Można być poszukiwaczem skarbów, przygód, wrażeń... Ale to już było. Teraz nadszedł czas na poszukiwanie grzechotników i... dźwięku.
20.04.2008
Jak może brzmieć dźwięk podobny jednocześnie do syku pary z czajnika, szumu bieżącej wody, klekotania nasion grochu w słoju i skwierczenia smażonego bekonu? W przypadku biologa taka niewiedza to poważny brak, toteż postanowiłam go nadrobić przez usłyszenie owego dźwięku w naturze. A cóż to za dziwny dźwięk? Tak opisuje się sygnały ostrzegawcze wydawane za pomocą wibracji ogona przez grzechotniki.
Na spotkanie z grzechotnikami najlepiej udać się na południe Stanów Zjednoczonych. I tak pewnego wiosennego dnia ja, mój mąż i mój małoletni syn wysiedliśmy z samolotu w półtoramilionowym mieście San Antonio w Teksasie. Tu kupiliśmy stary samochód, nowy namiot i kowbojskie kapelusze. Teksańskie drogi i kempingi są fantastyczne, a wiosna to najlepsza pora do obserwowania grzechotników. Teraz wygrzewają się na słońcu. Latem schowają się przed upałem.
Na początek pojechaliśmy do leżącego w sercu Teksasu Sweetwater, gdzie co roku w marcu odbywa się największe w USA „grzechotnikowe rodeo”. Co to za impreza? Och, tak naprawdę to parada niebywałego okrucieństwa wobec tych biednych gadów. Stanowczo, władze Teksasu powinny tego zabronić, tak jak to uczyniono już w kilku innych stanach.
Kowboje przygotowują się do rodeo zimą, gdy węże śpią. Zaczyna się od łapanek. Łapacze odnajdują w terenie podziemne nisze (potencjalne legowiska). Wtykają do środka rury z plastiku i nasłuchują, czy spod ziemi dobiega grzechotanie. Jeśli tak, przez rury leje się benzynę. Węże opuszczają kryjówki, by ratować życie i wtedy są chwytane w kleszcze. Kto ma szczęście, złapie ćwierć tony żywego mięsa (w jednej kryjówce może zimować nawet kilkaset osobników). A kto chce uczestniczyć w takiej łapance jako widz, albo wziąć praktyczną lekcję od mistrzów, może wykupić sobie wycieczkę terenową.
Załadowane setkami do ciasnych kontenerów grzechotniki mają przetrwać aż do wiosny. Niejeden przypłaca to życiem z powodu odwodnienia, uduszenia lub ran. Kiedy trafiają na imprezę, ich kondycja nie pozwala nawet na szybkie ruchy. Widzieliśmy je - w boksach otoczonych wianuszkami gapiów ruszały się niemrawo, próbując grzechotać, syczeć i kąsać. Żałosne widowisko. A jaki smród unosił się dokoła! Nos wyczuwał rozkładającą się rybę i urynę, i gorzki zapach mułu. Wśród wycieńczonych węży brodził spasiony superman z Dzikiego Zachodu, wystrojony w kowbojskie buty, odpowiednio wyprofilowany kapelusz i bandanę. W jego dżinsach tkwił pasek ze skóry grzechotnika zdobiony nitami i autentycznymi grzechotkami. Niektórzy wkładają jeszcze ochraniacze na uda zwane chaps, lecz ten ich nie miał. Dzierżył za to szpikulec z hakiem, którym drażnił upatrzonego węża. Gdy wąż przybierał pozę gotowości do ataku z uniesioną szyją, kowboj opasywał tę szyję hakiem i podrywał gada z podłogi. Następnie chwytał go gołą ręką tuż za głową i unosił do góry, by wszyscy mogli przyjrzeć się „potworowi”. W ten sposób demonstrował hart ducha i przewagę ludzkiej jednostki nad plugawą gadziną, co nazywa się niewinnie „pokazem bezpiecznego manipulowania”. (O zgrozo, te właśnie praktyki bywają potem naśladowane przez dzieci i pociągają za sobą skutki w rodzaju kalectwa lub śmierci).
Tak jak inni, dotknęłam drżącej grzechotki. Była zadziwiająco ciepła jak na rogowy twór. Obejrzałam też z bliska zęby jadowe i wnętrze paszczy rozwartej przez brutalny chwyt u nasady szczęk.
Jeszcze mniej przyjemny był pokaz „dojenia”. Głowy grzechotnikw wywlekanych z wiadra za pomocą haka mocno przyciskano do krawędzi szklanego lejka. Ucisk gruczołów jadowych i gniew męczonego węża doprowadzały do wytrysku jadu. Gęsta, żółtawa ciecz spływała po lejku do szklanej zlewki, po czym „wydojony” wąż lądował na podłodze z łomotem, jak ścierwo. Instynkt nakazywał mu grzechotać, lecz kondycja pozwalała mu jedynie na słabowite poruszanie ogonem, czemu towarzyszył cichy odgłos podobny do zepsutych marakasów.
Ale najmocniej zatrwożyło nas publiczne szlachtowanie grzechotników, połączone z obdzieraniem ich ze skóry i wypruwaniem wnętrzności. Wszystko dookoła miało przykry zapach i zachlapane było krwią - także rzeźnik, prezentujący gawiedzi wyrwane, bijące jeszcze serca. Wytatuowany kowboj ciskał na rzeźniczy pień kolejne grzechotniki, przyduszając każdego szpikulcem. Drugi kowboj zakrwawioną maczetą odrąbywał wężowi łeb. Ciało spadało na podłogę i chociaż było pozbawione głowy, wiło się jeszcze przez kilka minut - głowę zaś spychano szpikulcem do kubła wyłożonego folią. Gdy zajrzałam do środka, przeszył mnie dreszcz grozy. Kubeł wypełniony był głowami węży do połowy, ale… one żyły! Otwierały paszcze, kąsały bezradnie powietrze i siebie nawzajem, wysuwały rozwidlone języki, zaś niektóre drgały już w agonii. Odcięty łeb węża żyje jeszcze przez 40 minut i może ukąsić. Trudno było nie myśleć o gadających głowach z szafotu.
Po wyborach Miss Grzechotnikowej (anglosaska szczęka, błękitne oczy jak dwa jeziora, goły pępek i półżywy grzechotnik udrapowany wokół ramion niczym etola) obejrzeliśmy esencję rodeo: zawody. 1000 dolarów nagrody przyznawano łowcom, którzy zaprezentowali komisji największą liczbę schwytanych sztuk lub łączną masę węży. O połowę mniej zgarniali łowcy posiadający w swej kolekcji grzechotnika najdłuższego, najgrubszego lub najcięższego ze wszystkich. By węże ważyły jak najwięcej, najpierw się je głodzi, a potem tuż przed zawodami karmi cuchnącą masą z mielonego mięsa i mokrych trocin, od czego dostają niestrawności.
Na koniec obeszliśmy stragany z wyrobami z różnych części ciała grzechotników i podążyliśmy tam, gdzie wszyscy, czyli do kącika, z którego dobiegały dość kontrowersyjne zapachy kulinarne. Ku naszemu przerażeniu oprócz frytek i hamburgerów można tam było zjeść… smażone grzechotniki, po 4 dolary za porcję. Nigdy, przenigdy nie pozbędę się poczucia winy, ale ciekawość zwyciężyła i zamówiłam 2 porcje grzechotników z frytkami. Usmażone mięso przesiąknięte było tym samym gorzkim zapachem, który unosił się nad zakrwawioną maczetą, a w dodatku czuć je było benzyną. Nie chciało oddzielać się od kręgosłupa i żeber, a gdy już się to udało, radości było niewiele, bo jego konsystencja przypomina zimną gumę do żucia inkrustowaną włóknami rafii. Ostatecznie zjedliśmy tylko frytki.
Dodam jeszcze, że na grzechotnikowe rodeo do Sweetwater przybywa co roku 35-tysięczna publiczność, zajmując wszystkie miejsca noclegowe w okolicy i kierując do miasteczka rzekę dolarów.
Po wizycie w Sweetwater nie mogliśmy jeszcze wracać do Polski, bo - nie oszukujmy się – zmaltretowany grzechotnik w boksie to nie to samo co zdrowy gad na swoim terenie. Z jednej strony pragnęłam takiego spotkania, z drugiej zaś mdlałam na myśl, że moje niesforne dziecko rączo bryknie gdzie nie trzeba i zdarzy się wypadek. Grzechotniki są mistrzami kamuflażu. Ubarwienie ciała tak doskonale przypomina kolorystykę ich siedliska, że trudno je zauważyć. Dla ludzi z klimatu umiarkowanego, nawykłych do swobodnego kładzenia się na łące i brodzenia po lesie, to doprawdy okropne. W Teksasie trzeba bezustannie uważać. Nie wolno wchodzić w wysoką trawę, wspinać się po skałach macając na oślep ręką, ani spacerować po wydmach z wzrokiem wbitym w przelatujące nad głową pelikany…
Media trąbiły o urodzaju wiosennego kwiecia w Teksasie, pojechaliśmy więc do parku narodowego Big Bend. W marcu rzut oka na kwiące dno pustyni Chihuahuan to migawka z Raju. Kwiatki są niepozorne, ale ile ich jest! I w ilu kolorach! Pustynia co tydzień wygląda inaczej, jakby zmieniała sukienki. Okres sprzyjający wilgociolubnej wegetacji jest na pustyni bardzo krótki i natura eksploduje, by zdążyć wydać nasiona przed letnią suszą. Nasze spotkanie z florą Big Bendu było wielce udane, a co do fauny… Jest tak bogata, iż nie sposób uniknąć konfrontacji. Oczekiwałam konfrontacji z grzechotnikami, które na wiosnę mają na pustyni swój Eden, jednak na szlakach spotkaliśmy tylko jednego niejadowitego węża. Za to los zetknął nas z czymś zupełnie innym. W pobliżu pustynnego źródła ścieżkę przeciął nam czarny, 10-centymetrowy pająk ptasznik. Był spokojny, więc i my zachowaliśmy zimną krew. Kazaliśmy dziecku stanąć w bezpiecznym miejscu, a sami rozpoczęliśmy sesję fotograficzną. Otoczony obiektywami ptasznik zaczął nerwowo szukać kryjówki, lecz pech chciał, że po jego stronie ścieżki nie było nic odpowiedniego. Nagle ruszył na nasz porzucony plecak – otwarty! Aby nie zrobił desantu do środka, cisnęłam w niego plastikowymi grabkami mojego syna. Wówczas pająk jak rakieta wystartował w naszą stronę. Mąż porwał dziecko do góry i odskoczył. Ptasznik miał teraz wolną drogę w krzaki i prędko z tego skorzystał. Mądrala - upozorował atak, żeby usunąć nas z drogi. Niestety, więcej już nie zobaczyliśmy tego ślicznego, puszystego stworzonka. A czy się go baliśmy? Nie. Ptaszniki nie zabijają na miejscu. Zgon grozi tylko alergikom.
Ponieważ na podmokłych terenach pod Houston żyje mnóstwo jadowitych węży, urządziliśmy eskapadę do rezerwatu Brazos Bend. Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc Teksasu i gdyby nie tabuny głośno przeżywających to piękno turystów, można by mówić o dzikim pięknie. Nasz syn był trochę nieswój wiedząc, że zamierzamy filmować aligatory. A widzieliśmy ich tuziny - pływających i odpoczywających, pojedynczo i grupami. Dwukrotnie trafiliśmy na polowanie: nie było widać, ani słychać zupełnie nic, aż nagle potężny plusk zwracał uwagę na śmigające nad wodą szare cielsko. Udało nam się też pokibicować dwóm naładowanym wiosenną agresją samcom, które pobiły się na brzegu bajora. O wężach zapomnieliśmy, lecz emocji nie zabrakło. Ledwie minęliśmy aligatora, którego paszcza wyłaniała się z jeziora metr od naszych adidasów, mój mąż zauważył po drugiej stronie grobli następnego. Spodobał mu się ten dziki zwierz na tle bagiennej scenerii, więc zbliżył się nieco z kamerą. W pozycji leżącej aligator pozwolił się filmować rzez 20 sekund, po czym wstał i ruszył prosto na męża, który cofął się tylko pół kroku i zamiast uciekać, nadal kręcił. Aligator, być może zaskoczony brakiem rozsądku u dwunożnego, przystanął i otworzył paszczę tak szeroko, że mogliśmy policzyć brązowe zębiska. Jednak w tej chwili nie umiałam nawet wymienić po kolei liczb od 1 do 5. Tuląc dziecko patrzyłam, jak mąż kręci, a aligator prezentuje broń. W końcu zamknął paszczę i ruszył naprzód. Mąż znów odszedł tylko kawałek, ale gad go zignorował. Przeciął groblę śmiesznym, kołyszącym się krokiem i bez jednego pluśnięcia zanurzył się w jeziorze. Pożegnało go nasze westchnienie ulgi na trzy głosy. Aligatory potrafią bardzo szybko biegać. Człowieka wprawdzie nie pożrą, ale mogą śmiertelnie poharatać.
No i co robaczku, i gdzie twój grzechotnik? W marcu w Big Bendzie go nie było, ale może będzie w kwietniu, gdy dno pustyni nie jest już kolorowym dywanem, za to wszędzie kwitną kaktusy i jukki. Kwitnące jukki tak się mają do innych roślin, jak królewska rodzina do pospólstwa. Gdy jest ich dużo, widok powala na kolana. Pojechaliśmy więc znowu do Big Bendu i tym razem mieliśmy szczęście nie tylko do kwiatów. Idąc szlakiem przez kotlinę gór Chisos zostaliśmy nagle wmurowani w ziemię przez jakiś dziwny, zarazem znajomy i obcy dźwięk. Oto na ścieżce parę kroków przed nami prężył się tłusty, zielonkawy grzechotnik. Przybrał esowatą pozycję „gotów do ataku” i wibrował grzechotką jak szalony. To był blacktail, ubarwiony jak mozaika plam światła i cienia w trawie, długi na metr i grubszy niż przewiduje „ustawa” – pewnie ciężarna samica. Podobno w wypadku spotkania grzechotnik boi się bardziej niż człowiek i daje dyla… nic z tego! Ciężarna mamusia nie tylko nie uciekała, ale jeszcze ruszyła na nas, wciąż głośno grzechocąc. Cofaliśmy się posłusznie, łypiąc na boki, czy przypadkiem nie ma gdzieś tatusia. Wkurzyła mnie ta mamusia – nie pozwalała nam przejść i jeszcze straszyła! W końcu dała nura w las, a mój mąż wziął dziecko na barana i poszliśmy dalej szlakiem.
Na zawsze zapamiętałam ten jedyny w swoim rodzaju dźwięk – istotnie, ni to klekotanie, ni syczenie, ni skwierczenie. Dużo głośniejsze niż nędzne bzyczenie ze Sweetwater.
Zanim nastały czasy kowbojów, Teksas należał do Indian. W zachodniej części stanu roi się od indiańskich malowideł naskalnych, więc odwiedziliśmy rezerwat Hueco Tanks, by je obejrzeć. Tam idąc o pustyni zgubiliśmy ścieżkę i wylądowaliśmy wśród szarych kęp piołunu. Gdy zawróciliśmy, coś kazało mi obejrzeć się za siebie. Zdrętwiałam. Parę kroków od nas spoczywał pod krzaczkiem wyciągnięty jak struna grzechotnik teksański, raczej młody, trochę ponad pół metra długości - najpospolitszy gatunek, agresywny, o silnym jadzie. Przeszliśmy przed chwilą tuż przed jego nosem, a on nawet nie zasyczał. Nie zagrzechotał. Nie przygotował się do ataku. Ciekawe czemu – czuł się mimo wszystko bezpieczny, czy był martwy? Chciałam rzucić kamieniem, żeby sprawdzić, ale nic nie było pod ręką.
Na koniec przyszła pora na spotkanie z przyrodą wyspy barierowej Padre Island. W drodze nad Atlantyk zatrzymaliśmy się na poboczu przy wielkiej kępie kwiatów. Dziecko spało, więc go nie ruszaliśmy. Już miałam wejść w kwiecie i pozować do zdjęcia, gdy mój wzrok padł nagle na szarobeżowe, połyskujące cielsko, zwinięte w kilka pierścieni na brzegu kępy. Grzechotnik teksański - wyjątkowo duży, półtora metra długości, gruby jak męskie ramię! Stary osobnik. Minimalny bezpieczny dystans od tak wielkiego grzechotnika to 3 metry, a nas dzieliły od niego niecałe dwa. Z wrażenia nie byłam w stanie nic powiedzieć, wyciągnęłam tylko palec. Mąż dostrzegł go natychmiast i osłupiał - stał jeszcze bliżej.
Grzechotnik ani drgnął. Łudziłam się, że jest martwy, lecz mój mąż widział uniesiony czujnie łeb. Świeciła w nim para świdrujących nas czarnych oczek. Wąż czekał na nasz ruch, gotów do ukąszenia. Szepnęłam, żeby natychmiast zmykać do samochodu, jednak mężowi się nie śpieszyło. Powoli odstąpił 2 kroki w tył i nieco niezbornymi ruchami zaczął ustawiać parametry w aparacie. To dopiero brawura! Krzyknęłam, żeby nie przeginał i wtedy wąż bezszelestnie zniknął w trawie. Ufff! Mał rakowało, a zamiast nad morze, musielibyśmy jechać do szpitala. Dobrze, że grzechotniki oszczędzają jad. Atakują dopiero wtedy, gdy ubzdura się im, że są zagrożone. Przy tym stare osobniki są bardziej „spoko”; młodym puszczają nerwy, gdy widzą w pobliżu ludzką nogę albo nieznośnie ruchliwe dziecko. No właśnie, dziecko! Kto wie, czy nie dalibyśmy mu rozprostować kości, gdyby nie spało… W USA ukąszenie grzechotnika rzadko bywa śmiertelne, jeśli ofierze udzieli się w porę pomocy medycznej. Giną zazwyczaj histerycy, alergicy, starcy i dzieci.
All right! Teraz już można wracać do kraju, by bez stresu rzucić się w nagrzaną słońcem trawę i marzyć o kolejnej wyprawie na Dziki Zachód. Szkoda tylko, że najważniejsze zdjęcia się nie udały. Ale kiedyś to jeszcze nadrobimy.
Lecące na pysk dolary... Cola w automacie kosztuje 1,5$, kawa w automacie 1$, mała kawa na stacji benzynowej 70c, papierosy 5-7$, porządny obiad w taniej restauracji 15$, nocleg w motelu minimum 50$, nocleg na kempingu 8-14$ (za całość - dwa namioty, dwa samochody, dowolna liczba osób - ale nie duża grupa oczywiście), namiot od 70$, buty (typu adidasy) 15-25$, zwykły T-shirt 7$, krem p-słon z filtrem nr 50 7 $, okulary p-słon od 5$, kostium kąpielowy damski 30 $, kąpielówki męskie (do kolan, bo tylko takie tu się
nosi, inne to zgroza) 15$, buty kąpielowe 7$, mały grill 20 $, puszka kurczaka 3$, puszka groszku 55c,
chinskie zupki instant po 20c za sztukę.
Klimat subtropikalny, zima ze śniegiem bywa tylko w górach i północnej części stanu, od marca do połowy maja jest polskie lato (choć noce na pustyni i w górach są zimne), od połowy maja do połowy września
subtropiki. W okolicach San Antonio i Houston, a także na całym wybrzeżu jest wilgotno.
Z Warszawy można lecieć z jedną, dwoma lub trzema przesiadkami. Z jedną - przez Chicago albo Nowy Jork i to zdecydowanie polecam. Wersje wieloprzesiadkowe są czasem tańsze, ale znacznie bardziej kłopotliwe i męczące. Portów lotniczych w Teksasie nie brakuje, można sobie wybrać nieomal dowolne miejsce.
Znakomite drogi, ale nieuważni kierowcy (lekceważą kierunkowskazy albo o nich zapominają). Można przejechać 700 mil w jeden dzień. Wieczorami trzeba bardzo uważać na jelenie, których w Teksasie żyje mnóstwo. W samochodzie powinna być klimatyzacja, bo bez niej trudno wytrzymać. Niestety, benzyna drożeje z dnia na dzień - obecnie (koniec kwietnia 2008) galon kosztuje już ponad 3 dolary.
Poza lotniczym praktycznie nie istnieje. Jedynym wyjściem jest wypożyczenie lub zakupienie samochodu.
Stare auto można tu kupić już za 2000 dolarów.
Znajduje się tu np. drugi co do rozległości kanion USA (po Wielkim Kanionie, oczywiście)- Palo Duro.
Są wspaniałe, czyste i ciepłe w lecie rzeki, po których można organizować krótkie i długie spływy oponami
z dnem lub bez dna. Jest mnóstwo naskalnych malowideł indiańskich i stare hiszpańskie misje. Są
tajemnicze zjawiska (np. światła nieznanego pochodzenia na pustyni), przepiękna przyroda (zapierające
dech w piersiach krajobrazy, egzotyczna flora i fauna), zwariowane muzea (Muzeum Desek Sedesowych
w San Antonio), wspaniałe muzea (głównie w Houston) i unikalne muzea (Muzeum Patrolu Granicznego
San Antonio) i mnóstwo dobrych restauracji, gdzie można spróbować wielu nowych potraw. Są góry, lasy
Uśmiechnięci, gadatliwi, kochają small talks i zaczepiają innych wszędzie, żeby pogadać. Ciekawscy,
wypytują o wszystko, zwłaszcza Europejczyków. Większość nigdy nie słyszała o Polsce.
Teksas jest ojczyzną barbecue i chilli (kowbojskiej, pikantnej zupy z mięsa i fasoli). Koniecznie należy spróbować! Popularna jest też kuchnia Tex-Mex (wariant meksykańskiej z dużą ilością mięsa i tłuszczu) - na wyróżnienie zasługują dania o hiszpańskich nazwach: fajitas (pieczone mięso pocięte na paski i zawinięte w pszenną tortillę), enchiladas (kukurydziane placki nadziewane rozmaicie i zalane gęstym sosem),
chile rellenos (ostre papryki faszerowane serem i zapiekane w słonym cieście biszkoptowym),
guacamole (rodzaj kremowej pasty z avocado) i calabacitas (cukinia zapiekana z cebulą, pomidorami i serem).
Zwolennikom bardziej europejskiej kuchni można polecić sieć restauracji Golden Corral (ogromny wybór
wszystkiego, zaspokoi najwybredniejsze gusta), zaś łakomczuchom sieć kawiarni Starbucks.
Te najciekawsze to: ssaki - pumy, aligatory, pekari, pancerniki, skunksy, oposy, szopy;
ptaki: kolibry, kardynały, roadrunnery (czyli "strusie pędziwiatry"), łyżkodzioby, dzikie indyki, pelikany;
gady: aligatory, grzechotniki, mokasyny, żmije koralowe, jaszczurki rogate, żółwie;
bezkręgowce: skorpiony (niegroźne), pająki ptaszniki, czarne wdowy, kraby, meduzy "Portugalski
Najeźdźca" (parzą!), ogromne wije, latające karaluchy amerykańskie, motyle (zwłaszcza Monarchy).
ZWIERZĄT JEST DUŻO I CZĘSTO SIĘ JE SPOTYKA.
Ogromne bogactwo - od sosny do palmy, od powoju do orchidei. Wspaniałe lilie wodne, wspaniałe kaktusy i jukki. Teksańskim odpowiednikiem naszej wierzby płaczącej jest pustynny krzew ocotillo - bardzo ciekawy.
Symbolem i dumą Teksasu jest tzw. bluebonnet - czyli gatunek... łubinu. Przez całą wiosnę Teksas kwitnie we
wszystkich kolorach tęczy. Są tu stanowiska roślin drapieżnych z dzbanecznikiem na czele. Nierzadko spotyka się fantastyczny epifit - tzw. hiszpański mech, udrapowany na drzewach i nadający krajobrazowi "gotycki" charakter. KTO LUBI ROŚLINY, BĘDZIE ZACHWYCONY.
Teksas to "państwo w państwie" i w dodatku państwo policyjne. Oczywiście zdarzają się wypadki, ale generalnie jest bezpiecznie. Nie należy się dziwić ani częstym kontrolom policyjnym, ani czepianiu się
szczegółów. Biali ludzie są zwyczajowo uprzywilejowani.
O zdrowie trzeba dbać wyjątkowo, bo służba zdrowia tu niegościnna! Nawet jeśli masz ubezpieczenie, powinieneś spodziewać się kłopotów. Pierwsze pytanie do konającego to nie "co pana boli", tylko "kto pokryje koszta opieki medycznej".
Przyroda przepiękna, dla Polaka egzotyczna - choć widuje się znajomą florę i faunę. W Teksasie znajduje się
jeden z najcenniejszych rezerwatów biosfery na świecie - Big Thicket. Godna polecenia jest pustynia
Chihuahuan , gdzie na wiosnę kwitną miliony kwiatów, a zaraz potem kaktusy. Jezioro Caddo na granicy z Luizjaną to zakątek niesamowity przyrodniczo i krajobrazowo. W Teksasie są 2 parki narodowe, Narodowe
Wybrzeże Padre Island i ponad 100 tzw. parków stanowych, w których można podziwiać przyrodę.
Teksas to raj dla ptakolubów, botaników i herpetologów.
Zwyczajne zakupy gospodarczo-turystyczne dobrze się robi w sieci supermarketów WalMart - gdzie indziej jest dużo drożej, chociaż towar często ten sam. Zakupy spożywcze obowiązkowo w sieci teksańskich supermarketów HEB, które wygrały konkurencję ze wszystkim innym. Należy być ostrożnym z kupowaniem np. lodów czy ciastek od ludzi na ulicy - nie mają koncesji i trudno powiedzieć, czy ich towar jest przygotowany higienicznie.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Przez cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotels-in-usa.net Hotele
- www.art-collecting.com Galerie
- www.museumsusa.org Muzea
- www.usatourist.com Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

