okazje
Znajome transatlantyki, St Georges, Grenada Znajome transatlantyki, St Georges, Grenada Isle de Rhonda, wyspy Grenady Sandy Island, widok z Carriacou Sandy Island Olive - w tle Carriacou Morphion, w drodze na Grenadyny Bar u Rogera, Hog Island, Grenada Petit Martinique, wyspa Grenady Petit Martinique, wyspa Grenady Carriacou, miasteczko na północy wyspy homary wprost od rybaków, Grenada
  • Znajome transatlantyki, St Georges, Grenada
  • Isle de Rhonda, wyspy Grenady
  • Sandy Island, widok z Carriacou
  • Sandy Island
  • Olive - w tle Carriacou
  • Morphion, w drodze na Grenadyny
  • Bar u Rogera, Hog Island, Grenada
  • Petit Martinique, wyspa Grenady
  • Petit Martinique, wyspa Grenady
  • Carriacou, miasteczko na północy wyspy
  • homary wprost od rybaków, Grenada

Znajome transatlantyki, St Georges, Grenada

Pięć tygodni laby na Karaibskich Wyspach Nawietrznych: pod żaglami i z plecakiem przez Barbados, Grenadę, Grenadyny, St Vincent do St Lucii. Grudzień 2009 - styczeń 2010

07.12.2010

Nadchodzi w końcu dzień po dniu, w którym mieliśmy wypływać, przygotowawcze zakupy się skończyły, a my znamy więcej historii niż jesteśmy w stanie zapamiętać i robimy się niecierpliwi. Silke też ciągle pyta, kiedy “spakujemy” jacht, bo faktyczne nawet bez wiedzy o żeglowaniu nie da się nie zauważyć, że w stanie obecnym nie da się wypłynąć. Tak nam się przynajmniej wtedy wydawało;) Kapitan nie mówi nie, ale czeka na lepszy wiatr, tzn. słabszy. A poza tym dziś jest niedziela, a skoro jest niedziela, to obowiązkiem wszystkich żeglarzy jest stawić się na popołudniowe party na plaży w barze u Rogera. No to się stawiamy, i nie ma co – warto było czekać! Gra lokalna kapelka, czarny jak smoła Roger z długimi dredami krąży wśród gości, piwo się leje, a my poznajemy kolejnych cruiserów pełną gębą. Bosy typ o wyglądzie Neptuna w długiej fioletowej jedwabnej koszuli, bujając się do lokalnej muzy opowiada jak w poprzednim życiu był profesorem matematyki w Niemczech. Przez następne tygodnie co jakiś czas wpadniemy na kogoś kto nas przywita “Widziałem was na imprezie u Rogera”. Miejsce jest magiczne – na wyspie (Hog Island), więc dostęp ograniczony tylko dla posiadających sprzęt pływający. Jakbyście kiedyś szukali jachtostopa po Karaibach – odsyłamy tam.

Wieczorem urządzamy na jachcie homarową ucztę (rybacy podpływają tu sami ze świeżym łowem, nawet nie trzeba się ruszać z jachtu no i tańsze to niż kurczak) – Jeanne co jak co, ale kucharzem jest rewelacyjnym. Znika za to reszta zapasów rumu, więc następnego dnia trzeba zrobić kolejne zakupy przygotowawcze. Przy okazji zejścia na ląd, spędzamy dzień w Guyave – małej rybackiej wiosce na północy Granady. Zaliczamy zwiedzanie fabryki gałki muszkatołowej, smażoną selfish i najmocniejszego rum puncha na Karaibach. Wieczorem dodajemy do tego knajpki  w Clarks Court i awanturę miedzy kapitaństwem. Jeanne postanawia odpocząć od męża i rano wylecieć gdzieś indziej, Silke porzuca wiarę w możliwości żeglowne Olive i przenosi się na inny jachcik, czyli do sąsiada Ohrila, a ja wygłaszam zdanie, z którego zaczynamy mieć ubaw tuż po wygłoszeniu, o tym, że “w najgorszym razie spędzimy te wakacje na Grenadzie”. I tak to ubawieni powoli zaczyna nam być wszystko jedno: woda ciągle turkusowa, słońce, zielono, rum, homary. Wpław do baru i z powrotem. I właśnie wtedy, późnym popołudniem dnia następnego, bez konsultacji z pakującą się żoną, wygrzewającym się Markiem i mną w połowie skajpowego telefonu do Polski, po wypiciu kolejnej herbaty z mlekiem, bez słowa, Ron odpala silnik. I wyciąga kotwicę! Baraniejemy i w pośpiechu kitramy co się da. Większości się nie da, więc po i pod pokładem lecą narzędzia, owoce, książki i te kijki, patyki i wycieraczki. Wiatr zdycha za chwilę, słońce zachodzi, ale jesteśmy w innej zatoce! Rano ruszamy w górę Grenady!

Zatrzymujemy się na lunch w Dragon’s Bay, na obejrzenie podwodnego muzeum. Parka z innego jachtu daje wskazówki, gdzie szukać. Rzeczywiście – kilka, kilkanaście metrów pod wodą umieszczone są posagi kobiet w różnych pozycjach: leżących, stojących, klęczących. Trochę to przerażające, ale robi wrażenie, niekoniecznie artystyczne. Dokoła rafy, kolorowe rybki i jesteśmy zachwyceni. Na wieczór zapływamy do Halifax Bay, niestety wizytuje nas straż graniczna  i .. odsyła parę mil z powrotem, bo tu niebezpiecznie i kwitnie szmuglerka. Już po zmroku Ron rzuca kotwicę w Grand Mal i … nie podnosi się z bólu. Przez chwilę diagnoza pada na kręgosłup, ale stan się pogarsza w sekundy i Jeanne jak najszybciej organizuje transport na brzeg i do szpitala. My zostajemy pilnować jachtu. Kapitaństwo wraca późno po północy – Ron jest w znakomitym humorze, jak się okazuje po silnych dawkach morfiny. Zaatakowały kamienie nerkowe, ponoć leki pomogą, ale chwilowo ma zrobić sobie przerwę na odespanie tej morfiny. Więc mamy jeszcze jeden dzień na Granadzie, który postanawiamy spędzić na prawdziwym nurkowaniu. Szybkie przypomnienie, co i jak po dobrych 2 latach przerwy i przed nami rafy, ryby, płaszczki, węże, homary i wrak! Co prawda tylko ¼ się ostała, ale zawsze – nasz pierwszy wrak! Tym razem to my zanudzamy kapitaństwo wrażeniami przez resztę wieczoru.

W 12-tym dniu wakacji w końcu mamy jakieś porządne żeglowanie! Wieje czwórka. Zostawiamy z tyłu Granadę i płyniemy na Carricaou, wyspy która należy do … Grenady;) Mijamy jeszcze niezamieszkałe Isle de Rhonde i przepływamy nad podwodnym wulkanem Kick’em Jenny, ponoć czynnym. Na wieczór trafiamy do Tyrell Bay – znowu ogromna ilość jachtów (rozpoznajemy parę znajomych burt), a na samym środku pływający bar. Parę minut wpław i pijemy zimne piwo przy zachodzącym słońcu, zapewniając właścicielkę, że pomysł na interes jest git. Lady D przeniosła się do Carricoau z Londynu parę miesięcy temu i jeszcze dostosowuje się do nicnierobienia.

Następnego dnia robimy sobie wycieczkę do głównego miasteczka – Hillsborough (gwarnie i kolorowo, trafiamy akurat na festiwal Paranga – tradycyjnych pieśni calypso) i do cichego Windward na drugiej stronie wyspy (składającego się z zamkniętej szkoły, zamkniętego sklepu, wytwórni łodzi z chwilową przerwą w pracy i pełnego baru – szkutnicy machają do nas zachęcając do przyłączenia się do piwa). Tu widać ostatnią wyspę należącą do Grenady, Petit Martinique i rozsiane wyspy Grenadyn Południowych. Turkus wody zaczyna przerastać nasz filtr polaryzacyjny. Wracamy stopem wzdłuż zachodniego brzegu, jeszcze zahaczamy o Bogle, gdzie nasz kierowca wysyła nas do irlandzkiej restauracji zbudowanej jako domek Hobbita. Tuż obok ruin dawnej cukrowni. Poza tym niewiele więcej się dzieje na Carricoau; jest maleńkie w porównaniu z Grenadą, i bardzo suche, bo deszcze padają tu rzadko. Wieczorem większość mieszkańców wybiera się na festiwal, którego główną atrakcją, tuż po głośnej muzie przy piwie i grillu, ku naszemu zaskoczeniu okazuje się bingo! Karaibskie bingo, bo paru Anglików starających nadążyć za zasadami poddaje się po chwili.

Carricoau uchodzi za najtańsze miejsce tej części Karaibów i sporo cruiserów robi tu naprawy i zaopatrzenie. Poznajemy kolejną międzynarodową ekipę, która prowadzi tu biznes na lądzie, mieszkając na zacumowanych obok jachtach. Wrażenie robi też stylizowany szkuner, który widzieliśmy już nieco wcześniej – jak się potem okaże stał pusty, bo załoga podziwiała morze z okien aresztu w Hillsborough. Spotkaliśmy ich później na północy w Bequia, tuż po tym jak dotarły tam plotki o damskich perypetiach młodego właściciela jachtu.

Naprawy naprawami, ale my potrzebujemy wody - a tu tymczasem niedzielna przerwa w biznesie. Ratuje nas międzynarodowa ekipa użyczając swoich zapasów – jak się okazuje nie tylko wody. Marek z Ronem wracają parę godzin później z nowymi promilami i nową dawką opowieści, tym razem z dużą dozą adrenaliny, bo jest o piratach. Niewiele od nas starszy Richard, obecnie mieszkający na swoim jachciem razem z psem i dorabiający dostarczaniem łódek po świecie, miał niedawno okazję stanąć oko w oko z karaibskimi piratami. Skończyło się na  burcie dziurawej od kul i prawdopodobnie szklanym oku pirata: instynkt przetrwania kazał Richardowi wystrzelić racę wprost w sternika. Odradza żeglowanie u wenezuelskich brzegów.

Z Tyrell Bay przenosimy się bliżej Hillsborough, na Sandy Island (mały biały pasek piasku otoczony jachtami – totalna pocztówka!), bo następnego dnia mamy w planie urząd celno-emigracyjny. Ja z aparatem zostaję na brzegu, potrzaskać nieco fotek turkusowego morza i płynącej Olive. Czekam na Rona w Joe’s Banana Bar na plaży. Rasta Joe z rozrzewnieniem wspomina Iwonę, swoją ostatnią ukochaną, którą niestety wyjechała, tak jak i poprzednie. Z europejskich przygód został mu syn – i faktycznie zaraz za barem pojawia się młody Vincent, więc Joe wraca do pławienia się w morzu. Cała reszta gości leży w hamakach, większość paląc trawkę. Nie podnosząc się opowiadają mi o swoich pracach i domach w Nowym Jorku i Manchesterze – brzmi to jak czysta abstrakcja. Vincent przynosi piwo i siedzimy na ławeczce gapiąc się w morze w oczekiwaniu na mój transport na Olive. Czas już nie płynie, stoi w miejscu.

Magia trwa po dotarciu na Sandy Island. Woda jest kryształowa, a tuż pod nią masę kolorowych raf. Na brzegu parę palm i piasek jak mąka. W podwodnej pstrykawce kończą się zdjęcia.

Nad ranem podnosimy kotwice i ruszamy w stronę Petit Martinique, małej wyspy z jedną ulicą. Na noc przenosimy się “przez granicę”, czyli tuż obok do Petit St Vincent (należącego do St Vincent i Grenadyn), gdzie kotwicowisko nieco lepsze. Zresztą co tam kotwicowisko (Marek ma inne zdanie, bo to on musi walczyć z kotwicą i nurkować do poprawek) – woda robi się turkusowo-przezroczysta, w stopniu który zaczyna przerażać Rona, bo widać, że Olive wymaga wyjęcia z wody i porządnego oczyszczenia. My przyglądamy się małym krabikom mieszkającym parę centymetrów od naszej sypialni – po drugiej stronie burt. Robimy też wycieczkę powrotną na Petit Martinique po wodę – pada teraz zdecydowanie za mało żeby nadrabiać zapas deszczówką. Przy pomoście ruch: międzygraniczny handel kwitnie, co chwilę podpływają małe promy i przeładowują towary.

Zaczyna dobrze wiać, więc szybko ruszamy w kierunku Union Island. Po drodze mijamy prywatną Palm Island z zaparkowanymi obok ekskluzywnymi paropiętrowymi jachtami. Na samym wjeździe do Clifton, stolicy Union Island, mijamy jeszcze jedną prywatną wyspę – na której ledwo mieści się dom z gankiem. Ponoć cała sztucznie usypana przez właściciela – znowu totalna pocztówka (po drodze była jeszcze Morphion - skrawek piasku z parasolem ze słomy, ech).

Union Island, która miała być tylko szybkim przystankiem, okazuje się zbyt ładna na pobieżne oględziny. Surowy obrys wyspy z charakterystycznymi postrzępionymi wzgórzami kontrastuje z przytulnymi kolorowymi uliczkami Clifton z nieproporcjonalnie dużą ilością barów. W barach pyszne rum puncze, nad brzegiem palmy, wokół woda w kolorze… no tak, to już znacie. Gdzieś czytaliśmy, że ma być gwarno – okazuje się, że gwar jest tu pojęciem względnym. Raz na jakiś czas ląduje awionetka na jedynym lotnisku pobliskich wysp i raz dziennie przypływa katamaran z turystami. Przynajmniej jesteśmy pewni, że przewodnik pisał ktoś, kto jest na Karaibach od lat.

Włóczymy się bez celu, co jakiś czas przysiadając w którymś z barów i gapiąc się w morze. Zaczynam myśleć o tym, jakim cudem wrócę kiedyś do pracy. Parę barów dalej odkrywamy centrum nurkowe z lokalnym guru nurkowania Glenroyem i umawiamy się na rano. Niechcąco dopada nas cywilizacja – do nurkowania dołącza niemieckie małżeństwo, którym właśnie udało się tu dotrzeć po czterech (!) dniach podróży. Ponoć jest sroga zima w Europie!

Nurkowanie przerasta oczekiwania, nie da się nawet opisać tej ilości kolorów, korali, rybek dużych i małych. Te duże okazały się rekinami jak podpłynęłam bliżej pstryknąć fotkę. Jest i żółw, płaszczki, homary i znowu ekipa rekinów (niby, że są niegroźne, ale nie to miały w oczach). Nurkujemy w dryfie, więc podwodny prąd niesie nas z jednej wyspy do drugiej – całość wygląda jakby ktoś przewijał pod nami kolorowy film. Bajka – nazywa się Mayreau Gardens i totalnie polecamy! Po południu robimy jeszcze jedno zejście, tym razem do wraku. Wrak jest z I-szej Wojny, ma około 40 metrów i wygląda jak Latający Holender z Piratów z Karaibów – cały ażurowy od brakujących elementów i obrośnięty koralami. W każdej dziurze zaokrętowane stada rybek. Znowu zanudzamy Rona i Jeanne wrażeniami.

Nad ranem robimy odkrycie, że jest Wigilia! Szybkie świąteczne zakupy tj. buraki na barszcz i kapusta na pierogi. No i tradycyjne homary. Po paru godzinach żeglowania docieramy do Mayreau, wyspy, która jest dość stromym pagórkiem z ulicą łącząca dwie zatoczki i z wioską na samej górze. Rzucamy kotwicę w Saline Bay i schodzimy wszyscy na ląd zrobić rekonesans wioski i wypić tradycyjnego (przynajmniej w RPA) wigilijnego drinka. W wiosce nic się nie dzieje, i już jesteśmy tak blisko do powrotu na jacht, kiedy to kogoś kusi żeby zajrzeć do jeszcze jednego miejsca - Denis Hideway, baru z basenem. Denis życzy nam Wesołych Świąt i pyta skąd jesteśmy. Jak tylko się dowiaduje, że z Polski woła “Gosia”!” I tak się zaczyna nasza polska wigilia zakończona sporym bólem głowy i rewelacyjnymi wspomnieniami. Gosia okazuje się żeglarką, która parę lat temu w ekipie sześciu dziewczyn opływała świąt. Zapamiętała ten bar z basenem i postanowiła tu wrócić i tak jakoś zostało. Teraz pomaga Denisowi w prowadzeniu biznesu. A biznes okazuje się rozkręca właśnie w wigilię. Zanim się obejrzeliśmy, dookoła było kilkadziesiąt żeglarzy (czyli chyba wszyscy z okolicznych jachtów!). Pojawiła się też bębnowa orkiestra, a siedzący obok emeryt ze Shropshire okazał się zaawansowanym tancerzem. Tak to miedzy parkietem a rum punchami minął nam wieczór. Spotkaliśmy profesora matematyki z Rogerowego baru i parkę z podwodnego muzeum na Grenadzie, i jedynych backpackersów – Kanadyjczyków, których mijaliśmy kilkakrotnie w różnych portach. Przestajemy liczyć rum punche i dogadujemy się z Gosią, że rachunek uregulujemy jutro. Ubawieni wracamy na brzeg, ale tu … nie ma naszej małej łódki przy pomoście. Znajdujemy ją chwilę później pod pomostem, całkowicie zalaną, niestety bez pokrywy silnikowej. Pozostali imprezowicze pomagają ją wyciągnąć i holują nas do Olive. Zgodnie wszyscy stwierdzamy, że przejmować będziemy się tym jutro, na razie dzielimy się opłatkiem, wsuwamy barszczyk z pierogami i.. zasypiamy zanim doczekujemy się homarów.

Boże Narodzenie  zaczynamy od wiosłowania do brzegu - niestety silnik padł na amen. Wpadamy do Gosi rozliczyć się, w basenie unosi się matematyk, spora reszta wczorajszej ekipy sączy szampana tuż obok. Nikt nie jest chętny na dołączenie się do naszej wycieczki na gorę wyspy;) A tu widok marzenie - jeśli napisałam, że jakieś z poprzednich miejsc było jak z bajki, to zmieniłam zdanie! Z dziedzińca przed kościołem na Mayreau roztacza się turkus po horyzont, z rozsianymi tu i ówdzie wysepkami Tobago Cays, otoczonymi w podkówkę rafą koralową. A z drugiej strony widok na Salt Whistle Bay, uroczą, otoczoną skałami w idealny okrąg zatoką na samym krańcu wyspy. Godzinę później przekonujemy Rona na przenosiny i resztę pierwszego dnia świat spędzamy na niesamowitej białej plaży pod chylącymi się palmami, wsuwając tradycyjne homary z masłem czosnkowym.  Nad plażą powiewa polska, czeska, norweska i kanadyjska flaga. Przybijamy piątkę z parką Kanadyjczyków i podziwiamy czeski zapał do żeglowania mimo braku wybrzeża.

warto wiedzieć

Glenroy - guru nurkowania w Union Island, Mayreau i okolicy. Totalnie polecamy wybrać się z nim na wrak Purina i koniecznie Mayreau Gardens. http://www.grenadinesdive.com/

atrakcje

Sandy Island na Carricoau, niedaleko Hillsborough - maleńki biały pasek lądu otoczony rafą; polecamy na kotwicowisko!

 

Dragon’s Bay na Grenadzie i podwodne muzeum kobiecych figur; nieco mieszane uczucia ale zostaje w pamięci. Obowiązkowe niedzielne popołudnie w barze u Rogera - Hog Island, Grenada

Autor: Skrzynki
Sklep online
Lot do Paryża za 58 zł!
Kiedy: do 04.07.12
Cena: 58 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
GRENADA

Stolica: Saint George’s Waluta: dolar wschodniokaraibski (XCD) Język urzędowy: angielski Inne: patois

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line