okazje

podróż pociągiem do Moskwy, koleją transkontynentalną z Moskwy do Samarkandy, rozklekotanymi busami przez Kirgistan i Tażdykistan do Chin, autokarem na przełęcz Kunjeerab, jeepami po Karakorum Highway i przez Pakistan wzdłuż Jedwabnego Szlaku

12.04.2008

Jedwabny Szlak -  podróż marzeń przez pachnącą słońcem Samarkandę

do raju zagubionego wśród siedmiotysięczników

            Jedwabny Szlak...  sama nazwa brzmi jak marzenie, przed oczami pojawia się wąska półka wykuta w skale, kręta ścieżka nad przepaścią i spiętrzoną w dole lodowatą rzeką. Niegdyś po tej niebezpiecznej drodze łączącej południe Azji z kontynentem wędrowały kolorowe karawany kupców, osiołki objuczone zwojami szlachetnej materii. Kilkanaście lat temu, gdy marzenie o Jedwabnym Szlaku nabrało realnych kształtów nie wędrowały już tamtędy malownicze karawany, ale i tak przeprawa ich śladami przez Pamir i Karakorum była niezapomnianą przygodą.

            Nasza droga do podnóży Pamiru zaczęła się od rutynowej zmiany kół w pociągu na granicy w Terespolu i wjazdu w zupełnie inny świat, oraz jednodniowego pobytu w Moskwie, gdzie wśród szerokich ulic, smętnie celujących w szare niebo "pałaców kultury" i brudnej, komuszej zabudowy próżno było szukać śladów dawnej świetności Moskwy carów i Moskwy pierwszych sekretarzy… Na każdym chodniku kwitł handel: walonki, szczenięta, śmietana, wiejski twaróg, na Arbacie opiewanym przez Bułata Okudżawę panoszył się McDonalds i tekturowa Marylin Monroe – tło do pamiątkowych zdjęć dla turystów… Takie oblicze Moskwy zabraliśmy ze sobą do transkontynentalnej kolei do Samarkandy, z oknami przesłoniętymi ciężkimi żaluzjami. Owe żaluzje, odcinając od widoków i świeżego powietrza, chronią zarazem przed gradem kamieni, jakim często witają pociągi mieszkańcy południowych republik byłego ZSRR. Widoki na bagna i moczary Rosji, bezkresny step, pustynię Kara Kum i rozsiane gdzieniegdzie maleńkie ludzkie osady łowiliśmy więc przez dwa niedomykające się okna w korytarzu. 

            Znajdująca się na końcu tej drogi Samarkanda wydała nam się cudownym, aromatycznym, wschodnim miastem, w którym przepiękne zabytki z czasów dynastii Timurydów tkwią jak rodzynki w piaskowym cieście. Piętnastowieczna Szahi-Zinda, Miasto Umarłych, mieni się ornamentyką w kolorach turkusu, szmaragdu i zieleni na tle piaskowych budowli, nad którymi górują przepyszne błękitne kopuły. W świetle zachodzącego słońca znaleźliśmy się w samym środku Miasta Umarłych i choć jest to właściwie kilka stromych koślawych uliczek z grobowcami po bokach można było doznać emocji niemal mistycznych, jak gdyby w magicznych, szmaragdowych kopułach zaklęty był Czas i Tajemnica i Śmierć. Registan - olbrzymi plac, oświetlany promieniami pomarańczowego słońca, otoczony masywnymi budowlami dawnej medresy, której minarety wystrzelają w niebo, sprawił na nas wrażenie niezwykłego majestatu. Pomiędzy tymi cudami architektury panoszył się tętniący życiem targ: góry pachnących owoców, stosy bakalii i pagórki aromatycznych przypraw, które składają się na niepowtarzalny zapach Samarkandy.

            Dalsze kilkaset kilometrów było koszmarem psujących się autobusów, zakurzonych dróg i niezliczonych kontroli w 200 - kilometrowym pasie granicznym oddzielającym Wspólnotę Niepodległych Państw od Chin. Za brudnym oknem przesuwały się pustynne krajobrazy gór Tien-Szan: pejzażw kolorze sepii i wielbładziej serści złocił si w słońcu, a zza nagich, wyniosłych szczytów wyłoniło się w upalne popołudnie szmaragdowe jezioro Issyk-Kuł. Olbrzymie, niezamieszkałe tereny wydawały się nie mieć końca, czasem tylko gdzieś na horyzoncie majaczyło stadko owiec i samotne pasterskie jurty, lub galopował na koniu jeździec o skośnych oczach. Na granicy z Chinami napotkaliśmy na najbardziej niesamowitą budowlę, jakiej można było się spodziewać w górach na wysokości ok. 3000 m. n.p.m.: olbrzymi łuk tryumfalny z napisem ZSRR.

            Po krótkim postoju w Kaszgarze - chińskim mieście, w którym bierze początek Karakorum Highway, droga wiodąca wzdłuż dawnego Jedwabnego Szlaku, wyruszyliśmy w fascynującą podróż przez pogórze Pamiru. Powitała nas rozległa dolina, kamieniste zbocza i rwąca rzeka nieustannie podbierająca brzeg. Wkrótce zza ostrych zakrętów zaczęły wyłaniać się ośnieżone, tonące w chmurach i osnute mgłą pięciotysięczniki. Wjechaliśmy na wysokość powyżej 3000 m. pozostawiając w dole przepaść z grzmiącą rzeką. Niedługo potem pojawiła się pierwsza przeszkoda: w poprzek drogi spływała spod lodowca wzburzona rzeka, niosąca ze sobą kamienie i żwir. Powoli udało nam się sforsować tę i dwie następne: szczęśliwie o tej porze dnia nie były jeszcze bardzo niebezpieczne, dopiero pod wieczór zamieniają się w rozpędzony, śmiercionośny nurt, a wtedy żaden kierowca nie zgodzi się tamtędy przejechać. A Karakorum Highway - tryumf człowieka nad potęgą gór, wspólne osiągnięcie chińsko-pakistańskie, jest jedyną drogą z Chin do Pakistanu. Przemierzając ją od początku do końca mieliśmy nieraz okazję zobaczyć jak natura usiłuje z powrotem zagarnąć dla siebie wydarty jej skrawek: sływające z lodowców rzeki porywają ze sobą mozolnie usypaną drogę, spadają na nią kamienne lawiny, niszczą piaszczyste osuwiska... A jednak nie ma chyba na świecie piękniejszych widoków. Wkrótce na szerokich rozlewiskach lodowcowych rzek zaczęły pojawiać się zamyślone dwugarbne wielbłądy, stada włochatych jaków, owiec i kóz, oraz zagubione w tej nieskończenie rozległej przestrzeni małe domki z kamieni zlepionych gliną. Śmigające w trawie i wygrzewające się na kamieniach urocze rude świstaki odciągały naszą uwagę od zmian wysokości i ciśnienia, i w ten sposób niezauważenie wjechaliśmy na przełęcz Kunjherab (ponad 4800 m. n. p. m.). Na przełęczy, będącej jednocześnie chińsko-pakistańskim przejściem granicznym, maleńcy celnicy w chińskich trampkach pozowali nam do zdjęć przy pamiątkowych tablicach. Na tablicach tych uwieczniono, jak wielkim osiągnięciem jest Karakorum Highway, a cyfry dowodzą tego najlepiej: KKH, zbudowana wzdłuż starego Jedwabnego Szlaku ma 780 km, 99 mostów, 6240 zakrętów. Budowało ją 25000 robotników przez 12 lat, a zakochani w statystykach Chińczycy podają nawet, że przy założeniu ok. 1/2 litra dziennie na robotnika, podczas budowy KKH  w góry Pamiru i Karakorum wsiąkło 54 750 000 litrów ludzkiego potu!

            Zaraz za słupkiem granicznym krajobraz zmienił się radykalnie. Rozległe, zielone łąki zamieszkałe przez świstacze rodziny i piaskowe góry o obłych kształtach ustąpiły miejsca krętej dolinie i rdzawym, groźnie poszarpanym szczytom. Dalej, zza kamienistych stoków zaczęły wyłaniać się ostre zarysy sześcio- i siedmiotysięczników w śniegowych czapach. To już prawie dach świata - pasmo Karakorum. W dolinie widzieliśmy jak gniewna rzeka Kunjherab, bura i spieniona, porywa ze sobą kawałki drogi, która nieraz wygląda, jak gdyby z boku wgryzały się w nią olbrzymie szczęki. Miejscami, gdy przeciskaliśmy się pomiędzy skałą a przepaścią, krew ścinała nam się w żyłach z przerażenia: zewnętrzne koła autobusu na wpół wisiały w powietrzu, a kilkadziesiąt metrów poniżej przewalała się z hukiem groźna kipiel. Kierowca z niedowierzaniem spoglądał do tyłu: "A jednak się zmieściliśmy?", a potem trzęsącymi się rękoma usiłował zapalić papierosa. Kilka kilometrów dalej czekały nas następne mocne pzeżcia wąziutka nitka drogi została mocno nadwerężona przez rzekę i częściowo zasypana kamienną lawiną. Żołnierze pracujący nad odbudową powiedzieli nam, że lawina "dopiero co" zeszła i pokazali kilka olbrzymich głazów w górze śmiejąc się "uważajcie, za chwilę spadną i te". Kierowca tym razem nie chciał mieć nas na sumieniu, więc musieliśmy wysiąść z paszportami w garści i z zapartym tchem obserwować, jak autobus przytula się do skały, a mimo to koła wydają się balansować nad brzegiem przepaści. Dopiero w tamtej chwili zrozumieliśmy dlaczego po tej trasie wolno jeździć tylko miejscowym kierowcom ze specjalną licencją i to też tylko do zmroku.

            Na końcu tej drogi czekał na nas ziemski raj wśród siedmiotysięczników: nadgraniczna prowincja Hunza i wioska Passu, mała, zielona oaza z kamiennymi domkami, tarasowymi pólkami, sadami uginającymi się pod ciężarem maleńkich soczystych jabłuszek i złocistych moreli w cieniu poszarpanych szczytów sześciotysięczników. Podczas kilku dni pobytu w raju mieliśmy okazję, by bliżej przyglądnąć się rodowitym Pakistańczykom. Wąsaci mężczyźni ubierają się w długie, rozcięte po bokach tuniki i spodnie w jasnych kolorach. Identyczny strój kobiecy dopełnia chusta na głowę lub okrągła, haftowana czapeczka. Stroje kobiece są niesłychanie barwne, a szczupłe mieszkanki Hunzy noszą je z wyjątkową gracją. Kolorowy przyodziewek jest zresztą jedną z niewielu przyjemności, na jakie kobiecie zezwala prawo; przede wszystkim powinna być posłuszną mężowi, rodzić chłopców i pilnować ogniska domowego. Zwłaszcza to ostatnie przykazanie traktowane jest niezwykle serio - w dalszej podróży przez Pakistan mijaliśmy miasteczka, które sprawiały wrażenie zamieszkałych wyłącznie przez mężczyzn, gawędzących w kucki przed domami, kobiety bowiem nie pokazywały sie na ulicach. Inaczej było w Passu - tam spotykaliśmy kobiety wyprowadzające rano stadka miniaturowych kóz na pobliskie pastwiska lub bawiące się z dziećmi. Mieszkańcy Passu utrzymują się głównie z hodowli jaków, miniaturowych kóz i krów, uprawy zbóż i ziemniaków. O tej porze roku akurat dojrzewały morele, głównym zajęciem kobiet było więc wyjmowanie pestek i rozsypywanie owoców na płaskich dachach domostw, by suszyły się w ostrym, wysokogórskim słońcu. Właściwie większość prac domowych mieszkanki Hunzy wykonują w kucki na dachach: tam rozkłada się do suszenia jabłka i morele, przesiewa zboże, rozkłada pranie lub przerzuca siano, a czasami po sąsiedzku gromadzi na ploteczki. Widok na dachy wioski z okolicznych wzgórz jest dzięki temu niesłychanie malowniczy. Pakistańskie domy zamieszkałe są przez liczne, wielopokoleniowe rodziny. Podczas pobytu w Passu dostaliśmy zaproszenie do jednego z nich: mały, kamienny domek okazał się w rzeczywistości obszernym, kilkupoziomowym pomieszczeniem, wyłożonym ręcznie tkanymi kilimami. W tym jednym pomieszczeniu było niezwykle tłoczno: stara kobieta kołysała dziecko w drewnianej kołysce, trzech umorusanych chłopaczków bawiło się  z kotkiem, pod ścianą dziadek skubał brodę, była też młoda dziewczyna z dwoma podrośniętymi już synami i córeczką na ręku, oraz młody gospodarz, który zaprosił nas do sadu na śliwki. To tylko jeden z przykładów nadzwyczajnej gościnności Pakistańczyków; na nasz widok wybiegali do płotów, uśmiechali się, pozdrawiali "Salaam", częstowali jabłkami lub zapraszali do ogrodów, abyśmy sami mogli sobie wybrać najładniejsze. Ta niezwykła, bezinteresowna życzliwość towarzyszyła nam przez cały okres pobytu w Pakistanie: gdy podróżowaliśmy jeepami po KKH, wszyscy mijani lub jadący z przeciwka tybylcy machali do nas i krzyczeli "How are you?". To najbardziej zapadło nam w serca.

            Passu to jednak nie tylko oaza zamieszkała przez przyjaznych długowiecznych ludzi (ilość stulatków w Hunzie jest zadziwiająca - ich doskonałe zdrowie przypisuje się wyjątkowej wodzie i krystalicznemu powietrzu, a także zdrowemu trybowi życia, jaki prowadzą by przetrwać w ostrym klimacie), jest to także znakomita baza wypadowa dla trekkingów wysokogórskich. Niewątpliwą atrkcj tuystyczną okolicy jest wiszący most nad rzeką Hunzą, długi na 800 stóp. Z brzegu przejście po nim wydaje się dziecinnie łatwe, wystarczy jednak trochę oddalić się od brzegu, by okazało się, że wąskie deseczki są od siebie znacznie oddalone, w dole zaś widać spienione bałwany rzeki. Po chwili doznaliśmy złudzenia, przed którym ostrzegał nas rozbawiony tubylec: woda stoi w miejscu, za to most "płynie" w bok! Po dotarciu na drugi brzeg, przewodnik informuje ilu nieostrożnych pochłonęła już Hunza, a potem każe zawrócić, bo innej drogi powrotnej i tak nie ma!

            Dalszy etap podróży to Karimabad - kipiące zielenią miasto, położone na niezliczonej ilości tarasów wykutych w górskim zboczu. Dominuje nad nim biały, wyniosły szczyt Rakaposhi (7787 m. n.p.m.) i 900 - letni fort Altit. Niegdyś każda karawana podążająca Jedwabnym Szlakiem musiała w nim uiścić haracz, dziś można podziwiać rozległy widok na przełom rzeki. W Karimabadzie okazuje się, że Hunza jest krainą obfitości pod każdym względem: sklepiki z pamiątkami wprost kipią od nadmiaru szlachetnych i półszlachetnych kamieni - rubiny z miejscowych kopalni, sznury granatów, tygrysich oczek, ogromne kryształy górskie i minerały o przedziwnych kształtach, przynoszone z gór przez szerpów wabią tak, że nie sposób się oprzeć. Wyszliśmy bogatsi o sznury granatów i wisiory                        z mieniącego się kamienia, który sklepikarz nazywał "noc na pustyni".

            Dalej droga wiodła wzdłuż przecinającej się przez góry rzeki Gilgit. Przed nami rozciągały się ziejące głębią przepaście, w górze wciąż królowała Rakaposhi, w oddali to wyłaniała się, to ginęła w chmurach słynna "killer - mountain" - Nanga Parbat, drugi co do wielkości ośmiotysięcznik w Pakistanie (8125m. n.p.m.). Podziwiając niecodzienne widoki dotarliśmy do miejsca unikalnego na skalę światową: punktu, w którym schodzą się najwyższe trzy pasma górskie świata: Himalaje, Karakorum i Hindukusz, a błękitne wody rzeki Gilgit wpadają do brunatnego Indusu - jednej z trzech największych rzek Azji. Niesamowity pejzaż roztapiał się w błękicie nieba, a powietrze aż drgało od upału. Trudno było nie odczuć wzruszenia, wszak zdobywaliśmy Himalaje! Od tej chwili Karakorum Highway splata się z rzeką Indus i wcina w obrzeża Himalajów. Z jednej strony widać wyrzeźbioną w skałach cieniutką nitkę Jedwabnego Szlaku, a tańcząca wirami kipiel Indusu zdaje się opowiadać o barwnych karawanach kupców i osiołków, które pochłonęła... Na ostrych zakrętach, zwłaszcza gdy na pełnym gazie wymijały nas charakterystyczne pstrokate ciężarówki, wydawało się, że niewiele brakuje, by do nich dołączyć.

            Po latach, który upłynęły od naszej podróży marzeń, ze skłębionych myśli, wrażeń i urywków wspomnień wyłania się piękny i dziki kraj, odkryty do tej pory jedynie przez himalaistów zdobywających podniebne szczyty. Mało komu Pakistan kojarzy się z Jedwabnym Szlakiem, zabytkami architektury, oraz gościnnymi, żyjącymi blisko natury ludźmi. Po wrześniu 2001 zapewne nie jest to już ten sam kraj, który pamiętam, a powrót w górskie, nadgraniczne rejony byłby dziś chyba niemożliwy… ale przepiękne, dzikie pejzaże, ogromne przepaści, kręte doliny, lodowce i przytulone do zboczy wioski wciąż natrętnie powracają i pojawiają się pod zaciśniętymi powiekami jak wędrująca Jedwabnym Szlakiem karawana sprzed wieków. Jak spełnione, a jednak wciąż niespełnione marzenie.

warto wiedzieć

na śniadanie: ciabati - placek przypominający naleśnik - z konfiturą z morwy, miodem lub masłem z jaka

podstawowe danie: ryż z gotowaną marchewką w pikantnym sosie pomidorowym, gotowaną soczewicą i ziemniakami

na deser: suszone morele

odświętnie: mięso z jaka, baranina, kurczaki

bezpieczeństwo

trzeba uważać na amebę - podobno fika w wodzie nibynóżkami, więc lepiej pić wodę butelkowaną

atrakcje

przejazd jeepami lub rowerem przez Karakorum Highway od przełęczy Kunjeerab

lot samolotem wycieczkowym nad pasmem Karakorum

wycieczka do nieczynnej kopalni rubinów

 

trekking na lodowiec Passu lub Batura

rubiny i inne kamienie szlachetne wydobywane z lokalnych kopalni, tradycyjne stroje pakistańskie, wyroby z mosiądzu i drewna

Autor: jpp
Sklep online
Lot do Paryża za 58 zł!
Kiedy: do 04.07.12
Cena: 58 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
PAKISTAN

Stolica: Islamabad Waluta: rupia pakistańska (PKR) 1 PKR = 100 paisa Język urzędowy: angielski, urdu Inne: pendżabski, pusztu, sindhi i baloczi

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line