okazje

Mister, byłeś w Nagarkot? Widziałeś najpiękniejszy na świecie zachód słońca w Himalajach? Nie? To musisz tam koniecznie pojechać! – przekonywał mnie uparcie recepcjonista mojego hoteliku w Katmandu.

06.05.2008

Changu Narayan, świątynia w górach

 

   Mister, byłeś w Nagarkot? Widziałeś najpiękniejszy na świecie zachód słońca w Himalajach? Nie? To musisz tam koniecznie pojechać! – przekonywał mnie uparcie recepcjonista mojego hoteliku w Katmandu. Dałem się namówić. I nie przypuszczałem, że klasyczna turystyczna eskapada przerodzi się w jedną z piękniejszych przygód w Nepalu.

A to tylko dlatego, że do odległego o kilkanaście kilometrów Bhaktapur postanowiłem następnego dnia rano wrócić na piechotę. Przez Changu Naryan.

  

   Wyjazd.

   Na umówione miejsce spotkania, skąd grupa wycieczkowiczów takich jak ja miała wyjechać eleganckim autobusem turystycznym do wioski Nagarkot położonej na wysokości 2.200 metrów npm, bardzo wczesnym rankiem przez zakamarki tonącego w kurzu i smogu Katmandu zaprowadził mnie mały boy hotelowy.

   Na miejscu czekały już dwie trapersko odziane panie w średnim wieku. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że z Niemiec. Ponad półgodzinne oczekiwanie na pozostałą grupę turystów i wspomniany autobus zakończyło się przyjazdem rozradowanego Nepalczyka starym samochodem terenowym (jakiś leciwy landcruiser czy landrover). Radośnie oświadczył, że więcej osób się nie zgłosiło, więc on nas zawiezie do miejsca magicznych zachodów słońca. OK, usadowiliśmy się na zakurzonej pace, złapaliśmy się metalowych mocowań wiekowych foteli i po wyboistych drogach ruszyliśmy z kopyta.

   Ze dwa kilometry. Nasz kierowca trochę pokluczył po peryferiach Katmandu i zatrzymał się w jakimś zaułku. Za chwilę do naszego pojazdu, w którym przecież było sporo wolnego miejsca, wtarabaniła się nepalska rodzina z masą tobołów. Co się nie zmieściło do auta wylądowało na dachu. Kolejne kilka kilometrów i do pełnego, wydawało się, terenowca pakuje się jeszcze dwóch przyjaciół naszego kierowcy. Jest może trochę ciasno, ale radośnie.

   Nagarkot leży na północny wschód od Katmandu, ale po słońcu orientuję się, że nasz kurs od pewnego czasu zmienił się na bardziej północny. A nawet północno zachodni. Wymieniamy niepewne spojrzenia z Niemkami, ale sytuacja za kilka minut się wyjaśnia. Rodzina wysiada, zabiera część pakunków i bierzemy właściwy azymut. Do czasu. Nagle znów zmieniamy kierunek i gnamy gdzieś na wschód. No! jasne, trzeba wypakować resztę rzeczy. Zabieramy za to kolejnych parę osób. Oddalone kilkanaście kilometrów od Katmandu Bhaktapur mijamy już po może ponad dwóch godzinach. Przed nami na szczęście jeszcze tylko dwadzieścia parę.

   Te mijają w podobnym tempie i stylu. Tylko parę pierwszych kilometrów. Potem zaczyna się ostrzejszy podjazd i to już jest dla naszego pojazdu za dużo. Chcąc nie chcąc rozstajemy się z przyjacielskimi współtowarzyszami podróży i w trójkę z kierowcą posuwamy się w górę, co jakiś tylko czas zatrzymując się, by wodą z kanistra schłodzić rozgrzany nad miarę silnik. Potem jeszcze tylko przerwa na posiłek.... i zaczynamy martwić się, czy zdążymy na zachód słońca.

   Nagarkot.

   Udało się. Żegnamy się przyjacielsko wymieniając masę uśmiechów i ukłonów z naszym kierowcą i umawiamy się na widowiskowy spektakl w pięknie widokowo położonej knajpce.

Ochom i achom nie było końca, kolacja była niczego sobie, a widoki – przepyszne! Panorama Himalajów wręcz niebywała, ośnieżone szczyty błyszczą w promieniach zachodzącego słońca, kto żyw z turystów (a nie było nas zbyt wielu) wylega na tarasy a nawet dachy domów i hotelików i podziwia zapierający w piersiach widok. Niemki zostają jeszcze dwa, trzy dni a ja postanawiam wracać następnego dnia, ale już nie samochodem a na piechotę. Może będzie tylko niewiele szybciej, ale na pewno piękniej widokowo.

   Festiwal.

   Budzę się przed świtem i z pobliskiej skarpy opadającej kilometrami tarasowych pół w dół w rozciągające się przede mną doliny z podziwiam kolejny spektakl. Będącą jeszcze w półmroku potężną dolinę zamykają na horyzoncie majestatyczne, rozświetlone góry. Z każdą chwilą słońce ukazuje nam kolejne fragmenty krajobrazu położonego pod nami. Pola, drzewa, drogi i wioski rozrzucone po okolicznych niewielkich w porównaniu z potężnymi szczytami Himalajów górami. Zarzucam plecak i drepczę drogą w dół w kierunku ścieżki do Changu Naryan. Hinduskiego klasztoru położonego w pobliskich górach, kilkanaście kilometrów od Katmandu. Spotykam pierwsze kobiety wyruszające do pracy w polu.

   Mapa kupiona jeszcze w Katmandu nie jest może zbyt precyzyjna, ale okazuje się i tak być bardzo pomocną. Nieliczne wątpliwości podczas wędrówki ścieżkami wśród wiosek czy grzbietami górskimi, z których co rusz poziwiam kolejne fragmenty kapitalnej panoramy Himalajów, rozwiewa to buddyjski lama, oczywiście za drobną opłatą na remont swojej świątyni, to umorusane, śmiejące się od ucha do ucha dzieciaki biegnące za mną jeszcze kawałek drogi wzbijając tumany kurzu na wysuszonych na pieprz ścieżkach, to stary pielgrzym medytujący przed historycznym, ebonitowym radyjkiem z przywiązanymi drutami wielkimi bateriami do małej sfatygowanej obudowy.

   Słońce na niemal bezchmurnym niebie wznosi się coraz wyżej, temperatura mimo pierwszych dni stycznia, dawno przekroczyła 25 stopni, robi się gorąco. Dookoła góry i wioski. Cisza. Nagle zza kolejnego wzniesienia dociera do mnie intrygujący dźwięk. Radosna muzyka wygrywana na trąbkach, bębenkach, fletach. Idę w jej kierunku i widzę orszak wieśniaków schodzących do pobliskiej małej wioski. Wchodzę na klepisko głównego placu niemal równo z nimi. Natychmiast jestem niezwykle przyjaźnie przywitany i zaproszony do współuczestnictwa w święcie. Festiwalu, jak mi tłumaczą. Przed chatami odbywa się nie zrozumiały dla mnie rytuał, muzykanci grają non stop, sporo osób tańczy. Robię zdjęcia. Ktoś delikatnie wyrywa mi aparat i plecak i wypycha na środek placu. Jestem zaproszony do tańca z najstarszym wioski. Poprosiłem młodego Nepalczyka o jedno zdjęcie w tańcu, a ten wypstrykał pół filmu, gdy usiłuję złapać nepalski rytm. Ale śmiechu było co niemiara.

   W pobliskich skałach wykuty jest niewielki ołtarz. Zawiadujący całą ceremonią mistrz wymalował czerwoną farbą rytualne znaki na kamiennej ścianie. Cała wioska, składająca się w większości z ludności hinduskiej, jak zresztą cały Nepal,  przenosi się wraz z mruczącym swoje mantry mnichem buddyjskim właśnie w to miejsce. Małe dziewczynki o niebywałej urodzie niosą pod pachami koguty. Muzyka wciąż gra, mnich wyśpiewuje mantry, co jakiś czas posypując ryżem dary i przedmioty kultu, koguty wyrywają się z rąk dziewczynek i biegają wokół nas, miejscowi częstują nepalską milk tea i innymi napojami, trwają modły, siedzący wieśniacy kłaniają się nisko do ziemi, atmosfera narasta i zagęszcza się. W pewnym momencie młody chłopak nie odstępujący mnie na krok, a który za punkt honoru i wyróżnienie w oczach innych poczytywał sobie noszenie mojego plecaka, szturcha mnie w bok: Go, mister, make foto! – szepce.

   Mistrz ceremonii bierze z rąk jednaj z dziewczynek koguta, rytualnie odcina mu głowę i krwią powtarza zapisane wcześniej na skałach znaki. I tak czyni ze wszystkimi przyniesionymi przez dziewczynki ptakami. Uroczystości trwają dwa dni, muzyki, modłów i alkoholu nie brakuje. Wszystkiemu towarzyszą zamykające horyzont Himalaje i genialne oczy wpatrujących się w ceremonię dziewczynek. Atmosfera jest zupełnie nieziemska.

   Changu Naryan.

   Muszę iść dalej. Niechętnie żegnam się ze wszystkimi. Mój mały tragarz odprowadza mnie do granic wioski i długo jeszcze macha za mną rączką. See you, mister, see you...

   Po krótkiej wędrówce wyłania się przede mną cel mojej wędrówki. Czas się cofnął. Dotarłem do punktu, gdzie stary Nepal zatrzymał się w miejscu. Jeden z ważniejszych celów dawnych pielgrzymek jawił się w całym swoim naturalnym pięknie autentycznej świątyni kultu Wisznu. Powitały mnie ciszą braku turystów przyklejone do murów świątynnych domy rzemieślników wytwarzających na miejscu arcydzieła sztuki hinduskiej, buddyjskiej, tybetańskiej. Trudno było przejść obok tych wszystkich wyrobów nie natknąwszy się na zapraszający wzrok czy gest sprzedającego. I nie udało się. Kolejna, wydawało się, chwilowa rozmowa przeistoczyła się w długą dyskusję przy słodkiej milk tea. Tematem były malowidła tanka, wytwarzane i sprzedawane w sklepiku o który zawadziłem. Nie chciałem nic kupić, przecież kolejnym krajem, do którego zmierzałem był Tybet, miejsce pochodzenia tych mistycznych malowideł.

   Ale już na wstępie Nepalczyk przekonywał mnie, że Tybet to dzisiaj Chiny i jeśli nie zapuszczam się gdzieś głębiej, to w Lhasie na pewno nie będzie takiego wyboru i tak dobrej ceny. Jak się miało okazać, miał rację. Ja jednak ciągle nie byłem przekonany. Ale kolejna herbata i kolejne malowidło wyciągane z nieprzebranych zasobów sklepiku, okraszone szczegółowymi opowieściami o złożoności symboliki poszczególnych płócien, powodowało, że moje zainteresowanie wzrastało.

   Widząc to Nepalczyk poszedł va bank. Zaprowadził mnie na zaplecze, gdzie w pracowni stary rzemieślnik cierpliwie naturalnymi farbami i pyłkiem złota ozdabiał kolejną tankę. Po obejrzeniu kolejnych sztuk, po uporczywym, acz przyjaznym targowaniu się obie strony doszły do wniosku, że zrobiły interes życia. Wmaszerowałem do świątyni Changu Naryan dumnie ściskając w ręku boski zwój. I ta boskość już mnie nie opuściła. Bo jest to z pewnością miejsce wyjątkowe. Atmosfera miejsca, kapitalna architektura świątyni, ilość i jakość rzeźb przyprawiają o zawrót głowy. I wielki piękny Garuda, złoty orzeł o ciele człowieka, wierzchowiec boga Wisznu, tak wielki, jak mówi legenda, że swoim ciałem przysłonić może słońce, oczekujący u bram świątyni na swojego pana.

   Jeszcze ostatnie zdjęcie z grupą Braminów, jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie na świątynię otoczoną pięknymi Himalajami i wsiadam do wieczornego lokalnego autobusu, który o zmroku zawiózł mnie do Bhaktapur a stamtąd do Katmandu, pozostawiając w trakcie jazdy czas na długą, spokojną kontemplację niebywałego wprost wypadu do banalnej atrakcji turystycznej, jaką jest zachód słońca w Nagarkot.

Jerzy Pawleta

Nepal

www.jpfoto.pl

jpawleta@op.pl

warto wiedzieć

Changu Narayan to jedna z najstarszych hinduistycznych świątyń w rejonie Doliny Katmandu. Wybudowana została prawdopodobnie w III wieku naszej ery.

Changu Narayan to jedna z najstarszych hinduistycznych świątyń w rejonie Doliny Katmandu. Wybudowana została prawdopodobnie w III wieku naszej ery.

Changu Narayan poświęcona jest bogowi Wisznu.

Wisznu - jeden z najpopularniejszych dewów w hinduizmie, Bóg jedyny w wisznuizmie (największym wyznaniu hinduistycznym). Jeden z Trimurti (trójcy hinduistycznej) tworzonej wraz z Brahmą i Śiwą. Symbolizuje utrzymujący aspekt Boga, najczęściej identyfikowany z dwoma swoimi Awatarami: Kryszną i Ramą.

Celem zstąpienia do materialnego świata w postaci awatara jest wyzwolenie swoich wielbicieli i ukaranie niegodziwców. Zawsze, kiedy tylko i gdzie tylko zamierają praktyki religijne, i zaczyna szerzyć się bezbożność, Wisznu zstępuje osobiście. Jego misją jest również odnowienie zasad religii. Awatara przychodzi w każdym milenium. Awatary odgrywają ogromną rolę w jego kulcie - znacznie większą niż postać pod którą jest przedstawiany.

wikipedia.org 

atrakcje

Changu Narayan jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Autor: jp
Sklep online
LOT daje zniżki na Facebooku
Kiedy: do 09.06.12
Cena: minus 10%
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
NEPAL

Stolica: Katmandu Waluta: rupia nepalska (NPR) 1 NPR = 100 pajs (paisa) Język urzędowy: nepalski Inne: angielski

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line