Mało kto o tym wie, lecz na szlaki amerykańskich pustyń nie należy wyruszać bez grzebienia. Czemu? Ze względów... zdrowotnych!
23.04.2008
Większość śmiertelników zna symbol Dzikiego Zachodu: wielkie jak latarnie kaktusy o pokroju słupów, kandelabrów lub wieszaków. Kaktusy te nazywają się saguaro, dorastają do wysokości 10 metrów i dochodzą do wagi 5 ton. Ich największe w USA skupisko znajduje się w południowej Arizonie.
Z pewnością znacie też jukki doniczkowe – ale kto z was widział jukki tak wysokie i rozgałęzione jak drzewa? Takie jukki, zwane drzewami Joshua, porastają granicę między pustyniami Mojave i Great Basin w Kalifornii.
Arizona i Kalifornia to raj dla kaktofila. Na tamtejszych pustyniach bez większego wysiłku znajduje się kaktusy we wszelkich kształtach i rozmiarach, jakie tylko podyktuje fantazja – od niepozornych, szarych „ziemniaczków”, poprzez potężne, zielone wachlarze, do form człekokształtnych. Przygotowaliśmy zatem namiot, trochę konserw, dużo pojemników na wodę, sprzęt fotograficzny i w składzie: ja, mąż i dziecko wyruszyliśmy na polowanie. Nie jesteśmy zwariowani na punkcie kaktusów, lecz była to jedna z najwspanialszych wypraw rodzinnych, jakie odbyliśmy w życiu. Nawet mój małoletni syn, zazwyczaj nieczuły na atrakcje przyrodnicze, był zachwycony.
Nasza kolczasta przygoda rozpoczęła się pewnego wiosennego dnia w Tucson, skąd własnym autem wyładowanym bambetlami kempingowymi udaliśmy się do pobliskiego parku narodowego Saguaro, na skraj pustyni Sonoran. Słowo „pustynia” przywodzi na myśl jałową, suchą ziemię i hektary pustki. Tymczasem bujna roślinność nadaje pustyni Sonoran żywozieloną barwę (na wiosnę jest to milion barw, bo wszystko kwitnie), a pomiędzy kaktusami uwijają się liczne ptaki i zwierzęta o ilości nóg od zera do stu. W ogóle człowiekowi przychodzi na myśl, że Stwórca wystartował ongiś z zamysłem uczynienia Sonoran rajskim ogrodem, tylko że… kaktusy posadził zbyt gęsto, pokłuł się okrutnie i zrezygnował. Pustynia w Saguaro wygląda jak arcydzieło ogrodnictwa (jej doskonale nagie dno wygląda jak wypielone), jednak przechadzka po tym ogrodzie może skończyć się boleśnie. Nie mam tu wcale na myśli wszędobylskich grzechotników, śmiertelnie jadowitych arizońskich skorpionów czy jadowitej jaszczurki helodermy. Jeżeli spacerowicz jest ignorantem i nie ma przy sobie solidnego grzebienia, to jego los może być marny.
A po co grzebień? No, oczywiście, przyda się po to, żeby w tej niedoszłej rajskiej dziedzinie wyglądać powabnie. Ale głównym powodem są względy… zdrowotne. A dokładnie – udzielanie pierwszej pomocy.
Doświadczyłam tego dwukrotnie. Za pierwszym razem robiłam sobie zdjęcie z chollą i malutki człon przykleił mi się do palca. Odruchowo sięgnęłam drugą ręką, żeby go odczepić i już miałam dwie ręce „zszyte” na amen. Pociąganie przynosiło taki ból, że samodzielne uwolnienie rąk stało się po prostu niemożliwe. Na pomoc pośpieszył mój mąż, lecz nie przemyślawszy problemu, przyczepił swój palec do kolczastej kuleczki „na trzeciego”. Dobrze, że została mu jedna wolna ręka, która wysupłała z kieszeni scyzoryk z pincetką. Bolało, piekło, ale udało się. Znów miałam dwie ręce.
Drugi raz był gorszy. Pochłonięta szukaniem ważnej zguby (o tym potem), przez nieuwagę otarłam się o sporego „misiaczka”. Duży i bardzo „puchaty” człon boleśnie wżarł mi się w sam środek pośladka. Fakt, że miałam na owym pośladku parę warstw ubrania wcale nie złagodził doznań. Tym razem już nie sięgałam ręką, tylko od razu poprosiłam męża o zabieg chirurgiczny. Jednak pincetka ze scyzoryka okazała się bezużyteczną zabawką. Szkoda, naprawdę, że nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, iż zbawienny może okazać się grzebień. Grzebieniem, byle sztywnym, bardzo dobrze wyrywa się człony cholli z ciała.
Wrażenie odrobinę tylko mniejsze niż cholle zrobił na nas las saguaro porastający stoki wzgórz i zjeżone kaktusy-baryłki, podobne do słynnych „stołków teściowej”. Takich widoków nie da się zapomnieć. Podziwialiśmy także oryginalne drzewa palo verde. Drzewa te prawie nie mają liści – fotosynteza przebiega w pniach i gałęziach - tam właśnie skupia się chlorofil, nadając im intensywne, zielone zabarwienie. Po parku narodowym Saguaro spacerowaliśmy przez cały dzień i jeszcze nam było mało. Piękniejszego zbiorowiska roślinnego i krajobrazów nie widzieliśmy nigdy w życiu. I tam właśnie, chcąc przeżyć opiewany przez poetów, malarzy i fotografów zachód słońca w lesie kaktusów, zaliczyliśmy przygodę z serii „zgubiono i nie znaleziono”. Gdy słońce było już bardzo nisko, mój mąż porwał aparat i niczym kangur skoczył w pustynię. Wrócił dopiero po zmroku i wtedy właśnie się okazało, że nie mamy ani naszego drugiego obiektywu, ani zaślepki od tego pierwszego. Przypuszczalnie zaaferowany zachodem słońca mój mąż pochwycił obie te rzeczy wraz z aparatem i potem zasiał je gdzieś na pustyni, przyklękając do kolejnych ujęć. Szukanie wśród dziesiątków podobnych do siebie kaktusów nie miałoby sensu nawet przy dziennym świetle. Pobrodziliśmy tylk chwilkę w kolczastych chaszczach przy parkingu (to właśnie wtedy zostałam napadnięta przez chollę) i z nadwątloną nadzieją przeszukaliśmy parking. Na próżno.
Później wpadliśmy na pewien ekstrawagancki pomysł: obiektyw i pokrywkę mógł nam ukraść… kojot. Amerykańskie zwierzaki przyzwyczajone są do tego, że turyści zatrzymujący się na parkingach mają różne torby, a w tych torbach różne obiekty jadalne. Słyszeliśmy o kradnących szopach, rysiach, niedźwiedziach - dlaczegóż więc kradzieży nie mógłby dokonać kojot? Rzeczywiście, w pobliżu samochodu widzieliśmy dwa kręcące się osobniki o wielce podejrzanych rysach pysków. Mąż uważa, że kojoty mogły wyciągnąć z leżącej na ziemi torby fotograficznej obiektyw, myśląc, że to kiełbasa, zaś zaślepkę mogły wziąć za ciasteczko. Gdy zorientowały się, że dzierżą w pysku plastik, upuściły nasze skarby na drogę - tę, po której właśnie się kręciły i tą samą, której nie przeszukaliśmy, nie chcąc zbliżać się zanadto do dzikich zwierząt.
Wkrótce po wyjechaniu z Saguaro nasze auto zaczęły nękać jakieś dziwne stukoty i drgania w podwoziu. Gdy mąż stwierdził głosem pełnym przerażenia, że kierownica sama wyszarpnęła mu się z rąk, nie było już wątpliwości, że coś jest nie tak. Okazało się, iż przednia opona ma zerwany metalowy oplot. W Saguaro było piekielnie gorąco, ciśnienie w oponach zanadto wzrosło i po najechaniu na jakiś kamyk albo cierń - stało się.
Należało wymienić koło. Rzecz niby prosta, ale… nie mieliśmy porządnego koła zapasowego, tylko małe kółeczko, żeby w razie czego dotelepać się do warsztatu, tak zwaną dojazdówkę – śmiech na sali. Mąż postanowił nie zmieniać koła i jechać dalej autostradą bardzo ostrożnie. Dobrze, że mocno trzymał kierownicę i wlókł się 60 mil na godzinę, bo nagle rozległ się tęgi huk, a zaraz po nim nieznośny zgrzyt. W oknach pojawiły się wiązki czerwonych iskier. Mąż – wbrew teoretycznym zaleceniom – zahamował dość gwałtownie. Wypięłam dziecko z fotelika i wyskoczyliśmy z auta. Powietrze przesycone było odorem spalonej gumy, a nasza opona… nie było jej. Można powiedzieć, że rozmieniła się na drobne. Teraz już musieliśmy użyć dojazdówki. Na kemping w kalifornijskim parku narodowym Joshua Tree dotelepaliśmy się po północy.
Jeden dzień nam przepadł – trzeba było kupić i założyć porządne koło, a dla amerykańskiego mechanika to zadanie nie lada, więc wymiana ciągnęła się godzinami. Ale już następnego dnia wyruszyliśmy na piesze i jezdne szlaki parku. Główną atrakcją Joshua Tree są drzewiaste jukki (nazywane właśnie drzewami Joshua). Ich gałęzie są tak dziwacznie ułożone w przestrzeni, że robią wrażenie powykręcanych przez reumatyzm i opuchniętych ramion, zakończonych zielonymi „pomponami” – okrągłymi pękami sztyletowatych liści. W zależności od dostępności wody jukki te wyrastają na mniej lub bardziej bujne i rozgałęzione. W nagrzanych jak piece martenowskie pustynnych dolinach rosły ich setki, ale tam cechował je pokrój dosyć rachityczny. Najpiękniejsze okazy zdobiły nasz kemping – przypuszczam, że za sprawą dodatkowego nawadniania.
W Joshua Tree mieliśmy kolejną kolczastą przygodę z chollą. Cholla nazywana jest niekiedy „skaczącym kaktusem”, ponieważ jej serdelkowate człony są tak czepne, że prawie skaczą na przechodniów, bez trudu wczepiając się nie tylko w sierść zwierząt, ale i w ludzką skórę. Gdy więc zwiedzaliśmy Cholla Garden (zachwycające, naturalne skupisko tych kaktusów), uczuliliśmy na sprawę naszego syna. Niestety, był on właśnie w owym niefortunnym wieku, kiedy to bada się prawdomówność opiekunów. Dlatego świadomie próbował wejść w kontakt z chllą. Z początku bardzo ostrożnie zbliżał paluszek do gęstych kolców, jakby sprawdzając, czy da się dotknąć świetlistej aury wokół nich. Nie widzieliśmy dokładnie, jak to było, ale w końcu musiał dotknąć cholli całą dłonią, bo nagle zastygł, zbladł i wtedy zauważyliśmy, że wnętrze jego dłoni wypełnia duży, zielony serdelek.
Dzieciak nawet nie pisnął, tylko sięgnął po intruza drugą ręką i zanim zdążyliśmy krzyknąć „nie”, już miał obie rączki „zszyte” ze sobą kolcami. Wtedy jęknął przeraźliwie i rozpłakał się tak głośno, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. W jednej chwili skoczyliśmy oboje z mężem na ratunek i w jednej chwili oboje staliśmy się kolejnymi ofiarami kaktusa. Luźne człony zrobiły na nas desant – jeden wskoczył mężowi na rękę, drugi przyczepił się do mojej gołej łydki. Mąż wytrzymał, lecz ja wrzasnęłam z bólu takmocno, że zbiegli się ludzie. Pytali, cy nie trzeba pomóc, ale honorowo podziękowałam, mówiąc, że nie po raz pierwszy przytrafia się nam taka przygoda i na pewno sobie poradzimy. Niestety, grzebienia znowu nie mieliśmy. Najpierw usunęliśmy chollę spomiędzy dłoni dziecka z pomocą bandany i scyzoryka – a nie było to łatwe. Dziecko zaczęło płakać znacznie ciszej, więc przystąpiliśmy do zabiegu numer dwa - na przedramieniu męża. Poszło sprawnie.
Najgorzej było z moją łydką. Nadziałam się na kaktus naprawdę mocno i nawet mąż nie potrafił dwoma palcami wyrwać zakotwiczonego haczykami członu z mojego ciała (oczywiście problem nie w samej sile, tylko w sposobie uchwycenia intruza). Podczas wszystkich prób ból był naprawdę nieznośny, można go postawić na równi ze skurczami pod koniec drugiej fazy porodu. Wreszcie przeklęta cholla ustąpiła. Z licznych dziur w mojej łydce sączyła się krew. Noga mi spuchła tak, że potem przez dwie doby zwykłe chodzenie sprawiało mi ból. Kuśtykając zastanawiałam się, czy aby się nie wdało się jakieś zakażenie. Wyczuwałam wewnątrz ciała jakieś twarde grudki – zresztą kilka z nich wyczuwam do dziś. Być może są to nieusunięte resztki kolców, obudowane zbitą tkanką przez broniący się organizm…
Ostatnim punktem naszej wyprawy florystycznej był rezerwat Organ Pipe, leżący na pustyni Sonora na granicy Arizony z Meksykiem. Ten zakątek słynie z innych unikalnych kaktusów, nazywających się właśnie organ pipe. Są to na 2-3 metry wysokie pęki grubych, kolczastych „węży”, wyrastających z jednego punktu. Przypominają nieco wachlarze albo ramiona ośmiornicy z kolcami zamiast przyssawek. Na ich widok ogarnął nas taki zachwyt, że nie mogliśmy oddychać. Z radością witaliśmy znane nam już z Teksasu ocotillo, które w fazie kwitnienia wygląda jak wielki pęk drutów kolczastych zakończonych czerwonymi płomieniami. W Organ Pipe rośnie też około 30 innych gatunków kaktusów, od płaskich płytek trudnych do odróżnienia od kamieni, do wysokich jak latarnie saguaro. Tu saguaro kwitły – niektóre wyglądały jak zielone zjawy ubrane w wianki z białych kwiatów. W niektórych z nich były dziuple zamieszkiwane przez maleńkie sowy. Najpierw błądziliśmy wśród nich bez szlaku, nasłuchując pilnie, czy gdzieś nie zagrzechoce ostrzegawczo jakiś dobrze stopiony z tłem zwierzaczek, a także bardzo uważając, by nie postawić nogi w sąsiedztwie cholli. Potem urządziliśmy sobie kilkugodzinny rajd samochodowy po pustyni, podnosząc tumany białego kurzu, który wdzierał się do wnętrza samochodu, brudząc wszystko i przyprószając nasze czupryny „siwizną”.
Pustynia Sonora jest piękna, toteż co chwila wyskakiwaliśmy z samochodu i biegliśmy z aparatami między kaktusy. Cieszyły nas i botaniczne okazy, i krajobrazy. Tym razem – i na szczęście – obyło się bez przygód. Gdy słońce chowało się już za góry, wyjeżdżaliśmy z rezerwatu. Ku naszemu zdumieniu, nasz syn miał w oczach łzy.Machał łapką przez okno i powtarzał: „Do widzenia, pustynio! Pa-pa, kaktusy! Do widzenia, cholle! Pa-pa, saguaro!” Musiał być tam szczęśliwy, pomimo iż pocił się w upale, a momentami marudził, że chce do domu. Wielkie, piękne i trochę niebezpieczne kaktusy chyba wywarły na nim ogromne wrażenie.
Na każdym by wywarły. Co tam Nowy Jork, San Francisco, Las Vegas… Zapamiętajcie te trzy nazwy: Saguaro, Joshua Tree i Organ Pipe. Na zobaczenie tych cudów wystarczy wam tydzień. Pora roku nie gra roli. Tylko nie zapomnijcie grzebienia!
W parku narodowym Saguaro nie ma kempingu. Najlepiej nocować w motelu
w Tucson. W parku narodowym Joshua Tree są prześliczne kempingi (jest ich
aż 9), doskonałe do obserwacji przyrodniczych. Na wiosnę w nocy są przymrozki,
ale można sie ciepło opatulić i nie przejmować. W Organ Pipe Cactus National
Monument jest miły kemping Twin Peaks. Kempingi są tanie, 10 - 15$ za
miejsce na: 2 samochody, 2-3 namioty, 6-8 osób. Warunki raczej surowe, jak
to na kempingach federalnych.
Na pustyniach raczej zakupów się nie robi - nie bardzo jest gdzie. Natomiast jadąc
na pustynię trzeba kupić... dużo wody, okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem
(najlepiej numer 50).
Uwaga na niebezpieczne zwierzęta!!! Grzechotniki, węże koralowe, skorpiony,
pumy, jadowite pająki (także ptaszniki) no i słynny "Gila monster" - jaszczurka
heloderma arizońska, jeden z dwóch gatunków jadowitych jaszczurek na świecie,
ponad pół metra długości.
Można spotkać także mniej niebezpieczne: zające, widłorogi (najszybsze
zwierzęta Ameryki Północnej, podobne do antylop), pekari, owce wielkorogie.
Kilkadziesiąt gatunków kaktusów w rozmaitych rozmiarach i kształtach.
Jukki - zwykłe i drzewiaste (Joshua Tree najlepiej zwiedzać, gdy kwitną
- czyli wiosną. Od lutego do maja na dnie pustyń USA kwitną także
"efemerydy" - krótkożyjące kwiaty we wszystkich kolorach tęczy - ale
tylko pod warunkiem odpowiedniej wilgotności i temperatur.
Organ Pipe Cactus National Monument jest tak bogatym zbiorowiskiem
roślinnym, że UNESCO uznało go za Światowy Rezerwat Biosfery. Na
pustyni Sonoran najwięcej kwiatów kwitnie zwykle w kwietniu/maju.
Pustynia jest w pewnym sensie plażą - dużo piasku, dużo słońca...
Tylko wody nie ma.
Przyroda pustyni Sonoran, Mojave i Great Basin rzuca na kolana. Jest to królestwo
niezliczonych gatunków kaktusów i jukk. Nie znam osoby, która by żałowała, że się
tam wybrała. Przywozi się stamtąd fantastyczne zdjęcia i wspomnienia.
Te trzy parki z pewnością zadowolą miłośnika aktywnej turystyki. Saguaro National
Park ma ponad 160 mil szlaków pieszych o różnej długości i różnym stopniu trudności
oraz dwie widokowe trasy rowerowe, 6- i 8-milowa. Joshua Tree National Park ma 5
niedługich szlaków pieszych, a ponadto ścieżki rowerowe i do jazdy konnej (a także
miejsca do wspinaczki). W Organ Pipe Cacti National Mon. także jest dobrze
rozwinięta sieć szlaków pieszych, piękne trasy samochodowe i dość długi szlak
rowerowy (21 mil).
W USA turysta rzadko ma do czynienia z szacownymi zabytkami, lecz w Arizonie, pod Tucson, jest
wspaniała misja hiszpańska San Xavier del Bac. Zarówno jej interior, jak i eksterior robią wrażenie.
Misja ta uważana jest za najpiękniejszą w Ameryce Północnej - słusznie! Obok kościoła znajduje się
kolorowy indiański cmentarz.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Przez cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotels-in-usa.net Hotele
- www.art-collecting.com Galerie
- www.museumsusa.org Muzea
- www.usatourist.com Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

