okazje

„GDZIE KOŃCZY SIĘ LĄD A ZACZYNA MORZE” - PORTUGALIA I HISZPANIA OCZYMA DWÓCH SZALONYCH KOBIET !

25.04.2008

„GDZIE KOŃCZY SIĘ LĄD A ZACZYNA MORZE”

Miejsce akcji: PORTUGALIA I CZĘŚĆ SŁONECZNEJ ANDALUZJI
Skład drużyny: JA I MAMA ( pozostali gracze to osoby przypadkowo spotkane podczas wyścigu z czasem)
Budżet : 3480 zł + 350 euro (łączny koszt za dwie osoby)
Termin realizacji: 29 wrzesień – 06 październik 2007

Przeczytaj koniecznie: Cypr po raz pierwszy
Cel: obalenie popularnych już mitów, mówiących, że świat kończy się w Portugalii i że język portugalski jest niemalże identyczny jak język najbliższych sąsiadów – czyli kastylijski

Dzień pierwszy: 6:00 rano – jesteśmy w taksówce w drodze na Okęcie, odbieramy bileciki, oczekujemy w kolejce, walizki już czekają gotowe, zapakowane w folie spożywczą, która stanowi powłokę ochronną. Każdy kto chociaż raz leciał samolotem wie jak traktuje się bagaże na lotniskach i co w praktyce znaczy możliwość zgłoszenia reklamacji u przewoźnika ; >

Po niespełna czterech godzinach lotu lądujemy w FARO – stolicy ALGARVE (od arabskiego słowa „al-Gharb” – zachód). Z za okien autobusu zmierzającego do hotelu widzimy kolaż wszystkiego : czerwono ziemy, skały, kaktusy, palmy, mokradła otaczające lotnisko, zadajemy sobie to samo pytanie co reszta osób: „Gdzie jest słońce?”

Dzień drugi: 8:30 – ciemno, głucho wszędzie, czy to aby już ranek? Mimo niepewnej pogody wybieramy się na plażę, pomimo obecności jedynie ratowników opatulonych po zęby i ukrytych w swoich hangarach, skąd co jakiś czas rzucają okiem na ocean, nie poddajemy się! Postanawiamy dzielnie nabrać barwy wakacyjnej. Kładziemy się na piachu, w wykopanym wcześniej grajdołku i podczas gdy tnący skórę niczym w czasie burzy piasek pokrywa nas kolejnymi warstwami, szczękając zębami, postanawiamy zaklinać słońce – bez skutku. W pełni oblepione ziarenkami decydujemy ruszyć w drogę. Tak o to maszerujemy w stronę granicznego miasteczka pomiędzy Hiszpanią, a Portugalią. Po drodze napotykamy osoby uprawiające przeróżne sporty, najbardziej widowiskowy okazuje się BUGGY KITE – trzykołowe wózki z latawcem, mkną po odsłoniętym przez odpływ piasku, a w nich uśmiechnięci od ucha do ucha amatorzy adrenaliny, następnie mijamy stado gigantycznych ptaków, które, w obliczu totalnej pustki, patrzą na nas niczym na łakome kąski. Od razu na myśl nasuwają się obrazy z filmu Hiczkoka. Przyśpieszamy kroku, i w końcu docieramy do małego miasteczka o nazwie San Antonio. Niedziela, popołudnie, zza chmur nareszcie wygląda słoneczko, a w około czuć atmosferę niczym w Meksyku. Małe uliczki, pełne ludzi knajpki, typowa dla Środkowej Ameryki muzyka, no i bezpańskie psy. W małym lokalu, wtapiamy się pomiędzy tubylców, i czujemy klimat.

Dzień trzeci: 7:00 – pobudka, nareszcie, dzisiaj zwracają nam wolność i niezależność ! w wypożyczalni czeka na nas samochód. Patrzę za okno i myślę : „chyba nadchodzi koniec świata”… Ciemno, z nieba leją się hektolitry wody w zastraszającym tempie zalewając okolicę, wiatr targa wszystko co napotyka na drodze, a ocean wydaje się pożerać ląd. Błyskawice uderzają kolejno, my jednak długo nie czekamy. W strugach deszczu biegnę odebrać nasz skarb. Wracam i ruszamy. Mijamy granicę, i kierujemy się w stronę Sevilli, zostawiając za sobą szalejącą burzę. Standardowa mapa z wypożyczalni kończy się gdzieś w połowie naszej trasy. Innej nie mamy. Docieramy do celu około południa, szukamy miejsca żeby zaparkować. Jadąc rzucamy okiem na stojące wszędzie samochody – wszystkie poobijane, wgniecione, podrapane – tutejszy zwyczaj. Po dwóch godzinach i niezliczonej liczbie okrążeń wokół ronda, mamy miejsce. Chwila oddechu, jesteśmy w samym sercu słonecznej Andaluzji! Zostałyśmy poinformowane przez pracowników wypożyczalni, żeby nic nie zostawiać we wnętrzu samochodu, nawet rzeczy typu parasol czy kurtka. Tak więc stosując się do poleceń, przemierzamy Sevillę, obładowane niczym karawana wielbłądów. Nic jednak nie może zepsuć uroku tego andaluzyjskiego miasteczka. Pora lunchu – ulice tętnią życiem. Przed każdym lokalem stoją wysokie stoliki, a wokół nich uśmiechnięci gwarni Hiszpanie, jedząc i popijając zimne piwo, konwersują. W powietrzu czuć atmosferę corridy i flamenco. Wtapiamy się w tutejszy krajobraz niczym nie przypominając turystek. Zaczepia mnie dziewczyna słowami: „Jesteś stąd, prawda? Którędy do ….” Przerywam jej mówiąc, że jestem z Polski i nie znam miasta. Zdziwiona, z uśmiechem a twarzy odchodzi, a ja sobie myślę: „ może mój hiszpański akcent jest całkiem niezły”. W gąszczu małych krętych uliczek, które przypominają istny lnt, szukamy nici Ariadny – bez skutku. Nawet mieszkańcy wydają się trafiać przypadkiem do swoich posesji. Mamy jednak okazję podziwiać dziedzińce, prywatnych domów, ukryte za wielkimi bramami. Temperatura powoli opada, a my powoli wracamy. Niech nikt nie liczy na to, że znaki drogowe w Sevilli dokądś prowadzą. Wjeżdżamy w ręce policji, celowo rzecz jasna i pytamy o drogę. Po paru sekundach przed oczyma mamy chórek hiszpańskiej drogówki, śpiewnym głosem, z silnym akcentem, kierujący nas do wyjazdu. Słowa wylatują im z ust, jak pociski z karabinu maszynowego – pewna jestem tylko jednego słowa „Vale?” …

Dzień czwarty: pobudka jak zwykle, ruszamy odkryć wybrzeże Algarve i mamy prawdziwą mapę!. Zostawiając za sobą kolejną ulewę, jedziemy w stronę słońca. Kolejno: Tavira, Olhao, Faro, Quarteira, Portimao, Lagos, Sagres, chcemy zobaczyć wszystko! Dojeżdżamy - Cabo de Sao Vicente, promienie słońca odbijają się od tafli wody, jesteśmy na „końcu świata”. Zastanawiam się: „ Dlaczego koniec a nie początek?” Widok zapiera dech w piersiach, a człowiek zastanawia się gdzie kończy się ta wielka woda. Siedzimy na skałce, patrzymy przed siebie i dumamy… pora ruszać, przed nami jeszcze tyle miejsc, tyle rzeczy do odkrycia. W drodze powrotnej mamy okazję zobaczyć twierdzę, otoczoną gigantycznymi kwiatami aloesu i miejscową ceramikę, gdzie można znaleźć niezliczoną ilość wyrobów we wszystkich kolorach tęczy. W końcu zdobywamy wymarzonego koguta! Symbol Portugalii. Oddalamy się, w tle słońce zachodzi powoli znikając w głębi oceanu. Mijamy kolejne miasteczka. Zatrzymujemy się w Labos. Parkuję naprzeciw galerii rękodzieł. Wchodzimy do środka, okazuje się, że artyści, dobrze znają nasz kraj. Idziemy dalej, spacerujemy maleńkimi uliczkami, zachwycone urokiem miasteczka, oświetlonego blaskiem lampek i księżyca. Chcemy zatrzymać się jeszcze w Portimao. Wjazd do miasta przypomina aglomerację śląską, gdzie co 500 metrów jest tablica innej miejscowości, i tak naprawdę nigdy niewiadomo w której się obecnie przebywa. Krążąc po mieście, szukając wyjazdu wjechałyśmy w jedną z wązitkich spadzistych uliczek, po obu stronach wzdłuż jej długości zaparkowane samochody, lusterkami niemal ich dotykamy, na dole okazuje się, że jest ślepa. Co tu robić? Przede mną wielki deptak. Próbuję wjechać, krawężnik za wysoki, samochód prawie zawisnął na zderzaku. Nie ma wyjścia – trzeba wyjechać na wstecznym, tylko jak? Tak właśnie pod czujnym okiem mojej współpodróżniczki i wszystkich mieszkańców owej uliczki, wyjechałam. Owacje, pozdrowienia i wracamy do naszej bazy.

Dzień piąty: odpoczynek, pora odetchnąć, przerywamy maraton żeby w końcu przez chwilę rozkoszować się tak długo oczekiwanym słońcem. Leżymy, kąpiemy się, siła oceanu i energia jaką ładuje człowieka jest niewyobrażalna. Kilka uderzeń fali, daje większego kopa niż nie jeden napój energetyzujący. Leżymy, słuchamy, obserwujemy. Czy wiedzieliście, że kierunek fal zmienia się wraz z położeniem Słońca? Napełniamy akumulatory, bo jutro czeka nas daleka droga i kolejne wrażenia. Wieczorem zwiedzamy okolicę i planujemy punkty wyprawy. Zasypiamy z uśmiechem na twarzy.

Dzień szósty: pobudka 5:00, co za oknami? Ta sama ciemność, którą zwykle widujemy o 7 rano. Odbieramy w recepcji breakfast box i ruszamy w kierunku stolicy. Początkowo mkniemy autostradą, żeby następnie zjechać na drogę prowadzącą wzdłuż zachodniego wybrzeża. Kierujemy się na północ. Jedziemy przez górzyste tereny, przesłonięte mgłą. Alentejo – region znany przede wszystkim z produkcji korka z dębu korkowego. Portugalia to prawdziwa mozaika krajobrazów. Zatrzymujemy się w Setubalu, starej rybackiej osadzie. Współczesne osiedla, przeplatają stare, zaniedbane budynki. Miasto ma przemysłowy charakter – brak mu duszy. Wracamy na autostradę. Mijamy kolejno bramki, żeby znaleźć się na jednej z wielu obwodnic Lizbony. Wjeżdżamy na most Vasco Da Gamy na rzece Tag - najdłuższy w Europie, ponad 17 kilometrowa konstrukcja spina jej brzegi. Do centrum doprowadza nas wielonarodowościowy GPS - furgonetka, trzech sympatycznych kierowców. Konsultują się w kilku językach, dając nam znaki gdzie jechać. Kto przeżyje jazdę po Lizbonie, poradzi sobie w każdych warunkach. Miasto wygląda niczym miniatura San Francisco. Strome szerokie ulice, przeplatane małymi wąskimi, zakręty ścinają słynne żółte tramwaje. Początkowy plan uległ zmianie. Kiedy zobaczyłyśmy posąg Chrystusa na drugim brzegu, do złudzenia przypominający ten z Brazylii, było już postanowione, że zaczniemy stamtąd. Dotarcie na drugą stronę było trudniejsze niż mogło się wydawać. Na pierwszy rzut oka, widać było, że do jego stóp prowadzi wiszący most 25 kwietnia – młodszy brat Golden Gate Bridge z San Francisco. Pozostaje jedno pytanie: jak na niego wjechać? Próbujemy. Pierwsze podejście. Trafiamy do dzielnicy Belem. Wszystko wokoło jest tak piękne, że naprawdę grozi nadwyrężeniem karku. Trafiamy na punkt widokowy, gdzie w porze lunchu, zbierają się pracownicy, żeby spożyć wspólnie posiłek i zagrać w siatkówkę.

Boisko konstruują w lasku sosnowym, pomiędzy dwoma drzewami rozkładają siatkę i zaczyna się gra. Staramy się wyjechać z owego parkingu nie zabierając ze sobą żadnego z drzew. Chłopcy kibicują nam gorąco w slalomie pomiędzy sosnami i żegnają nas promiennymi uśmiechami. Minęło parę godzin, na posąg spoglądamy z żalem i decydujemy o powrocie do centrum. Każdy drobny szczegół miasta jest tak zachwycający, że chciałoby się zobaczyć wszystko, pochłonąć go wzrokiem. A czas ucieka, my mamy go już nie wiele, trzeba przecież jeszcze wrócić do bay, zwrócić naszą karetę nim zamieni się w dynię. Lisboa e boa – dosłownie znaczy: jest piękna.

Odkrywamy charakterystyczne znaki Paryża – łuk triumfalny i katedrę do złudzenia przypominającą Notre Dame. Jednak oryginalny charakter miasta nie pozwala nam zapomnieć, że nie jesteśmy we Francji, ani nigdzie indziej tylko w Portugalii. Omijamy typowe turystyczne szlaki – idziemy własnym, bez mapy, bez przewodnika, prowadzi nas duch tego miejsca. Do centrum prowadzi Rua du Paraiso – droga do raju. Oczy mamy szeroko otwarte. Znajdujemy się w Bairro Alto – wysokim mieście. Plac Santa Catarina dzieli się na dwie części – pierwsza to kafejka pełna turystów, konwersujących między sobą. Druga – to miejsce spotkań artystów, ludzi różnych kultur i narodowości, ludzi otwartych. Siadamy pomiędzy nimi i podziwiamy panoramę miasta. Zaczyna się ściemniać, ruszamy w kierunku samochodu. Po drodze rozmawiamy z malarzami, restauratorami, w końcu gubimy się w gąszczu małych uliczek trafiając na chmarę studentów w togach. Otoczone dziesiątkami młodych ludzi, pomimo mapy nie możemy znaleźć drogi. Wiemy, że gdzieś za murem jest nasz samochodzik. Z ratunkiem przychodzi nam taksówkarz. Kurs trwał niespełna 4 minuty, ale niezapomniane minuty. Jazda przypominała roller coaster . Lewo, prawo, bokiem, mijamy tramwaj, mijamy pieszych, po chodniku i znów na drodze. Jesteśmy. Jechaliśmy z taką prędkością, że zapamiętanie drogi było nierealne. Kierowca poinformował nas, że trafiłyśmy na inaugurację roku akademickiego.

Pokonanie ślimaków, wyjazdów, obwodnic jest jak gra w totolotka na chybił-trafił. Udało się. Oddalamy się, zostawiając Lizbonę w tle.

Dzień siódmy: Po śniadaniu na prośbę naszych hotelowych sąsiadów odwiedzamy pobliską ceramikę. Negocjacje z właścicielem trwają długo, kiedy już wydaje się, że zbiliśmy cenę, mężczyzna o wszystkim zapomina. Multi języczna dyskusja trwa, mimo znikomych obniżek, samo targowanie się było niezwykle zabawne. Jeszcze krótka wizyta w Hiszpanii, napełniamy bak i zwracamy nasz skarb. Resztę dnia spędzamy na piasku.

Oddając się słonecznym i wodnym kąpielom, marzymy, marzymy o powrocie do Lizbony.

Dzień ósmy: wracamy, ponad 1600 kilometrów za nami, tysiące klatek przemykają przed oczyma, wspomnienia, które zabierzemy ze sobą i małe - duże chwile, to co najcenniejsze w życiu. Tuż po godzinie 18:00 lądujemy w Warszawie. Leje, zimno. Uśmiechamy się do siebie - wciąż grzeją nas wspomnienia. Wrócimy.

info

W obydwu krajach obowiązuje euro. Karty również są akceptowane zarówno VISA Electron jak i VISA z wytłoczeniami, MasterCard bez problemów.

We wrześniu pogoda w kratkę. Tzn. od upału, przez wichury po ulewne deszcze. Zmienia się jak w kalejdoskopie. Jerzeli dzień zaczyna się od ulewy, może pokazać się słońce lub może być jeszcze gorzej. Nie wielkie różnice kilometrów - a różnica w pogodzie może być olbrzymia.

transport

Do Monte Gordo najłatwiej dotrzeć samolotem, loty z Warszawy do Faro, a z tamtąd już tylko godzinka autobusem na miejsce, samochodem troszkę krócej jakieś 45 minut. Lądem za to mamy kilka ciekawych opcji. Najfajniejsze wydają mi się: wschodnim wybrzeżem Hiszpanii na południe, Barcelona, Walencja, Malaga, Gibraltar, można skoczyć do Maroka, z tego co wiem rejs promem do Tangeru trwa około 2 godzin. Dalej Huelva, Ayamunte, przez graniczny most do San Antonio, i już jesteśmy na miejscu. Druga opcja : przez Pireneje, północnym wybrzeżem, Bilbao, Coruna, Santiago de compostela, Fatima, Lizbona, Setubal, dalej przez gaje korkowe aż do Algarve, wzdłuż południowych plaż aż do Monte Gordo.

Do Monte Gordo najłatwiej dotrzeć samolotem, loty z Warszawy do Faro, a z tamtąd już tylko godzinka autobusem na miejsce, samochodem troszkę krócej jakieś 45 minut. Lądem za to mamy kilka ciekawych opcji. Najfajniejsze wydają mi się: wschodnim wybrzeżem Hiszpanii na południe, Barcelona, Walencja, Malaga, Gibraltar, można skoczyć do Maroka, z tego co wiem rejs promem do Tangeru trwa około 2 godzin. Dalej Huelva, Ayamunte, przez graniczny most do San Antonio, i już jesteśmy na miejscu. Druga opcja : przez Pireneje, północnym wybrzeżem, Bilbao, Coruna, Santiago de compostela, Fatima, Lizbona, Setubal, dalej przez gaje korkowe aż do Algarve, wzdłuż południowych plaż aż do Monte Gordo.

Jeżeli ktoś chce się poczuć w pełni wolny to polecam wynajęcie samochodu - jeżeli chodzi o Portugalię najlepiej w Auto - Jardim, korzystne ceny, samochody nie złe i co ważne ubezpieczenie pokrywające cały samochód ( większość wypożyczalni zastrzega sobie, że ubezpieczenie nie obejmuje lusterek, podwozia, kół itp. i prawo do prowadzenia dla więcej niż jednej osoby. Jeżeli jest się blisko granicy to najlepiej tankować w Hiszpanii - 0k. 40-50 centów taniej na litrze.

warto wiedzieć

Bardzo drogi roaming - niemalże 8 zł za odebanie minuty połączenia. Drogie są też karty do rozmów międzynarodowych. Za pięc euro zaledwie 20 min na stacjonarne.

Przesympatyczni, bardzo pomocni, zarówno Hiszpanie jak i
Portugalczycy, imigranci również, bezproblemowi. Policja chętnie pomorze, pokieruje, udzieli informacji, którędy, jak itd. Z tubylcami można się porozumieć po hiszpańsku, po portugalsku, po włosku, z angielskim też nie ma większych problemów. No a jak zawiodą te wszystkie opcje to pozostają nam rączki i żywa gestykulacja ; >

Jeżeli chodzi o potrawy regionalne raczej nie można liczyć w tym względzie na hotele. Standardowo oferują tzw. kuchnię kontynentalną tzn. teoretycznie potrawy z całego kontynentu - w praktyce, gotowce lub kilka najprostszych produktów ser, salami. Nie tylko kawa ale nawet jajecznica serwowana jest z proszku. Polecam za to świeże ryby i owoce morza, których nie brakuje w nadmorskich restauracjach. Przykładowo - sardynki z rusztu, sałatka i ryż w centrum Lizbony na Rua Augusta ok. 10-12 euro.

Kupić można wszystko - produkty spożywcze, odzież, ceramikę itd. W Portugalii na południu na każdym rogu spotkac można punkty sprzedające lokalne wyroby ceramiczne, od kubeczków, talerzy, przez wazy, dzbany skończywszy na ozdobach umieszczanych na dachu. Trzeba się targować bo ceny wyokie. Najtansza ceramika jaką spotkałam znajduje się na drodze do przylądka św. Wincentego - można zakupić tam również tradycyjne koguciki. W Lizbonie uliczni malarze oferują swoje prace ( trzy duże obrazy ok. 20 euro, dużo jest też sklepów z produktami z korka - poza tradycyjnymi korkami do butelek, robia z niego prawie wszystko - torebki, fartuchy, portmonetki itp. Na lotnisku mamy duży wybór tradycyjnych produktow spożywczych - sery, wina, słodycze. Polecam figi w gorzkiej czekoladzie - stosunkowo drogie (mała puszka ok. 15 euro) ale smak jedyny w swoim rodzaju - idealne na prezent. Godne rekomendacji jest czarne porto - czerwone, słodkie, mocne wino. Białe nie wszystkim przypada do gustu. Na ulicznych straganach w małych miasteczkach można przebierać w niezlicoznych wzorach szali - idealne na każdą okazję. Poleca gorąco mały sklepik w Labos z rękodziełami - miła Pani wykonuje ręcznie biżuterię ze szkła Murano (jedno z najdroższych szkieł na świecie, produkowane we Włoszech na wyspie w okolicy Wenecji - niepowtarzalne wzory - nigdy nie robi dwóch identycznych rzeczy. Branzoletka ok. 10 euro - w Polsce kilka set złotych.

atrakcje

Na południowym wybrzeżu Algarve w stronę granicy hiszpańskiej rozciągają się długie szerokie plaże, pokryte białym piaskiem, po południu kiedy przychodzi odpływ i odsłania ich dużą powierzchnię idealne żeby spróbować BUGGY KITE - latawiec + trójkołowy wózek, amatorów tego sportu nie brakuje; natomiast na zachód, dominują klifowe wybrzeża, formacje skalne, jaskinie, groty itp.

Autor: Agnieszka
Sklep online
Lot do Paryża za 58 zł!
Kiedy: do 04.07.12
Cena: 58 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
PORTUGALIA

Stolica: Lizbona Waluta: euro (EUR) Język urzędowy: portugalski

Lokalny czas

GMT+1

Po co jechać

  • Plaże
  • Kuchnia
  • Architektura
  • Zabytki

Kiedy jechać

Od kwietnia do października

Niezbędne informacje

więcej

Przydatne adresy

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line