Mieszkają dwa i pół kilometra npm. Budują domy z rzecznych kamieni, ogrzewanie zapewnia im krowi nawóz, mają własny język.
24.08.2009„U nas wsjo jest. Syr jest, chlieb jest, pomidory” - wylicza Rachman, czterdziesto-kilku letni na oko mężczyzna, potem okazuje się, że ma 10 lat mniej. Chudy, szpakowaty, o zszarzałej twarzy gospodarz za wszelką cenę próbuje nas przekonać do zamieszkania u siebie. Dla naszej szóstki zgadza się odstąpić nawet własną sypialnię. Żona i trójka dzieci przez trzy dni mają spać w dwóch pozostałych izbach, kuchni i pokoju jadalnym.
Nie za darmo oczywiście. Za nocleg na kocach i poduszkach ułożonych na ziemi i całodzienne wyżywienie żąda na początek 40 manatów, ale w końcu – po długich negocjacjach w łamanym rosyjskim z udziałem rąk i palców- godzi się na 10, czyli około 30 złotych.
I przez te trzy dni, „wsjo jest”. Poza pomidorami. „Pomidorov niet, w Kubie jest”. A to 60 kilometrów krętej górskiej drogi. Wyprawa na cały dzień. Przez trzy dni dostajemy więc wszystko poza pomidorami. Czyli chleb – kukurydziany podpłomyk i syr, lekko pożółkły biały wysuszony i mocno słony. Wieczorem pojawia się do tego wodnista zupa, lub kartofle (tu zwane bozbasz), a na pożegnalną kolację nawet gotowane podroby kurczaka, a rano figi w cukrze.
To „wsjo” nie jest jednak specjalnym menu dla gości. Tak żywią się tu wszyscy. I od wieków. Bo od wieków całych Xinaliq żyje niemal bez zmian. Z dziada pradziada budują na szczycie góry domy z rzecznego kamienia, gdy któryś się zawali, obok stawiają nowy, stąd w osadzie dziwne murki, kręte wąskie uliczki przypominające dno wyschniętej górskiej kamiennej rzeki. Domki mają grube, często ponad metrowe ściany, często do połowy wkopane w zbocze. Są parterowe, czasem jedynie pod częścią mieszkalną wysoka piwnica i pomieszczenia gospodarcze. Wszystkie o płaskich dachach. To by chronić przed ciężkim kaukaskim klimatem z letnimi upałami i srogimi zimami, gdy temperatura spada ponoć do minus 40, a śniegu leży po pas.
Dom Rachmana ma 150 lat i Rachman nie pamięta, kto go zbudował. Większość zamieszkanych domów pochodzi zresztą mniej więcej z tego okresu. Najstarsze mają 200 lat więcej.
Sypialnia w tym kamiennym domu nasuwającym paradoksalnie, ale nieodparcie skojarzenie z lepianką, to kilkunastometrowy pokój wyłożony dywanami z pobielanymi ścianami na których zawieszone są płachty cienkiego materiału. Sufit obity jest plastikowymi workami po owsie i ryżu. Na środku sufitu dziura – służąca w lecie jako wywiew, w zimie jako komin. Meble na zasadzie co udało się zdobyć. U nas stół, kilka krzeseł i koszmarny kredensik w stylu gomułkowskim, wypełniony wszelkimi skarbami – plastikowe kwiatki, zegar z jarmarku, szklanki, jakiś kryształ.
Pozostałe izby umeblowane podobnie – w jadalni ława. Wokół niej domownicy i goście, w kucki, lub po turecku, popijają czaj. Przed ławą obowiązkowo włączony i działający bez przerwy telewizor. (Rachman chwali się, że ma nawet polski program. Przyznaje, że nie ogląda, bo nic nie rozumie). To typowa Xinalicka chałupa, tej dziwnej kamiennej wsi otulającej płaski szczyt wzgórza. Wzgórza mierzącego 2700 metrów, ale wyglądającego jak zapomniany i niewyrośnięty brat wśród otaczających go szczytów Kaukazu.
Tak naprawdę to nie wiadomo kiedy powstał Xinaliq. Archeolodzy mówią o znaleziskach sprzed dwóch tysięcy lat, ale zaznaczają, że historia tej wioski może sięgać nawet czterech lub pięciu tysiącleci wstecz.
„Pochodzimy od Noego” - Ahmed to miejscowy cwaniak z kategorii tych, którzy wszystko mogą załatwić. To on znajduje nam nocleg, szuka przewodnika, prowadzi do sklepu. Ubrany w garnitur, sięgający na oko czasów legendarnego przodka. Wtedy też pewnie był czarny. „Arka osiadła niedaleko, a on postanowił zamieszkać właśnie tutaj – tłumaczy, podkreślając słowa szerokim gestem ręki.
Dla Ahmeda dowodem jest język. „Nasz jest inny, bo tylko my zachowaliśmy mowę Noego” - twierdzi częstując wyciągniętymi z kieszeni suszonymi pestkami słonecznika. Patrząc w jego chytre oczka zastanawiam się, legenda to, czy tylko opowiastka dla foto turystów, przynęta rzucona, by coś wyciągnąć. A może potrzeba pokazania turystom z innego świata, że choć biedni, szarzy, to nie tacy gorsi, skoro ich ród z czasów tak pradawnych.
Legenda o pochodzeniu od Noego jest w tych okolicach bardzo popularna. Góra Ararat, na której według legend osiadła arka w końcu zaledwie kilkaset kilometrów od granic państwa. W samym Azerbejdżanie jeszcze co najmniej kilka miast wywodzi swoje pochodzenie od człowieka, który uratował się od potopu. Podobnymi początkami szczycą się też miasta i miasteczka w sąsiedniej Gruzji i Armenii.
Historycznie pierwsza informacja o Xinaliqu pochodzi od wielkiego starożytnego greckiego podróżnika Herodota z piątego wieku przed Chrystusem, który wymienia w swoich Dziejach 26 plemion zamieszkujących Kaukaz. Jednym z nich jest plemię posługujące się językiem xinalickim. Dziś tym gardłowym językiem mówią tylko mieszkańcy osady i ci co z niej wyjechali. W sumie według różnych źródeł od dwóch do czterech tysięcy ludzi. W ustnych przekazach zachowało się, że i ten język nie był jednaki. Podobno wzgórze zamieszkiwały kiedyś cztery plemiona, każde mówiące swoją odmianą”xinalickiego”.
Teraz język jest jeden, a jego tradycja nie ginie. Ma 77 liter, 14 przypadków i spisaną po niemiecku gramatykę. W Xinaliqu posługują się nim wszyscy, w miejscowej szkole uczy się go obok urzędowego azerskiego, rosyjskiego i angielskiego. Ta ostatnie edukacja nie na wiele się zdaje, od dzieci słyszy się tylko „bye, bye”.
Do Xinaliqu ( w miejscowym języku wymawia się „hynalik” : H gardłowe, idzie aż z podbrzusza, przypominaja raczej dyszenie, n malutkie prawie niezauważalne, za to A duże z akcentem) prowadzi nas asfaltowa droga, używając wyświechtanego nieco powiedzenia, zapierająca dech w piersi. Z Quby, największego miasta w północno-wschodnim Azerbejdżanie, prowadzi nas na wschód, wijąc się między górami i przełęczami Kaukazu. To wspina się na niemal trzy kilometry, by wywieźć nas łyse, porośnięte tylko szorstką trawą szczyty, to spada ostro w dół do 1000 metrów nad poziomem morza i zanurzyć nas w gęsty las i prowadzić głębokimi wąwozami.
Ta droga to jedyne połączenie ze światem, asfaltem pokryta została sześć lat temu. Miejscowi pokonują je starymi Ładami, lub Niwami. My nie wyobrażamy sobie przejazdu, czymkolwiek innym jak samochód terenowy. No chyba, że z miejscowymi, do osady nieregularnie kursują jeepy, można też próbować umawiać się z indywidualnymi kierowcami.
Droga jest przejezdna i też nie zawsze zaledwie przez pół roku od kwietnia do października. W pozostałe miesiące Xinaliq odcięty jest od świata. Wtedy też populacja kurczy się. Z około dwóch tysięcy, żyjących tu latem, pozostaje zaledwie 800 osób, pilnujących wielkich stad owiec i krów.
Osada wyłania się niespodziewanie zza jednej z gór, na którą wspinamy się z trudem omijając głazy, które obsunęły się z okolicznych zboczy po ostatniej ulewie. Pierwsze wrażenie – ogromne dobrze zachowane archeologiczne znalezisko z epoki kamienia, wrażenie to pogłębia liczba zrujnowanych chat.
Głównym zajęciem mieszkańców jest pasterstwo. „Wszyscy tu żyją z baranów” – tłumaczy Achmed. Z daleka wygląda to jakby, ktoś zielone zbocza pokrył czarnymi kropkami. Te kropki pogrupowane w nieregularne plamy. Co góra to jedna, dwie takie plamy. Nie dużo – mówimy sobie, ale to złudzenie, bo to nie owiec jest mało tylko góry ogromne. Mnóstwo tu też chudych krów alpinistów. Puszczane samopas w poszukiwaniu pożywienia wspinają się na szczyty gór, spokojnie skubią trawę nawet na najbardziej stromych zboczach.
Krowy to nie tylko, obok „baranów” główny żywiciel mieszkańców, ale także najważniejszy producent energii cieplnej. Na tej wysokość Kaukaz porastają już tylko trawy i mchy, dlatego mieszkańcy skrzętnie zbierają krowie placki, zwożą z gór na osiołkach, suszą przed domemi i palą nimi w piecach.
Przy wielu domach, przed zimą piętrzą się naturalne murki wysokości metra. Znak, że ta rodzina na zimę zostanie w Xinaliqu. Zacofanie, czyni też paradoksalnie tubylców, jedną z najbardziej ekologicznych osad na świecie. Niemal 100 procent odnawialnej energii. A w nowoczesna Unia Europejska walczy o to, by dojść do kilkunastu procent udziału tego typu energii. Koszt liczony w miliardach euro, a efekt w porównaniu do Xinaliqu mizerny.
O jakości tej energii przekonujemy się, gdy idziemy do reklamowanej przez miejscowych „bani”. Cudzysłów nie przypadkowy, bo bania to komórka za domem, z prysznicem i termą. Woda gorąca nagrzana krowim nawozem. Gdy wody ciepłej nieco ubywa, babuszka dorzuca jeszcze jeden placek i to wystarcza, by ciepła wystarczyło dla wszystkich.
Żądania turystów o prysznic wywołują u Rachmana zdziwienie. Przecież jest butelka z wodą zawieszona na murku, dzięki której można twarz i ręce popryskać wodą. Czego potrzeba więcej. Tak wygląda higiena codzienna i tylko raz na jakiś czas szorowanie w balii. Oszczędnościom trudno się dziwić, wody jest niedużo. Pochodzi z pobliskich górskich źródeł. Po wsi rozprowadzona jest pajęczyną cienkich zardzewiałych rur, leżących na ulicach. Tymi rurami cieknie sobie niespiesznie. U ich zakończenia gromadzą się opatulone w chusty kobiety. W metalowych wanienkach wspólnie piorą.
U kobiet tradycja i niezmienność widoczna jest najbardziej. Wszystkie ubrane w tradycyjne stroje, z chustami na głowach. Gadają tylko między sobą, do obcych, zwłaszcza mężczyzn nie odezwą się wcale. Rzadko można je w ogóle zobaczyć, chyba, że przy pracach domowych. Nawet nasza gospodyni, przez trzy dni pojawia się w naszym pokoju niemal bez słowa, a nić porozumienia próbuje nawiązać tylko ze współturystkami, to pokazując im swoje stroje, to dopytując o kosmetyki.
Co innego mężczyźni. Ci do rozmowy chętni. Siedzą przed domami, czy sklepikiem, rozmawiają, palą. Noszą się mniej tradycyjnie. Jedynie wysokie kaukaskie czapy nawiązują do starych czasów.
Niektórzy w zakurzonych i wytartych garniturach, inni w porozciąganych swetrach w kratę, podobnych do tych, jakim onegdaj handlowano na ruskich bazarach, jeszcze inni w błyszczących dresach. Mężczyźni ciekawi nowin i rozmów. Wszyscy pytają, czy zdobyliśmy pobliski szczyt (fama po wsiach na całym świecie rozchodzi się bardzo szybko). Pytają o politykę, chwalą się znajomością świata. Jeden z nich zagaduje nawet, co myślę o prezydencie Kaczyńskim, tu uważanym za odważnego polityka.
Tryb życia wyznacza natura. Od piania koguta (turysty „wstawajtie” dźwięczy nam w uszach jeszcze długo) do wieczora, gdy pije się ostatni czaj. Charakterystyczne przy tym, że nie ma tu wschodów i zachodów słońca. Gdy wynurza się zza potężnych gór stoi już wysoko, niknie na długo przed tym gdy dosięga horyzontu.
Jest prąd, ale z niego tylko z dwie ciemne żarówki i telewizor. Dzień to dla części pilnowanie owiec, dla starych siedzenie na dachu, czy ławeczce przy sklepie, dla kobiet prace domowe. I rzecz charakterystyczna. Nie ma młodych – nastolatków, czy nieco starszych. „Wyjechali – wzruszają ramionami starzy – do pracy , do szkoły nawet do Rosji”. Więc pozostali tylko starzy, umorusana dzieciarnia i ci co wyjechać nie mogą.
I wszyscy marzą o wygodach świata, które zobaczyli w telewizorach. A „turysty” wyjeżdżając oglądają się jeszcze raz za siebie i marzą, by ten dziwny zapomniany świat sprzed wieków nietknięty pozostał jak najdłużej.
jest tu coś w rodzaju hotelu, ale lepiej znaleźć kwaterę u miejscowych. Niby- hotelik wygląda na bardzo brudny i zapuszczony, poza tym jest poza główną osadą. A mieszkając u miejscowych poznaje się też ich życie i zwyczaje.
jest tu coś w rodzaju hotelu, ale lepiej znaleźć kwaterę u miejscowych. Niby- hotelik wygląda na bardzo brudny i zapuszczony, poza tym jest poza główną osadą. A mieszkając u miejscowych poznaje się też ich życie i zwyczaje.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Baku Waluta: nowy manat (AZN) 1 manat = 100 gopików Język urzędowy: azerbejdżański Inne: rosyjski
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

