Nie będę trzymać Was długo w niepewności i na pytanie zadane w tytule odpowiem od razu: poszliśmy do kantoru. Jeden milion dongów, czyli wietnamskiej waluty, to około 50 amerykańskich dolarów,a dwudaniowy obiad z piwem kosztuje tam 50.000 dongów(2,5$).
07.10.2011Good Mooorning Wietnam! Skutery, klaksony i niegdysiejszy Stadion Dziesięciolecia – to właśnie przychodzi na myśl przy pierwszej wizycie w Hà Nội. Uliczki tego miasta są wąskie i składają się z zupełnie innych elementów niż te do których przywykliśmy w Europie. Tam gdzie u nas jest chodnik, w Hà Nội ciągnie się pas gastronomiczny wypełniony drobnymi plastikowymi krzesełkami i stoliczkami, na których wiecznie ktoś coś konsumuje. Tam, gdzie w Warszawie spodziewalibyśmy się pasu zieleni lub pobocza stoją miliony skuterów zaparkowanych w sposób sprawnie tamujący ruch pieszych. Wreszcie, po głównej części drogi, poruszają się pojazdy kierujące się zasadą pierwszeństwa głośniej trąbiącego. Jak informuje przewodnik: ‘Przepisów drogowych w Wietnamie nie ma za wiele, a czasami wręcz w ogóle tu nie występują’. Myślę, że jedną z największych atrakcji Hà Nội jest widok skutera, którym nierzadko podróżuje czteroosobowa rodzina wraz z inwentarzem. Druga w rankingu plasuje się samodzielna próba przekroczenia ulicy. Pojazdy zmechanizowane nie zatrzymują się przed pasami dla pieszych, a już na pewno nie na czerwonym. Na uwagę zasługuje również niepowtarzalna architektura tego miejsca. Hà Nội jest wypełnione wąskimi wielokondygnacyjnymi budynkami (koniecznie z blaszaną dobudówką), których fasada miewa czasami szerokość trumny! Taki styl budownictwa jest oczywiście skutkiem cięć ekonomicznych: w Wietnamie kwota podatku od nieruchomości zależy od szerokości wejściowej części budynku, czyli tej która ma kontakt z ulicą. Łowcy jeleni W tym zgiełku klaksonów i plątaninie wiszących nad głową elektrycznych kabli wytrzymaliśmy dokładnie dobę.
Spragnieni łona natury udaliśmy się w góry, do miejscowości Sa Pa. Niestety już na początku mojej opowieści wspomnieć muszę o dość popularnym systemie ‘naciągania’, stosowanym głównie na połączeniach powrotnych z Sa Pa do Lào Cai. Cenę przejazdu ustala się z kierowcą przed wrzuceniem do samochodu swoich bagaży. Miejscowe minibusy mieszczą około jedenastu pasażerów, rzadko jednak zdarza się, aby tyle osób podróżowało razem. Dlatego też kierowca krąży po głównym placu miasteczka licząc na zapełnienie wszystkich miejsc. Mniej więcej po pół godzinie przymusowego zwiedzania ratusza z autobusu, dochodzi do pojednania pomiędzy kierowcami, przepakowują oni pasażerów z kilku minibusów do jednego auta i tym sposobem do Lào Cai podąża jeden pełny transport. Jeśli zdarzy Ci się być w grupie, która poproszona została o przesiadkę, może się okazać, że drugi kierowca zażąda od Ciebie zupełnie innej ceny. Wydawać by się mogło, że dobrym sposobem na wyjście z tej sytuacji jest ustalanie ceny z drugim kierowcą. Wietnamczycy jednak znaleźli sposób również i na to. Pieniądze zbierane są po przyjeździe od osoby, która wydawała się Twoim współpasażerem i to w momencie kiedy kierowca minibusu dawno się gdzieś ulotnił. Nie jest to może najszlachetniejsza tradycja tego narodu, dla równowagi dodam jednak, że bezpośrednie kradzieże czy napady zdarzają się bardzo sporadycznie, a koszt tego droższego biletu to w przeliczeniu na polską walutę 7 i pół złotego. Jak widać, podróż do Sa Pa może okazać się skomplikowana z logistycznego punktu widzenia, rewanżuje się jednak swoimi walorami estetycznymi. Sa Pa to kraina pól ryżowych, górskiej mgły i wodospadów. Jej najliczniejszymi mieszkańcami są Wietnamki z plemienia Hmong, które sięgają Europejczykom do pasa i otaczając ich wianuszkiem prezentują przeróżne kolorowe rękodzieła.
Ciekawą opcją transportu, niespotykaną w Europie ze względu na dużą wypadkowość, są sleeping busy. Posiadają one trzy rzędy piętrowych łóżek i są dostępne na trasach pomiędzy większymi miastami Wietnamu. Zdecydowanie wygrywają z pociągami pod względem ceny i czasu podróży. Zniechęcać do nich mogą jednakże odwiedzane po drodze stacje benzynowe, których toalety nie spełniałyby nawet standardów latryny południowoamerykańskiego więzienia. Ten właśnie środek transportu wydał nam się kuszącą alternatywą dla kuszetki. Kiedy pokonaliśmy już buddyjską siłą medytacji potrzeby fizjologiczne i sleeping bus wysadził nas w kolejnym punkcie podróży, naszym oczom ukazała się zatoka Hạ Long, od 1994 roku widniejąca na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Istnieją dwie teorie odnośnie jej powstania. Pierwsza z nich mówi o tym, że wapienne skały zostały zalane po ustąpieniu ostatniego lodowca. Według drugiej w trakcie mongolskiej okupacji z nieba zleciał smok, który przepędził wroga, pokruszył skały ogonem po czym zagłębił się w morskiej toni podnosząc poziom okolicznych wód. Która z nich jest bardziej wiarygodna pozostawiam do decyzji naszym czytelnikom. Bez względu jednak na genezę powstania zatoki, efekt jest porażający. Rozciągająca się nad wodą mgła sprawia wrażenie, że horyzont całkowicie zaniknął, a niebo miesza się w swoim szarawym odcieniu z tonią wody. Nie warto więc zatrzymywać się na dłużej w Hạ Long City mając w perspektywie podróż łódką na jedną z najpiękniejszych wysp zatoki – Cát Bà. Czas Apokalipsy Kupienie przejazdu na Cát Bà to prawdziwy koniec świata! ‘Koników’ jest tu w brud, do tego każdy z inna ceną wycieczki, która o dziwo prowadzi na tą samą łódkę. Spośród różnych ofert wybraliśmy kilkugodzinną podróż dużym statkiem ze zwiedzanie jaskini, okolicznych wysp i pływającej wsi rybackiej. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że do normalnego biletu, za który i tak zapłaciliśmy więcej niż kilku współpasażerów, musieliśmy dokupić jeszcze bilet wstępu na obszar parku narodowego, którym jest zatoka. Podczas podróży poznaliśmy jednak Urugwajczyków, Guillerma i Fernanda, którzy, ku naszemu pokrzepieniu, opowiedzieli swoją historię. Gdy ich statek dotarł do jednej z opuszczonych platform wodnego miasteczka organizatorzy dokonali małego przetasowania pasażerów z przeniesieniem części z nich na inną łódkę, a naszych dwóch przyjaciół na platformę z obietnicą, że za 2 minuty zgarnie ich kolejny transport. Po dwóch godzinach bezczynnego opalania bohaterowie naszej historii zaczęli się już leciutko niepokoić. A kiedy obiecany statek w końcu zjawił się na horyzoncie, nie miał najmniejszej ochoty zbliżać się do platformy z rozbitkami. Gdyby nie interwencja podróżujących nim pasażerów, którzy usłyszeli wzywanie o pomoc, nasi urugwajscy koledzy poznali by zapewne na własnej skórze wszelkie uroki, jakie niesie ze sobą codzienne życie w pływającej wsi rybackiej. W konsekwencji uznaliśmy więc, że nie wyszliśmy na naszych biletach wcale tak najgorzej…
Cát Bà to mała wysepka, zamieszkała praktycznie tylko od strony portu o tej samej nazwie. Kryje w sobie liczne turystyczne perełki. Duże wrażenie zrobiła na nas między innymi wycieczka obejmująca sześciokilometrowy trekking z przewodnikiem po Parku Narodowym, który okazał się regularnym okazem lasu tropikalnego; lunch przygotowany w tradycyjnym stylu przez miejscowych rolników i skoki w toń zatoki wprost z pokładu rybackiej łódki. Prawdziwą atrakcją wyspy jest też miejscowa plaża ukryta w małej zatoczce, wyposażona w leżaczki, prysznice, przepięknie czystą wodę i romantyczne ustronne jaskinie poukrywane wzdłuż wybrzeża. Po intensywnym spędzonym dniu Cát Bà oferuje równie intensywne wieczory, kusząc licznymi, jak na tak małą miejscowość, knajpkami. Full Surfing Packet Podróż przez Hải Phòng, Huế i Đà Nẵng minęła mi niepostrzeżenie tym bardziej, że następny punkt wycieczki był moim wyborem. Zmierzaliśmy do China Beach – kultowego spotu surferów, gdzie w 1992 odbył się pierwszy międzynarodowy turniej w Wietnamie. To miejsce zawdzięcza swoją intrygującą (dla Wietnamczyków - irytującą) nazwę jeszcze czasom wojny wietnamskiej (dla Wietnamczyków – amerykańskiej), kiedy to przybyli zza oceanu żołnierze, mając gdzieś poprawność polityczną, na wszystko co azjatyckie mówili ‘China’. Naszym punktem docelowym był Hoa`s Place – miejsce opisane w przewodniku jako typowy gościnny surfhouse, który dysponuje niezbyt drogimi pokojami, dobrym jedzeniem i niezbędnym sprzętem sportowym. „Uważaj, bo Twój zaplanowany jednodniowy pobyt może niepostrzeżenie przemienić się w tygodniowe wczasy!” przeczytaliśmy entuzjastycznie w przewodniku. I rzeczywiście. Jeśli na przykład podróżujesz własnym samochodem, to miejscowe szczury szybko przegryzą się przez blachę, a w tym porzuconym przez cywilizację zakątku zapasowych części można szukać tygodniami. Sprzęt, który tu zastaliśmy to cztery deski, z czego dwie surfingowe, choć podgryzione zębem czasu i dwie bez finów, czyli można powiedzieć - ozdobne. Zaproponowane nam w surfhousie pokoje miały już swoich lokatorów – jaszczurki i ogromnego grzyba. Niemniej jednak to właśnie tu ukazała się moim oczom pogrążona w totalnej mgle fala, może nie za wysoka, ale na tyle kusząca, że już po chwili wbiegałam do wody trzymając w ręku jedną czwartą ekwipunku miejscowej ‘wypożyczalni’. Co do jedzenia - przewodnik się nie mylił. Hoa`s Place, a konkretnie sam pan Hoa, serwuje bardzo dobre kolacje w typowo rodzinnej atmosferze, gdzie wszyscy przybyli turyści siadają razem przy wspólnym stole dzieląc się wrażeniami i doświadczeniem.
Równie ekscytujący co dla mnie pobyt w China Beach, był dla moich koleżanek etap zwiedzania Hội An. Usytuowane wzdłuż rzeki miasteczko słynie z idealnych pejzaży do zdjęć, szczególnie wieczorem, kiedy nabrzeże wypełnia się blaskiem tysiąca lampionów. Ale byłoby to zbyt piękne, gdyby moje towarzyszki podążały do Hội An ze względu na te malownicze widoki. Hội An to także miasteczko krawców. Suknie z prawdziwego jedwabiu szyte są na miarę w przeciągu kilku godzin. Artyzm miejscowych rzemieślników jest na prawdę imponujący - wystarczy pokazać zdjęcie z wymarzoną sukienką, a krawiec uszyje jej idealną kopię. Chociaż tutejsze ceny, mogą wydawać się dosyć wygórowane jak na ten kraj, to nadal koszt tej wietnamskiej produkcji to zaledwie jedna trzecia europejskiej wartości tego samego produktu. Na północ od Hội An, wśród zarośli pobliskich parków, ukryte jest kolejne światowe dziedzictwo z listy UNESCO - Mỹ Sơn . Jak łatwo sie domyślić mieszczące się tam ruiny hinduskiej świątyni nie od zawsze były ruinami. Podczas wojny amerykańskie dowództwo uznało, że wzgórze mieści nadajnik Wietkongu i dla potwierdzenia tej teorii wysłało na zwiady swoje bombowce. Podróż do Mỹ Sơn polecam zdecydowanie miłośnikom klimatów w stylu Indiany Johnsa, tym bardziej, że do samego centrum porośniętych mchem murów dojeżdża się bezdrzwiowym jeepem. Po wizycie w Mỹ Sơn postanowiliśmy zażyć trochę luksusu.
Udaliśmy się do jednego z największych kurortów plażowych Wietnamu Nha Trang , gdzie zastała nas ... Wielkanoc! Dzieląc się jajeczkiem na plaży zauważyliśmy bardzo ciekawą konstrukcję - kolejkę linową ciągnącą się nad wodą dobrych kilkaset metrów, która łączyła ląd z pobliską wyspą. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. My wprost przeciwnie, wiedzieni naszą ciekawością trafiliśmy do raju. Okazało się, że po drugiej stronie kolejki znajduje się kompleks o nazwie Vinpearl obejmujący park rozrywki z wszelkiego rodzaju karuzelami i rollercoasterami, aquapark mieszczący ponad 30 atrakcji i nowoczesne oceanarium, w którym stojąc na ruchomej platformie przemieszczasz się wzdłuż przeszklonego korytarza otoczonego morską fauną. Szaleliśmy jak idioci biegając od jednaj atrakcji do drugiej do momentu, w którym odkryliśmy usytuowaną również na terenie kompleksu plażę. Piasek miękki jak kaczuszka, transparentna woda, wygodne leżaczki, szerokie parasole. A wszystko to w cenie biletu na kolejkę linową, czyli za niecałe 60 złotych.
Zwiedzanie Delty Mekongu w Wietnamie po prostu trzeba zaliczyć. Na statku z jednej strony poczuliśmy się bardzo zagubieni wśród angielszczyzny lokalnego przewodnika, z drugiej - otuchy dodawały nam wyśrubowane standardy bezpieczeństwa naszej wycieczki – kamizelki ratunkowe były tak nowe, że nawet jeszcze nie rozpakowane z plastikowych torebek i podwieszone w jakże widocznym miejscu – pod samym sufitem łajby. Po dotarciu do wyspy Unicorn, przesiedliśmy się w małe łódeczki napędzane siłą wioseł (na szczęście nie przez nas), po czym padliśmy ofiarami typowych turystycznych atrakcji. Przewodnik przekonywał nas o tym, że możemy z łatwością spotkać tu krokodyla – o czym za pewne nie wiedziała miejscowa, kąpiąca się w rzece dziatwa. Zaproponowano nam degustację owoców tropikalnych (banana!) i wyrabianego na wyspie miodu, fotografię w objęciach węża i wizytę w fabryce kokosowych cukierków, gdzie, pod palmowym dachem siedzi pani i zawija je w takie sreberka - niczym świstak w znanej reklamie czekolady. Ostatnim punktem wycieczki był pokarm dla duszy czyli koncert miejscowej tenorki, której ma się ochotę zaoferować srogi napiwek, aby tylko nie śpiewała dalej. Zapach zielonej papai Umiejętność jedzenia pałeczkami to sztuka, którą, według naszych badań empirycznych, w czterech na pięć przypadków nabywa się naturalnie podróżując po kraju. Przez miesiąc na naszych talerzach królowały oczywiście sajgonki, które w każdej knajpie podawane są na zupełnie inny sposób. Ogromnym przysmakiem okazała się zupa phở, przypominająca trochę rodzimy rósł z kury, zarówno w wersji z kurczakiem (phở gà) jak I wołowiną (phở bò). To gorące danie towarzyszy Wietnamczykom o każdej porze dnia (nawet na śniadanie o 5 rano!),a w zależności od renomy punktu gastronomicznego jest sprzedawane w porcelanowych miseczkach, na talerzach lub w plastikowych torebkach. Jak udało nam się ujrzeć na własne oczy, również zupę można zjeść w całości posługując się jedynie pałeczkami. Rewelacyjną i oryginalną potrawą jest również wietnamski naleśnik wypełniony kiełkami, pokrzywą, trawą cytrynową I podawany z kilkoma okrągłymi arkuszami papieru ryżowego. Psa ani kota nie konsumowaliśmy (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo), natomiast nie raz zdarzyło nam się jeść na ulicznych straganach, pić miejscowe soki i nikt nie przepłacił tego żadnymi dolegliwościami żołądka. Podstawą dla wyboru knajpy był u nas zdrowy rozsądek. Ze względów bezpieczeństwa nie jadaliśmy tam, gdzie nie zachęcała do tego woń potraw, ani tam gdzie nie było tubylczych klientów. Ze względów ekonomicznych - tam gdzie było za drogo. Moim najgorszym kulinarnym wspomnieniem jest wietnamski deser, którego nazwę moja podświadomość wyparła z pamięci, a który mogę porównać do szklanki różnokolorowych żelków Haribo o posmaku pasty do lakowania zębów. Bez zastanowienia polecę miejscowe soki, wśród których najbardziej oryginalne to te z kokosa (pite przez słomkę wprost z ogromnego orzecha) i z trzciny cukrowej. Miłośników chmielu i jego pochodnych ucieszy zapewne fakt, że wyrób miejscowy posiada bardzo proste w wymowie I łatwe do zapamiętania nazwy. Najczęściej spotykane piwa w Wietnamie to: Hanoi na północy, Sajgon na południu i piwo 333 (wymawiane po wietnamsku ba ba ba).
Warto wspomnieć o kilku genialnych pomysłach, które, o dziwo, przy swoim bardzo niskim nakładzie finansowym, ułatwiają życie każdego backpackera. Podstawowym sprzętem, o którym wiedzą zapewne wszyscy obeznani podróżnicy jest szybkoschnący ręcznik, dostępny w każdym sportowym lub podróżniczym sklepie i wspominany kilkakrotnie w mojej opowieści przewodnik, którego podróbkę polecam jednak kupić na miejscu za połowę ceny. Idealna waga bagażu na taki wyjazd to ok.10 kilo i mniej. Jeśli ktoś planuje podróżować z plecakiem musi pamiętać, że wbrew zasadom fizyki z kolejnym kilometrem każdy kilogram przybiera na wadze. Poza tym koniecznie trzeba zostawić sobie miejsce na pamiątki! Warto zapatrzeć się w 3 metry zwykłego sznurka – idealnego do suszenia ubrań bezpośrednio pod wiatrakiem. Osobom chętnym do podróżowania nocą kuszetkami lub sleeping busami polecam tzw. wkładki do śpiworów lub po prostu własną zaszytą połowę poszewki na kołdrę – spanie w takim ‘worku’ jest zdecydowanie bardziej higieniczne, a przy okazji zabezpiecza przed robactwem. W śpiworze byłoby za gorąco. Całą podróż po Wietnamie przeżyłam bez moskitiery – w miejscach gdzie rzeczywiście jest niezbędna zazwyczaj jest elementem wyposażenia pokoju. Nie wyjeżdżałabym natomiast w tropiki bez odpowiedniego zapasu Muggi – to sprzedawany w Polsce specyfik na komary, który sprawdził się w stu procentach. Rewelacyjnym odkryciem naszej wyprawy było walkie-talkie. Zestaw zawierający 2 słuchawki i ładowarkę kosztuje około 90 złotych. Radyjko działa praktycznie wszędzie (jaskinie, windy), łapie zasięg na odległość 7 kilometrów i jest niezastąpione w krajach, gdzie ciężko o zasięg dla operatorów komórkowych, a minuta rozmowy kosztuje 8 złotych. Zdecydowanie polecam dla podróżujących w więcej niż 3 osoby, bo zawsze zdarzy się sytuacja, kiedy warto się rozdzielić. Bilety do wszystkich państwowych obiektów zabytkowych przewidują zniżki dla studentów po okazaniu legitymacji, nawet tej polskiej! Chętnym na nurkowanie polecam też zabrać swój certyfikat, po jego okazaniu można otrzymać nawet 20% zniżkę na podwodne wycieczki.
120 kilometrów na południe od Hải Phòngu znajduje się Ninh Bình, punkt wypadowy do Tam Cốc czyli ‘Trzech jaskini’. Zwiedza się je z perspektywy małej łódeczki, gdyż jaskinie te to przesmyki w ogromnych skałach wydrążone przez rzekę Ngô Đồng. Przepływając przez nie można z łatwością sięgnąć sklepienia, a przepływając przez odcinki pomiędzy nimi miniemy wodne pola ryżowe oraz monumentalny cmentarz na wyspie, docierając do ukrytej w ogromnych skałach malutkiej świątyni. Trasa przez Tam Cốc trwa około godziny, podczas której podziwiać można zarówno niespotykane widoki jak i sztukę wiosłowania stopami przez miejscowych przewoźników. Niestety nie jest to jedyna sztuka jaką opanowali. Wśród łódeczek z turystami po Ngô Đồng przemykają też pływające kramy, pomiędzy którymi często ‘klinuje się’ nasz nieuważny przewoźnik. Jeśli akurat nie macie ochoty na nic do jedzenia ani picia sprzedawca przekona was, żebyście kupili coś dla waszego wioślarza. Nawet jeśli to zrobicie, nie wymigacie się od podziwiania ręcznie tkanych obrusów i koszulek, które przewoźnik (mając przecież wolne ręce) zaprezentuje wam kilkakrotnie podczas podróży. Skutery to chyba najlepszy sposób zwiedzania okolic Huế, a przy tym atrakcja sama w sobie! Obowiązkowym punktem zwiedzania jest miejska cytadela, od 1993 na liście UNESCO, która wyłania się zza 6 metrowego muru. Również pagodę Chùa Thiên Mụ można zaliczyć do wizytówek okolicy. Oryginalnym eksponatem świątyni jest błękitny, pordzewiały Austin Westminster, którym mieszkający tu w 1963 roku buddyjski mnich pojechał do Sajgonu, aby na znak sprzeciwu wobec rządowego reżimu podpalić się żywcem przed ambasadą Kambodży. Proceder ten został uwieczniony na zdjęciu, które w tym samym roku wygrało konkurs World Press Photo. Ze znajdujących się w Huế mauzoleów, godne polecenia jest miejsce pochówku Tự Đức`a, będące w gruncie rzeczy ogromnym parkiem świątynnym rozpościerającym sie wokół jeziora. Idealnym obiektem do zdjęć jest Most Japoński Thanh Toan nazwany tak dla upamiętnienia mieszkanki japońskiego pochodzenia, która umierając przeznaczyła wszystkie swoje pieniądze na jego budowę. Zachód słońca najlepiej podziwiać ze wzgórza zabudowanego pozostałością amerykańskich bunkrów. Miejscem godnym polecenia, które, w szale zakupów, udało nam się zwiedzić w Sajgonie to Muzeum Pozostałości Wojny Wietnamskiej. Kolekcja eksponatów nie jest tu może nazbyt bogata, ogromne wrażenie robią natomiast wystawione tam zdjęcia zwłok, płodów i osób dotkniętych następstwami działań broni biologicznej i chemicznej używanej podczas konfliktu. W Hà Nội wybraliśmy się do tradycyjnego wietnamskiego teatru. Jego geneza wiąże się z polami ryżowymi, na których rolnicy siedząc po kolana w wodzie, odgrywali za pomocą lalek przedstawienia ku uciesze swoich pociech. Tutejsza scena to basen, po którym poruszają się sterowane za pomocą kijków kukiełki, wykorzystujące, poza rozpryskami wody, również sztuczne ognie i petardy do zaimprowizowania scen z wietnamskiego życia codziennego: wyścigów konnych, zabaw rolników czy smoka, który hasa po polach podczas żniw. Zanim rzuci się jakąś krytyczną wypowiedz w stronę tej tradycyjnej wietnamskiej sztuki , warto pamiętać, że wietnamski aktor przez godzinę przedstawienia brodzi po pas w wodzie…
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Hanoi Waluta: dong wietnamski (VND) Język urzędowy: wietnamski Inne: angielski, chiński (yue), francuski
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

