mili :). Jak to w Ameryce, każdy uśmiecha się od ucha do ucha. Wszyscy przyjaźnie nastawieni. Teksańczycy to typowi "twardzi ludzie". Różnice są spore, ale zauważalne dopiero jak się pozna resztę stanów. Typowi cowboys. Na prowincji to duże samochody, a w środku faceci w kapeluszach i kobiety w dżinsowych ubrankach. W miastach zachowana elegancja, ale zawsze jakiś kowbojski element się znajdzie. Buty "kowbojki" do garnitura :). W poglądach Teksańczycy wydają się być konserwatywni. Nie jest też niczym dziwnym widok rodzin modlących się przed jedzeniem w Burger Kingu. Na każdym kroku widać silne poczucie dumy narodowej. Tabliczki na drogach w stylu: "Nie zadzieraj z Teksasem" itp. Kult broni. Wydaje się, że każdy ma jakąś schowaną w zanadrzu. Mijałem samochody z zawieszonymi za kierowca strzelbami. Im dalej na wschód, tym więcej tzw. Afroamerykanów. Oczywiście największą, zastanawiam się czy napisać mniejszością... ale niech będzie, są Meksykanie. W końcu to ich ziemie, i stan graniczy z Meksykiem. W bardzo dużym procencie przebywają tu bez ważnej wizy lub nielegalnie przekroczyło granicę.
Najlepięj opisał ludzi z teksasu John Steinbeck w książce "Podróże z Charleyem".
Ludzie są mili :). Jak to w Ameryce, każdy uśmiecha się od ucha do ucha. Wszyscy przyjaźnie nastawieni. Teksańczycy to typowi "twardzi ludzie". Różnice są spore, ale zauważalne dopiero jak się pozna resztę stanów. Typowi cowboys. Na prowincji to duże samochody, a w środku faceci w kapeluszach i kobiety w dżinsowych ubrankach. W miastach zachowana elegancja, ale zawsze jakiś kowbojski element się znajdzie. Buty "kowbojki" do garnitura :). W poglądach Teksańczycy wydają się być konserwatywni. Nie jest też niczym dziwnym widok rodzin modlących się przed jedzeniem w Burger Kingu. Na każdym kroku widać silne poczucie dumy narodowej. Tabliczki na drogach w stylu: "Nie zadzieraj z Teksasem" itp. Kult broni. Wydaje się, że każdy ma jakąś schowaną w zanadrzu. Mijałem samochody z zawieszonymi za kierowca strzelbami. Im dalej na wschód, tym więcej tzw. Afroamerykanów. Oczywiście największą, zastanawiam się czy napisać mniejszością... ale niech będzie, są Meksykanie. W końcu to ich ziemie, i stan graniczy z Meksykiem. W bardzo dużym procencie przebywają tu bez ważnej wizy lub nielegalnie przekroczyło granicę.
Najlepięj opisał ludzi z teksasu John Steinbeck w książce "Podróże z Charleyem".
Przez wyspę przebiega główna ulica Padre Blvd, wzdłuż której rozmieszczona jest większość barów i restauracji. W ofercie mają owoce morza i typowo amerykańskie dania ze stekami w roli głównej :). Nie należy ulegać pokusom niektórych lokali, zachęcających gości darmowymi dokładkami. (Zamów talerz krewetek drugi za darmo). Czas oczekiwania jest zwykle bardzo długi (bardzo) a jakość jest średnia. Większe sieci hotelowe mają swoje restauracje. Przyznam że nic sczególnego i wyróżniającego nie spotkałem.
Ale jest jedna restauracja warta odwiedzenia. To Pier99 w Corpus Christi. Jestem wybredny jesli chodzi o owoce morza (za krewetkami szaleje). Restauracja utrzymana w portowym stylu. W środku ciekawy wystrój mocno nawiązujący do oferty w menu. Na stolach pod plaskiniem, powtykane są wizytówki, kartki i serwetki gości zachwalające jakoś jedzenia i obsługe. Za niewielki pieniądze można dostać wielki talerz krewetek zrobionyn na kilka sposobów. Byłem głodny ale nie udało mi się zjeść wszystkiego! Było pyszne. Do tej pory wspominam to miejsce.
[Pier 99. adres: 2822 N Shoreline Blvd, Corpus Christi, TX]
Padre Island National Seashore: zdecydowanie najatrakcyjniejsze plaże, dojazd od strony Corpus Christi. Północna część jest narodowym rezerwatem, więc jest nieskalana przemysłem turystycznym. Przy wjeździe pobierana jest symboliczna opłata i dostaje się mapkę z ulotką informacyjną na temat środowiska i zwierząt. Rangersi pilnują, żeby ludzie nie zanieczyszczali terenu, wszędzie są kosze na śmieci i specjalnie zbudowane stoliki z wiatą chroniącą przed (bardzo bardzo) mocnym słońcem. (Nie dziwią filtry z faktorem zaczynającym się od cyfry 72). Samochodem można dotrzeć na wielki parking, gdzie obok wznosi się drewniana budowla, w której znajdują się prysznice i przebieralnie i mała kawiarenka.
Plaża jest rozległa, więc można spacerować godzinami (nie napotykając żywej duszy). Piasek jest biały i sypki, ale po nagrzaniu bardzo gorący. Roślinność jest uboga, nie ma palm i drzew, czyli naturalnej osłony przed słońcem. Wielkie wydmy. Woda w okresie letnim (byłem w sierpniu) jest hm... jakby to opisać bardzo obrazowo… jak gotowane mleko. Wchodzi się do niej i nie ma specjalnie różnicy z temperaturą na zewnątrz (dla mnie rewelacja). Spędzałem w niej po kilka godzin dziennie! W zimie (byłem tam w grudniu) woda jest chłodna, przypomina Pacyfik lub Bałtyk w polskie lato :). Osoby ceniące sobie spokój, ciszę i kameralną atmosferę, poczują się świetnie na Padre Island. Trzeba tylko zabrać ze sobą duży cooler i sporą ilość wody i jedzenia. Szczęśliwcy mogą trafić na okres, w którym wielkie żółwie wychodzą na plaże. Ważne: nie da się przejechać z części północnej na południową część Padre Island. Trzeba wrócić do Corpus Christi i zrobić spory objazd.
Corpus Christi i Port Aransas to typowo miejskie plaże. Rozciągają się wzdłuż północnych wybrzeży miasta, które znajduje się w małej zatoce. Plaże są szerokie. Dużo hoteli i apartamentowców. Woda od strony zatoki jest ciepła i spokojna. Na szeregu wysp odgradzających Corpus Christi (Crane Island, Mustang Island) znajdziemy miejsca do pływania i opalania, nie odbiegające zbytnio od Padre Island. Jedynie więcej osób i... śmieci.
South Padre Island: podobno najbardziej dziewicze plaże. Potwierdzam. South Padre to wyspa w kształcie cygara (a jakże, kopia South Beach w Miami), podzielona na dwie części. Pierwsza to typowo turystyczne zagłębie, z wysokimi hotelami i apartamentowcami od strony zatoki. Z przemysłem turystycznym całkiem dobrze rozwiniętym. Wzdłuż głównej ulicy mieszczą się restauracje, puby i sklepy (głównie dla surferów). A druga część to ta, która zaczyna się od... końca drogi z tabliczką END :). Tutaj można zjechać nad pobocze (nie ma parkingu). Plaże są kopiami tych z północy, ale bardziej zróżnicowane terenowo. Wydmy i małe piaskowe górki tworzą coś na podobieństwo Sahary. Uciekając od wody można zaszyć sie w małej dolince osłoniętej od wiatru i ludzi. Cisza jaka tam panuje (i słońce), pozwala na chwilę zapomnieć o bożym świecie. Kilka razy udało mi się zasnąć. Temeperatury w sierpniu są wysokie, a w grudniu temperatura nie spadała poniżej 30 stopni. A wszystko to tuż koło granicy meksykańskiej. Tak więc ludzie chcący się zabawić i poimprezować w bliskości zielonej karaibskiej wody, jak i chcący odpocząć od świata, znajdą coś dla siebie... Miejsce to na pewno przyciąga coraz więcej turystów. Wielkie dźwigi co krok i szkielety nowych hoteli przepowiadają niedaleki boom na to miejsce. Zastanawiam się, czy to miejsce odciąży Florydę?
Galveston Island: to już południowo-zachodni Teksas. Plaże typowo "amerykańskie", czyli gdyby nie wysokie chodniki i murki, wjechalibyśmy samochodem prawie do morza:). To bardzo zatłoczona wyspa. Plaże zwykle zapchane i ciągnące sie na całej długości wyspy. Znajomi nazywają to miejsce - pływającą imprezownią. Nowoczesne hotele zbudowane tuż przy głównej ulicy, żeby turysta nie musiał za bardzo chodzić. Opiszę to miejsce przy okazji relacji z innej wyprawy.
Teksas oferuje jeszcze wiele mniejszych plaż, równie atrakcyjnych.
Trasę Kalifornia - Texas przejechałem już kilka razy i starałem się za każdym obierać inną drogę i zwiedzać nowe miejsca. W tym opisie ograniczę się tylko do rejonów, przez które przejechałem w drodze do South Padre Island.
Zaczynając od początku wyprawy:
• Phoenix, Arizona. Miasto samo w sobie nie jest atrakcyjne. Płaska zabudowa i kilka niewielkich drapaczy chmur. Ale posiada jakiś :"kliamcik", który spowodował, że przypadło mi do gustu. Centralny plac w mieście to pomniki. Upamiętniają wszystkie wojny. Dokoła rosną drzewa pomarańczy obwieszone swoimi owocami. W mieście można zajechać do Desert Botanic Garden w Papago Park. Można sporo nauczyć się o pustynnej roślinności.
• Scottsdale, Arizona: Miasteczko - dzielnica Phoeix, kameralne, w bardzo westernowym stylu. Dużo sklepów z pamiątkami i wyrobami indiańskimi. Stylowe bary i restauracje. To zdecydowanie warte zatrzymania się miejsce na trasie.
• Tucson, Arizona: Samo miasto nie jest specjalnie warte oglądania. Najciekawsze zaczyna się na południe od Tucson. Mamy więc Saguaro Nat'l Park. Słynne na całym świecie kaktusy. (Pocztówkowe). Rozsiane na dużej przestrzeni, robią niesamowite wrażenie. Zdjęcia obowiązkowo. Droga przez park jest bardzo kręta i ma wydzielone miejsca postojowe. Na własne ryzyko można pochodzić po terenie, nadziania się na kolce nie da się uniknąć :)
Obok parku znajduje się jedne z największych złomowisk samolotów. Naprawdę wielkie. Maszyny stoją w rzędach i nie widać ich końca.
Po drugiej stronie autostrady można (a nawet wypada:) wstąpić do Pima Air & Space Muzeum. Można z bliska zobaczyć i dotknąć prawie wszystkie samoloty wojskowe i cywilne jakie latały i latają. Niezła atrakcja. Teren ogromny. Do zwiedzania w środku jest Air Force One prezydenta Kennedy'ego. Raj dla pasjonatów lotnictwa.
Kilkanaście mil dalej warta odwiedzenia jest stara misja hiszpańska San Xavier Del Bac. Budowla jest odnowiona. Wieczorem podświetlana. Misja znajduje się na terenie rezerwatu indiańskiego i osoby ciekawe współczesnych potomków Indian mogą ich tam spotkać; kupić wyroby lub zjeść posiłek.
• El Paso, Texas: to miasto graniczne. Za mostem znajduje się Ciudad Juares. Samo w sobie nie ma żadnych wartych wspomnienia atrakcji. Ja potraktowalem je jako noclegownie i miejsce gdzie można bezpiecznie zostawić samochód i przejść piechotką do Meksyku. Już przed wejściem na most graniczny kłębią się masy ludzi, właściwie sami meksykanie. Trudno wypatrzyć turystów. Opłata za przejście jest symboliczna w jedną i drugą stronę. Po stronie Ciudad Juares nie ma żadnej kontroli granicznej... znajomi chcieli pieczątkę na pamiątkę ale niestety nie udało się. Po 5 minutach moi znajomi chcieli wracać. W tym miejscu nie wygląda atrakcyjnie. Blacha falista i zniszczone budynki. Główny plac z kościołem i dużo sklepów. To głównie na zakupy wybierają się tutaj amerykanie. Wszystko kilka razy taniej. Alkohol i papierosy. Miasto słynie jeszcze z ... seks wypraw. Jest tutaj duża prostytucja. Powrót to już bardzo dokładna kontrola nawet jeśli ktoś był tylko kilka minut. (Koledze przeglądali film jaki nakręcił).
• San Antonio, Texas: to już perełka (moim zdaniem). Jedno z ładniejszych miast w USA. Główną atrakcją jest Alamo. Słynna misja broniona przez Teksańczyków w wojnie z Meksykiem. Znajduję się w centralnym miejscu miasta, można zwiedzać wnętrze i ogrody. Budynki i uliczki, sprawiają że na chwile zapominam że jestem w nowoczesnej Ameryce :). Niedaleko od budynku Alamo znajduję się River Walk. Są to kanały położone poniżej poziomu ulic. Można tu schronić się przed upałami. Tutaj można znaleźć większość restauracji i barów. Gęsta roślinność, wąskie uliczki, wodospady i mini parki... może zauroczyć. Na wodzie pływają lodzie (trąci Wenecją i gondolami) na pokładach których można opłynąć cały river walk. Niedaleko od centrum można wjechać na ponad 200 metrową wieżę z restauracja. Widoki na całą okolicę. Słabą stroną miasta jest bardzo duża bezdomnych kręcących się w pobliżu centrum miasta.
• Corpus Christi, Texas: Przyjemne miasto, z dobrym zapleczem hotelowym. Tu już czuć tropiki. Na pewno jedną z głównych atrakcji jest rundka po pobliskich plażach.
Padre Island tuż za rogiem :). Można zabrać się na przejażdżkę po zatoce i odwiedzić repliki statków Kolumba (niestety na nabrzeżu). Najwięcej czasu może zabrać zwiedzanie zacumowanego w porcie lotniskowca USS Lexington. Profesjonalnie zrobiona oprawa i muzeum. Zwiedzać można kilka pokładów, zobaczyć i dotknąć współczesne samoloty bojowe. A na osoby wychodzące z lotniskowca czekają pobliskie restauracje z bardzo dobrymi owocami morza.
• South Padre Island, Texas: to już odpoczynek. Atrakcjami są plaża i pogoda.
USA to chyba idealne miejsce na zakupy :). Pod każdym miastem jest jakieś duże lub małe centrum handlowe. Nie rzeba specjalnie szukać na mapach lub w necie. Mija się tego dużo. Wal Mart, Target, Costco to giganty gdzie kupisz wszystko za małe pieniądze. Safeway, Lucky, Albertson to duże supermarkety. Marshalls, TJ Max, Nordstrom to tanie markowe outlety. Wymieniać moża jeszcze długo. To tylko przykłady.
O jedzenie nie ma się co martwić, jest wszędzie i dużo. Sztuka znaleźć odpowiednie. Ale każdemu można dogodzić.
Kuchnie azjatyckie są praktycznie wszędzie, tak samo jak meksykańskie.
Na trasie znajdziemy głównie sieciowe restauracje, fast foody.
Często spotykane i całkiem przyjemne to: iHope, Dennys, Applebees i Chilis - śniadania, obiady i kolacje w przystępnych cenach. Z hamburgerowni to zdecydowanie najlepsza sieć to In-n-Out. Smaczne robione na miejscu. To tylko przykłady.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Przez cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotels-in-usa.net Hotele
- www.art-collecting.com Galerie
- www.museumsusa.org Muzea
- www.usatourist.com Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

