Druga czesc relacji z dwutygodniowych wakacji na Kubie
23.11.2010Dojazd do gór to kolejna lekcja tutejszego stopowania – tym razem korzystamy z profesjonalistów! Tak tak, na Kubie istnieją profesjonalni stopowicze na etacie. Ubrani w żótłe mundurki, stoją na obrzeżach miasteczek i łapią co się da, czyli głównie nasze ulubione pasażerskie ciężarówki (tym razem te bez dachu, bez okien i z miejscami stojącymi) i wpakowują tam czekających pasażerów. Wpakowani, na stojaka docieramy do podnóża gór. Na tym etapie już porządnie spieczeni słońcem. Za to mamy pokaźną grupkę kubańskich znajomych, w kolejnych miasteczkach znowu krążymy bowiem w poszukiwaniu biletu na bilet i pomagają nam lokalny Pedro z żoną;) Trochę nam głupio za każdym razem, bo każdy z nich jest serio przerażony, ze sąsiedzi czy policja pomyślą że czerpią z nas korzyści – tym razem Pedro zaczyna więc od wizyty wprost do policji, żeby wyjaśnić o co chodzi;) W miasteczku trwa festyn, gra muzyka (znowu jak nic brazylijskie seriale;), my objadamy się pizzą w kubańskim stylu (taki pieróg raczej z ciasta drożdżowego z serem - ale smaczne!) i dziwacznymi owocami o dziwacznych nazwach (może ktoś wie co to jest czeremoja?!), ale wszystko co dobre się kończy i czas na kolejną caminię. Na noc lądujemy w ośrodku wczasowym nad rzeką – ale że kierowniczka tylko do 4tej, więc oficjalnie nas przyjąć nie mogą... Za to nieoficjalnie rozbijamy się na ośrodkowym placu zabaw. Nasze Campismo jest nieco puste, akurat trwa wymiana turnusów, ale jest knajpka i nocna dyskoteka. W plecaku jest rum i tukola, i tak to razem wszystko w połączeniu kończy się.. naszą pierwszą lekcją salsy! Zostajemy wyrwani na parkiet przez zaciekawioną lokalną młodzież;)
Obudzić się ciężko, ale ruszamy dalej – nieco autobusem, w pewnym miejscu autobus protestuje i w dalszą drogę już pieszo (za duży stok i jakby zjechał, to by ponoć nie podjechał;) Tym razem na klasycznego stopa łapiemy dwójkę młodych Niemców z wypożyczonym samochodem (i będą to jedyni turyści, jakich zobaczymy tu na południu – na serio!!!) i docieramy do bramy do Sierra Maestra. Akurat na czas, bo w góry nie wpuszczają od 13-tej ... teoretycznie. Bo dziś nie wpuszczają też przed 13-tą, za to po 14-tej już jak najbardziej;) A dokładnie to: o 12.45 góry są zamknięte bo nie ma przewodników, o 13.00 są przewodnicy ale na jutro, o 13.15 przewodnicy są na dzis ale góry są zerezerwowane dla jakiejś innej grupy turystów, o 13.30 są już zarezerwowane dla nas ale na jutro, a ... $30 dalej mamy już wszystko czego trzeba i ruszamy na szlak! Ku osłupieniu naszych Niemców, po długiej wymianie zdań („possible? – no possible!–– possible...”) korumpujemy strażników parku narodowego, którzy w zamian za to ... fundują nam piekielne męczarnie! Nie mogę uwierzyć, ze sami się o to prosiliśmy, ba - zapłaciliśmy;) Piekielnie gorąco i pod górę! Przypomina mi się, że wybór Karaibów miał w domyśle oznaczać pławienie się w morzu... no i co się stało?!? Nie wyszło... I kto zapakował ten ciężki bagaż!?! Żeby nie było za łatwo, to przezornie oszczędziliśmy na wodzie… Odpoczywa za to nasz aparat – Marek sprytnie ładuje go mi do plecaka...
Ledwo żywi z pragnienia docieramy wieczorem do partyzanckiej bazy; stąd niedaleko do najwyższego szczytu Kuby – Pico Turquinio (niecałe 2000m), a stamtąd już tylko w dół na drugą stronę - do morza! Decydujemy się na przyspieszenie tempa (jak nic to udar słoneczny) – i skoro świt zdobywamy Pico! Lancz w kolejnej partyzanckiej bazie pod Pico Cuba urozmaica Marek pokazem otwierania konserw. Przez chwilę błyszczy scyzoryk, potem biała kość Markowego kciuka. I tak to polska krew wsiąknęła w kubańską ziemię... Obandażowany i solidnie usmarowany krwią (moja sugestia że to sos pomidorowy z puszki po sardynkach zostaje ucięta spojrzeniem ostrym jak .. scyzoryk;), Marek rusza dalej. Pod nami, jedyne 2000m w dół, turkusowe morze – przed nami dzień marszu, pod koniec którego kolana mnie nienawidzą, a ja nienawidzę tego kto pakował ten ciężki plecak.
Ale na dole znajdujemy raj! Tuż przed zejściem do morza, w wiosce Las Cuevas, trafiamy na wiatę pod palmą, ze stolikiem pod wiatą i zimnym piwem na stoliku. Zapytany właściciel zgadza się na rozbicie namiotu (szybka kalkulacja - ile dam radę jeszcze przejść) - 2 metry dalej. Zalegamy w naszym raju z widokiem na turkusową zatoczkę i pod sam wieczór zbieramy siły na zejście w dół i kąpiel w falach. No nie ma szans na opisanie tego uczucia!!! Jeszcze troche Cuba libre – a potem ponoć jest burza i namiot przecieka, ale niech się dzieje, co chce....
W naszym prywatnym raju jest tylko jeden problem – niby jest droga, ale jakby taka pustawa. Po paru godzinach obserwacji: kompletnie pusta. Więc na widok pierwszego (i jak sie okaże jedynego tego dnia) samochodu rzucamy się w stronę szosy. He he – powolnym krokiem doczłapujemy się, bo zakwasy jeszcze przez parę dni będą solidne;) Nie tak łatwo przekonać organizm, że jesteśmy młodzi i wysportowani;)
Wraz z pozostałą ekipą doładowaną na naszą ciężarówkę spędzamy dzień jako wagowi! Reperujemy wszystkie zapsute wagi od Las Cuevas do Santiago;) Jest coś kojącego w tym podróżowaniu – poruszamy się jakiś kilometr na godzinę, nieraz cofając się po jakieś ważne wagowe części, więc to nie podróż jest tu głównym punktem dnia - głównie gapimy na dzieciaki przed szkołą, słuchamy muzyki z głośników na lokalnych targach, zwiedzamy sklepy, przychodnie i szpitale (im. Che Guevary), i siedzimy pod ciężarówką trzymając kciuki za naszych wagowych (Marek tylko jeden). Imperatyw odhaczania jak najwięcej pozycji w przewodniku budzi się tylko raz, jak Markowi przypomina się, że w wiosce, z której właśnie wyjechaliśmy był zatopiony XIX-wieczny hiszpański frachtowiec – 30 metrów od brzegu! Nie przez nas wrzucone, ale może są na tym wraku monety i jeszcze kiedyś tu wrócimy...
Narazie przemierzamy dalej południowe wybrzeże – widoki są genialne, cały czas z jednej strony turkus morza, a z drugiej porośnięte tropikalną roślinnością zbocza Sierra Maestra. Wkrótce okazuje się, że są uzasadnione powody pustek na naszej drodze – szosa jest w wielu miejscach kompletnie zerwana, co jest wynikiem przede wszystkich huraganu sprzed paru lat. Wieczorem nasi wagowi litują się nad nami i zabierają ze sobą do hotelu robotniczego, w którym sami również nocują. Lądujemy więc w tanim hoteliku z domkami zawieszonymi nad wodą – wg przewodnika powinna być tu spora baza turystyczna, ale wygląda na to, że została zaadaptowana na lokalne potrzeby. Dobrze dla nas – ceny spadły kilkukrotnie. Przy rumie i lodach (nasi wagowi wytrzasnęli skądś cały termos) wypytujemy o realia mieszkania na Kubie. Mało kto tu politykuje (przekazanie władzy przez Fidela jest tu zupełnie ignorowane jako „wydarzenie”) – za to wszyscy tęsknią za czasami, gdy można było wyjechać przynajmniej do krajów bloku socjalistycznego. Niektórzy z poznanych Kubańczyków byli nawet w Polsce (i potrafią wypowiedzieć Szczecin), ba – znajdujemy wspólnych znajomych z fabryki w NRD. Bez wchodzenia w szczegóły narzekań - obecnie zamknięta granica nie cieszy się poparciem...
Następnego dnia wracamy do cywilizacji – przez zatłoczone i zadymione Santiago de Cuba przeskakujemy nieco na północ – do Trynidadu. Wpisane na listę UNESCO miasteczko jest po brzegi wypełnione przez obcokrajowców, ale jakimś cudem nie traci nic a nic ze swojego uroku. Trafiamy tam wieczorem – akurat na czas, żeby załapać się na nocną imprezę odbywającą się codziennie na schodach przy centralnym placu. Zagraniczniaki mieszają się z lokalnymi głównie na ... parkiecie. Ku uciesze i mojej i Marka, zostaję na resztę wieczoru porwana do salsy. Trynidad naprawdę nam się spodobał, więc krążymy po brukowanych uliczkach cały następny dzień. Spotykamy przy okazji naszych znajomych Niemców, których zostawiliśmy przed bramą do Sierra Maestra i znajomego Kubańczyka, z którym wczoraj wywijałam na parkiecie;) I niespodzianka – odwiedzamy Profesorrę Hernandez zaliczając całogodzinną lekcję salsy. Razem!!!
Marka ręka dochodzi powoli do siebie, więc decydujemy się na zrealizowanie planu z nurkowaniem. Zaopatrzeni w gumową rękawiczkę i instruktora Pedro (tym razem naprawdę), lądujemy na plaży niedaleko Trynidadu. Już sama plaża wystarcza za wszystko: biały piasek, cień pod palmowymi wiatkami i turkusowe morze (czy kogoś już znudziłam tym kolorem? Nic na to nie poradzę – morze jest turkusowe ;). A rafy są... tu głęboki wdech (a raczej tysiąc płytkich do wyczerpania butli) i po godzinie nurkowania ...łał!!! Jednego jesteśmy zgodni – następne wakacje sprzędzamy pod wodą!! Umawiamy się jeszcze z Pedro na następny dzień, ale nurkowania i tak za mało. Postanawiamy chociaż nie oddalać się od morza na resztę tych wakacji (czyli ich ostatni dzień) i po drugim nurkowaniu ruszamy do...all-inclusive hotelu na samym końcu półwyspu. Na nasze wytłumaczenie nie mamy absolutnie nic – nie powiódł się nawet sprytny plan puszczenia z torbami baru na plaży;) Zielony promień (a może tylko za dużo daiquiri verde) przypomina nam o powrocie na zielone łąki Anglii... Piraci z Karaibów zasiadają znowu do swoich biurek – dobrze, że chociaż szef pyta kiedy kolejny urlop;)
trzeba rozgryzc, ale warto bo tanio (przydaja sie lokalne peso). Ciezko bylo znalesc odpowiednie przystanki ale pomagali nam miejscowi. Tak samo z odpwoiednia kolejka po odpowiedni bilet. Standard... wazne ze jechalo.
trzeba rozgryzc, ale warto bo tanio (przydaja sie lokalne peso). Ciezko bylo znalesc odpowiednie przystanki ale pomagali nam miejscowi. Tak samo z odpwoiednia kolejka po odpowiedni bilet. Standard... wazne ze jechalo.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Hawana Waluta: peso kubańskie (CUP) 1 CUP = 100 centavos peso kubańskie wymienialne (CUC) 1 CUC = 100 centavos kurs wymiany: 1 CUC = 24 CUP Język urzędowy: hiszpański
Lokalny czas
Po co jechać
- Dla Salsy
- Cygar
- Starych samochodów
- Kolonialnych miasteczek
- Rewolucyjnej otoczki
- Tropikalnych plaż
Kiedy jechać
Od stycznia do maja.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.cubahotelreservation.com Hotele
- www.cuba-museums-guide.com Muzea
- www.cuba.com Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

