okazje

W mokry i zimny poranek żegnamy Anglię i...odlatujemy w przeszłość!Ale po kolei.

23.11.2010

Najpierw były nieco wakacyjnego fantazjowania (...żeby było ciepło, daleko i ładnie). Potem praktyczny przegląd możliwości (aby dolecieć tanio i bezpośrednio, bo urlop krótki, i... żeby się choć trochę zmęczyć, czytaj – schudnąć;) I tak wypadło na Kubę. Więc po paru godzinach przyjemnego lotu lądujemy w gorącym Varadero. A dokładnie (o zgrozo!) w all-inclusive hotelu  na nasze wytłumaczenie jedna noc jest wliczona w bilet lotniczy. Prosto z lotniska udaje się nam jeszcze wbiec do karaibskich wód i zamówić parę szybkich mojitos tuż przez zamknięciem baru. Baru na plaży, bo pozostałe bary w hotelu dostarczą nam jeszcze niejedno mojitos, daiquiris i cuba libre przez pozostałą część wieczoru;)

Varadero to typowa hotelowa miejscowość z białą piaszczystą plażą i niekończącym się sznurem parasoli z turystami. Rano zalegamy na jednym, wytrzymujemy z godzinę i... czas uciekać! Żegnajcie klimatyzowane pokoje i mówiąca po angielsku obsługo! Zaczynamy prawdziwe wakacje!

Havana wita nas chaosem dużych miast. Jak wszędzie, gdzie dotąd byliśmy: nieco naganiaczy, nieco brudu i hałasu. Wszystko to nieważne, bo stoimy zapatrzeni w przejeżdżające fury! Błyszczące cadillaki z lat 50-tych są niesamowite. Jak klasyczni pierwszodniowi turyści, trzaskamy tysiące zdjęć, praktycznie każdemu przejeżdżającemu samochodowi i autobusowi. Międzyczasie udaję nam się jakoś znaleźć miejscówkę w zupełnie przyjemnej casa particulara w dzielnicy Centro. Marek walczy z hiszpańskim, ja z karaluchami, udaje się dojść do ładu z jednym i drugim, i ruszamy na miasto. Pierwszego dnia krążymy po klimatycznym Centro. Grzeje słońce, wieje miła ciepła bryza, na każdym rogu bar z zimnym piwkiem i kubańską muzą. Ehh... Aparat trzaska na zmianę samochody i rozpadające się balkony przy nadmorskim deptaku Malecon. Choć klimatycznie, nie da się nie zauważyć, że Havana (przynajmniej ta cześć) wygląda jak w kilka godzin po wojennym bombardowaniu. Spora ilość budynków jest w połowie zarwana, sterczą pozostałości po kuchniach i łazienkach, większość balkonów trzyma się na słowo honoru. Ale jest miło i ciepło, naganiacze prawie nie naganiają (wieczorem wzmogą działalność ci od nielegalnych paladares tj. knajpek urządzonych w domu, na które powinno się mieć pozwolenie od państwa) i ogólnie wydaje się bezpiecznie - zwłaszcza, że po ulicach krąży sporo mundurowych. A my krążymy od knajpki do knajpki, z których większość albo reklamuje się upijaniem Hemingweya (co ponoć nie było trudne, bo większość czasu na tym mu schodziło) albo przyciąga muzyką na żywo (dobrze, że głośną, bo nie słychać jak Marek rozpoczyna rewolucję... szybko okazuje się bowiem, że Kubańczycy lubią ponarzekać na swój system i nie obce są im dzieje polskiej Solidarności i co gorsza – chętnie o tym rozmawiają;) Łamanym hiszpańskim życzymy im powodzenia.

Nasz drugi dzień w Hawanie, to włóczęga po starym mieście - kolonialne budynki, knajpki z dźwiekami rumby, salsy i Benny Moora. Ta część Havany została częściowo odnowiona, od razu też więcej tu turystów. Trafiamy przy okazji na targ ksiażek tj. nieskończonej ilości biografii Che i Fidela. Południowy upał przeczekujemy w knajpce słuchając lokalnego gitarzysty... który okazuje się Czechem, i po chwili wraz ze swoim kubańskim kumplem siedzą już przy naszym stoliku i piją z Markiem rum. Porównujemy, za czym staliśmy w kolejkach – my w dzieciństwie, Pedro obecnie. Swoją drogą tutejsze sklepy to chyba najlepszy wehikuł czasu – szczególnie sklepowe witryny (czyli poustawiane na przemian trzy dostępne produkty). Dołujące, ale sentymantalne. Za to dopiero po jakimś czasie zauważyliśmy, że na Klubie nie ma reklam! Żadnych plakietek Coca-coli (ani lokalnej Polokokty czyli Tukoli), żadnych plakatów, oprócz rozbrajających bilbordów z „Viva revolucion!”.

Po przemarszu przed Muzeum Rewolucji, jeszcze parę fotek na Placu Rewolucji  - tu znowu towarzyszą nam nieśmiertelni Jose Marti i Che Guevara – i czas w dalszą drogę. Łapiemy autokar do Viniales, doliny, która postała z częściowo zapadniętych gór, a obecnie jest obrośnięta tytoniem. Samo Viniales jest bardzo przyjemnym miasteczkiem, ale opanowanym przez właścicielki casa particurales – my chcemy juz odetchnąć przyrodą, więc ruszamy po dolince z plecakami. Widoczki są rewelacyjne, upał okropny aczkolwiek u celu marszu chłodzimy się w jeziorku ukrytym w jaskini. A po drodze mijamy zbiory tytoniu – wszędzie gdzie okiem sięgnąć suszą się aromatyczne liście. Przedtem zbierają je tutejsi rolnicy... oczywiście z cygarem w zębach! Ja bardziej niż o cygarach marzę o zimnych napojach i jak z nieba spada nam kokos! Właściwie to zostaje zrzucony przez przechodzącego Pedro z maczetą, który domyślił się naszych zamiarów. Eee, raczej zauważył nasz wzrok wpatrzony błagalnie w kokosową palmę. Ja za to popijając wodę z kokosa, zauważam przerażony wzrok Pedro wpatrujacego się w Marka wywijającego maczetą celem znęcania się nad kolejnym kokosem. Na szczęście wszystko kończy się dobrze i dla Marka i dla maczety. Tym razem przynajmniej...

Po dalszych paru godzinach marszu, znajdujemy przyjemne miejsce na biwak. Zaopatrzeni w Havana Rum i Tukolę zasypiamy pod Krzyżem Południa przy dźwiękach muzyki dochodzącej z pobliskiej wioski... no jak nic z brazylijskich seriali;) Rano za to łapiemy naszego pierwszego kubańskiego stopa. Pedro zatrzymuje swój wóz z koniem i udziela nam przy okazji pierwszej lekcji dla zagraniczniaka stopującego po Kubie. Zasadniczo otóż każdy Kubańczyk posiadający prywatny samochód (bądź prywatnego konia z wozem) ma zakaz zabierania turysty. Zakaz tłumaczono nam różnymi względami, jak chociażby względy bezpieczeństwa, co w porównaniu do warunków panujących w lokalnych autobusach-caminiach wydało nam się mało wiarygodne. Większy sens ma wyjaśnienie, iż Fidel a obecnie Raul starają się kontrolować przepływ turystycznej gotówki i eliminować nielegalne taksówki. W związku z tym, wsiadając do takowej obowiązuje pewna etykieta – z turysty zmieniać się należy w polskiego przyjaciela, którego kubański przyjaciel-kierowca obwozi w ramach polsko – kubańskiej przyjaźni. Całość sprowadzała się w praktyce do potwierdzenia, że kumamy, o co chodzi i szybkiej wymiany imion, co z kolei kończyło się decyzją, że znajomym jest tylko Marek, a ja mu tylko towarzyszę. Jak to się ma do Pedra z koniem i wozem? No więc cały przyjacielski proceder na tyle się rozpowszechnił, że każdy Kubańczyk jest przerażony iż może być posądzony o czerpanie korzyści z turysty, zupełnie niezaleznie od tego czy takie zamiary ma czy nie.

Druga lekcja stopowicza już wkrótce. Ale powoli. Narazie ćwiczymy przyjaźń, przesiadając się z fury do fury w kierunku północno-zachodniego końca Kuby – plaży Maria la Gorda. Ćwiczymy też zdobywanie miejsc w lokalnych autobusach, a właściwie zdobywanie wiedzy o tych czy i gdzie są takowe – okienko z informacją odtąd skutecznie omijając. Na szczęście Kubańczycy są naprawdę pomocni i zupelnie niezrażeni naszym ewidentnie nic nierozumiejącym wzrokiem, wielokrotnie prowadzali nas przez wsie, sklepy i blokowiska do miejsca, w którym lokalny transport się ukrywał ;)

Na trasie do Maria la Gorda udaje nam się też wpakować do autokaru z lokalną młodzieżą, częstującą rumem z puszek po Tukoli. Przesypiamy więc część drogi – a wieczorem trafiamy na plażę, która rzeczywiście wyglada jak z bajki: biały piasek, palmy na plaży i turkusowe morze. Mimo, że miejsce uchodzi za jedną z lepszych miejscówek do nurkowania na Kubie, jest tu raptem jeden mały hotelik i ogólnie policzalna ilość turystów. Umawiamy się z instruktorem na poranne nurkowanie i zaszywamy w namiocie na plaży. Miało być tak pięknie - rum z tukolą, ognisko, zachód słońca. Po paru godzinach przenosimy się nieco dalej od plaży, co i tak nie pomaga w ucieczce przed zmoczeniem – nad Jukatanem zaczyna bowiem szaleć sztorm i sunie w kierunku Kuby! Noc jest biała od błyskawic, widoki niesamowite – no i mamy chwilę odpoczynku od ulewy i wiatru w samym oku huraganu;) Bedzie co opowiadać, tylko że nie o nurkowaniu ;(. Sztorm nie tylko nie przeszedł do rana, ale wiatr zmienił kierunek na dobre i przez kilka następnych dni w Maria la Gorda nurkowania nie będzie. Susząc graty rozważamy czy czekać... i jednak pakujemy plecaki. Ponurkujemy gdzie indziej, a tymczasem ... „bo ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru świst w uchu” ... czyli ładujemy się na przejeżdżającą pakę!

Tu lekcja numer dwa kubańskiego stopowicza: wszystkie samochodzy nieprywatne (czyli większość jeżdżących po Kubie) ma obowiązek brania stopowiczów, co ma sens biorąc pod uwagę, że spora cześć wiosek jest zupełnie odłączona od transportu publiczego. Nasz pick-up, a my z nim, rozwozi służbowo benzynę. Na jednym z przystanków zauważamy nagle, że nawierzchnia pod kołami żyje, a co gorsza się rusza!!! Słyszeliśmy o krabach wychodzących masowo na brzeg w niektórych częściach Kuby, ale nie tu na północy – najwyraźniej huragan też im pomieszał plany. Marek szaleje z aparatem, kraby szaleją na drodze i wszystko jest git dopóki nie ruszamy dalej... Brrr, do dziś jeszcze słyszę dźwięk rozgniatanych skorupek. W przyrodzie nic nie ginie i w oddali obserwujemy pasące się na tej miazdze świnki;)

A my mkniemy dalej przez wioski, lokalni wsiadają i wysiadają i tylko czasem ktoś rzuca na nas zdziwnione spojrzenie. To akurat bardzo fajne na Kubie – ludzie, choć pomocni, to nienatarczywi. Czasem mamy wrażenie, że nas nikt nie zauważa. Nasz pick-up dociera do lokalnej wioski (tj. swojskiego blokowiska-PGRu, tylko że z rosnącymi palmami!) i tu przejmuje nas młoda Kubanka – po godzinnym spacerze wśród bloków i długotrwałych tlumaczeniach po co idziemy, przychodzi olśnienie – załatwialiśmy bilet na bilet! Ha! Mamy dwa paperki legitymujące nas do stanięcia w kolejce, która ustawi się jak już podjedzie autobus i które powinny pozwolić nam kupić bilet u kierowcy. Trzymamy się naszej pomocnej przewodniczki przez resztę podróży i tak udaje nam się przesiadając po różnych autobusach zbliżać powoli do celu (Pinar del Rio; tam przesiadka do Havany). Przyjemna w tej podróży jest zwlaszcza cena biletów – nigdzie nie płacimy więcej niż 2 peso lokalne (1 peso to 1/25 peso „dolarowego”). Przy kolejnej przesiadce przewodniczka znika – a raczej nie decyduje się na podróż tym, co akurat podjechało. My za to owszem i tak oto zaczynamy naszą przygodę z caminią - pasażerską cieżarówką. Nie podejrzewamy żeby dopuszczono je gdziekolwiek w Europie do przewozu towarów, tu za to są wszędzie (i w różnych odmianach: niektóre nawet z dachem, czasem z paroma miejscami siedzącymi a niektóre nawet z oknami)  - dymią, trzeszczą i rdzewieją ale jadą! Naszą upojną całodniową jazdę kończymy w Havanie (tam docieramy z kolei z taksówkowym „przyjacielem”), gdzie nocnym autobusem przemieszczamy się na południe Kuby (tym razem standardowym klimatyzowanym autokarem – między głównymi miastami na Kubie jeżdżą takowe; najczęściej wypełnione przez turystów, bo i cena jest tu już nieporównywalna).

Nad ranem lądujemy w Bayamo – uroczym i starym miasteczku, położonym nad rzeką, z ładnie odnowioną starówką i miłymi knajpkami. Trzeba się nacieszyć cywilizacją, bo przed nami trekking po Sierra Maestra – górach, w które wsiąkła partyzancka krew chłopaków Fidela. Taa... Oj będzie się działo;)

 

info

Warto nabyc nieco lokalnych peso (wymienic mozna w banku, nie za duzo, bo w odmienic sie nie da) - przydaja sie do kupowania czegos do przekaszania na straganach w miescie i w lokalnych sklepach

 

Warto nabyc nieco lokalnych peso (wymienic mozna w banku, nie za duzo, bo w odmienic sie nie da) - przydaja sie do kupowania czegos do przekaszania na straganach w miescie i w lokalnych sklepach

warto wiedzieć

trekking w Sierra Maestra pierwsza klasa, ale trzeba przejsc swoje zeby przemknac obok straznikow (park narodowy zamkniety po 1szej (w naszym przypadku byla 12.30 a i tak nie da sie wejsc; no i miejsca w tymze parku zabukowane, a niby sa limity wejsc itd - nikogo po drodze przez dwa dni nie skotkalismy. Skonczylo sie na lapowce cplus standardowa oplata; dosc sporo

atrakcje

Maria La Gorda, udalo sie rozbic namiot jakies 500m przed wjazdem do hotelu na koncu szosy

Ancon - rewelacyjny turkus morza, super nurkowanie i niezle miejsce do rozbicia namiotu

Autor: Skrzynki
Sklep online
Lot do Paryża za 58 zł!
Kiedy: do 04.07.12
Cena: 58 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
KUBA

Stolica: Hawana Waluta: peso kubańskie (CUP) 1 CUP = 100 centavos peso kubańskie wymienialne (CUC) 1 CUC = 100 centavos kurs wymiany: 1 CUC = 24 CUP Język urzędowy: hiszpański

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Dla Salsy
  • Cygar
  • Starych samochodów
  • Kolonialnych miasteczek
  • Rewolucyjnej otoczki
  • Tropikalnych plaż

Kiedy jechać

Od stycznia do maja.

Niezbędne informacje

więcej

Przydatne adresy

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line