Czy istnieje surrealistyczny świat na wzór obrazów mistrzów malarstwa? Czy chciałbyś znaleźć się w takiej dziwnej krainie, gdzie wszystko wydawałoby się namalowane wyobraźnią artysty?
16.11.2011Wydaje mi się, że właśnie w takim miejscu się znalazłam. Tak daleko, a jednak na wyciągnięcie ręki. Do Uyuni w Boliwii zmierzałam z mężem przypadkiem. W trakcie naszej półrocznej tułaczki z plecakami dźwiganymi własnym ciałem, usłyszeliśmy od poznanych gdzieś na końcu świata Polaków o pięknej krainie, niezmierzonym wcześniej zakątku Boliwii. I o ile ten kraj nie istniał w naszych planach backpackerskich, tak na pewno nie była nim Pustynia Solna. Na szybko przejrzane zdjęcia w podręcznym laptopiku podróżników, zaważyły o wszystkim. Musimy tam być!
W miasteczku Uyuni, do którego dostaliśmy się ponad dwunastogodzinnym, ślimaczo turkotającym pociągiem od granicy argentyńsko-boliwijskiej w Villazon, spędziliśmy dwa dni. Czas ten poświęciliśmy głównie na aklimatyzację do nienaturalnej dla naszych organizmów wysokości i orientację w ofertach boliwijskich biur podróży, których w Uyuni była niezliczona ilość. Umiejscowienie terenu Boliwii na ponad 3000 m n.p.m. dawało się we znaki od pierwszego momentu, zaburzając jasność myślenia i zachwyt nad pierwszymi odmiennymi pejzażami zakurzonej pustynnym pyłem choć kolorowym w odzienia Boliwijek mieściny. Dudniące w głowie młoty powodowały migrenę, a dozwolone i zakupione na pierwszym lepszym markecie liście koki choć trochę tłumiły nieznośny ból. W podróży „na własną rękę” było jak w świecie wśród przychylnych ci ludzi.
Poznani „plecakowicze” bezinteresownie służyli pomocą, radami i doświadczeniem na sobie samym. I tak wiedzieliśmy, że o ile agencje przedstawiały zbliżone sobie oferty, tak tylko sprawdzone dawały pełnię satysfakcji. Cena, dokładne warunki, czas spędzony na zachwyt każdym miejscem widzianym po drodze, jedzenie, spanie – to wszystko trzeba było w miarę możliwości potwierdzić. Tak czy inaczej, standardowa kwota sześćdziesięciu dolarów za trzy dni przygody wydawała się równie surrealistyczna jak i sama Pustynia Solna. Z grupą trzech Francuzów, Chilijką i obsługą wycieczki – boliwijskim małżeństwem, pruliśmy po chwili po bezdrożach piaskowego terenu zakurzonym samochodem terenowym. Bezzębna kucharka i przewodnik w jednym przedstawiła po prędce zarys każdego dnia. Jej mąż robił za kierowcę i do wylewnych w słowa nie należał. Odniosłam wrażenie, że biedny przeszedł w życiu prawdopodobnie wylew, mając nienaturalnie zniekształconą twarz. Mimo pierwszego wrażenia nie zdziwiła mnie informacja, że wygląd spowodowany był sporą ilością liści koki upchanych w policzku i żutych praktycznie nieustająco. Obawiałam się tylko, czy dobrym pomysłem jest siedzenie za kółkiem osoby narkotycznie otumanionej. Na szczęście to pustynia: nie ma ruchu, nie ma dróg, pędzi się przed siebie, do przodu. Jak widać tubylcy radzili sobie z chorobą wysokościową jak tylko mogli. Żyć z nią musieli od maleńkości. Podróż w doborowym towarzystwie i muzyce lat osiemdziesiątych puszczanej z kaset starodawnego magnetofonu Boliwijczyków umilały czas, choć na chwilę odganiając myśli od nękających i nieprzyjemnych dolegliwości „wysokościowych”.
Początek dnia powitał nas odwiedzinami na cmentarzysku dawnej kolei boliwijskiej. W oddali od jakichkolwiek miasteczek delektowaliśmy się widokiem ceglano-czerwonych składów pociągu, ciuchć i rdzejących torów. Jedyny gwar, który dobiegał naszych uszu to zachwyty turystów przybywających jak w zegarku do tego punktu kolejnymi jeepami. Mimo uczucia chłodu tej wielkiej przestrzeni za dnia, żar lał się z nieba. Ostre słońce paliło policzki i usta, zdradliwie oszukując przed negatywnym wpływem promieni na takiej wysokości. Boliwijskie popękane twarze były tego najlepszym przykładem. My Europejczycy z góry byliśmy na to przygotowani i odziani w filtry, apaszki i okulary przeciwsłoneczne. Skakaliśmy wśród ceglastych konstrukcji podziwiając jej ogrom. W tle odgrywała się walka wysuszonych kłębów roślinnych targanych wiatrem i odpychanych niczym pędzące koła w dal.
Kolejnym przystankiem było San Jose i Hotel Solny po środku pustyni wokół stożkowatych kupek soli wyłaniających się jakby z dawnego jeziora. Słone figury geometryczne kąpały się w kałużach wody tworząc w oddali wizję fatamorgany. Obraz zlewał się w oczach, jakby nie istniał naprawdę. Gdzieś przy kolejnej kupce rzucony został rower. Pordzewiały sprzęt pozostawiony był tu przypadkowo, prawdopodobnie przez jakiegoś pracownika, lecz tworzył niesamowite uzupełnienie tej bajkowej scenerii. Artystyczne miejsce rodziło w głowie mnóstwo pomysłów na fotografie. Żar i rześki chłód nie ustawały. Na nowo pędziliśmy „roztrzęsionym” transportem po popękanej śnieżno-białej krze, ścigając się z innymi wycieczkowymi jeepami. To co wyrosło nam przed oczyma, przeszło wszelkie oczekiwania. Z niekończącego się horyzontu pustyni ni stąd ni z owąd pojawiła się czarna wyspa usłana potężnymi kaktusami - Isla de los Pescadores. Miejsce było tak niepojęcie zadziwiające, że aż magiczne. Podczas gdy Izis, nasza kucharka, przygotowała trzydaniowy obiad dla nas, my poddaliśmy się naturze. Za dodatkowy „grosz” wydany w budce wejściowej na wyspę, wdrapaliśmy się z trudem na jej dość stromy szczyt. Stąd rozpościerał się widok na niekończący się pustynny twór jak i małe ciężarówki czy samochody terenowe prujące po niej jak mrówki w swoim środowisku. Kamienne schodki wąsko wiodły wśród różnej wielkości kłujących roślin. Te idealnie mogły przetrwać w surowych warunkach salaru. Usiane niczym maki na łące. Soczyście niebieski odcień nieba konkurował z obrazem natury. Zejście zafundowało nam dodatkowo przyśpieszone tempo serca i nierówny oddech. Na popękanej od skwaru ziemi kontynuowaliśmy wydziwione sesje zdjęciowe, zaśmiewając się jeszcze ze szczytu widokiem uradowanych Brytyjczyków paradujących po pustyni jak ich Pan Bóg stworzył. Domyślałam się, że była to iście artystyczna wizja fotograficzna. Wszyscy poddaliśmy się chwili i magii miejsca.
Zbliżał się zmrok. Na noc zjechaliśmy do hostelu umiejscowionego w tym surowym pustkowiu. Murowana lepianka bez światła, wody i podłogi, wyrastała na wzgórzu wśród pojedyńczo sterczących kaktusów. Ze szczytu w ciszy obserwowaliśmy biedną wioskę z murowanymi chatami, w których za dachy służyły metalowe blachy przytrzymywane kamieniami chroniącymi od podmuchu wiatrów. W oddali biegały małe postacie dzieci trudzące się w wymyślaniu sobie co ciekawszych form zabawy. Serce ze smutku krajało się na myśl, że przyszło im się bawić tym, co znalazły na ubogim w cokolwiek podwórku. Teraz za piłkę służyły im różnej wielkości kamyki. Brodząc po solnym podłożu hostelu oczekiwałam w zdenerwowaniu skaczących mi pod nogami jakichś pająków gigantów czy innych robakowatych brzydali. Na szczęście nie doczekałam się ich. Musiałam wyłączyć w głowie te traumatyczne wyobrażenia. W wielu salach rozlokowani byli inni backpackerzy. Zajęliśmy ostatni pokój, korzystając jeszcze z ostatnich promieni słońca wpadających z zewnątrz. Siedzieliśmy na łożach usłanych słomą okrytą wzorzystymi kocami. Chłopcy grali na boliwijskich mandolinkach, przyśpiewając przy tym różne muzyczne przeboje, a my zaśmiewaliśmy się w miłej atmosferze. Gdy widoczność zmniejszyła się tylko do paru centymentrów, dołączyliśmy do pozostałych mieszkańców hostelu na kolacji. Tylko ta ogromna sala rozświetlona była płomieniem świec. Zasypialiśmy na siłę, bo wysokość utrudniała sen a brak światła nie stwarzał innych opcji do spędzania wolnego czasu.
Nieprzytomnie wybudzono nas o piątej rano. Pędziliśmy na show wstającego nad pustynią słońca. Z jeepa wyszliśmy telepiąc się z zimna niemiłosiernie. Nadal było ciemno i mroźno. Gdy na horyzoncie pojawiła się tęcza kolorów wstającego dnia, słońce ogrzało atmosferę. Góry z szarych i otulonych nocą posągów, zmieniły się w złocisto-ceglane i ciepłe postacie. W jaskrawo-białym podłożu wyraźnie odbijały się nasze wydłużone cienie. Chwila reflekcji i pędziliśmy ku bajecznym lagunom. Najważniejsze na naszej drodze okazały się Laguna Colorada i Canapa. Wydawało się, że nic bardziej spektakularnego nie może już nas spotkać. A jednak… Kępy słomkowo-żółtych traw otulały potężnej wielkości płytkie wody lagun. Pachniało jakby siarką, a w nienaturalnej grudkowatej brei w oddali paćkały się flamingi. Spokojnie brodziły w kąpieli wodnej idealnie wtapiając się w obraz swoim różem. Majaczące w oddali wzgórza nie chciały pozostawać w tyle ze swym urokiem. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że nawet czerwień miała tu swoje przeróżne odcienie: malina, koral, brzoskwinia. Oczka wodne przyjmowały na swe barki ogrom pustyni, tworząc cudownie krystaliczne dla nich lustra. Miejsce stanowiło niesamowite tło do wczesnego lunchu. Kolejna przeprawa przez nierówne tereny, kolejna trzęsawka i postój. Tym razem wśród tworów pustynnych wyżłobionych pracą silnego wiatru. Skakaliśmy po wysokich skamieniałościach nijak niepasujących materiałem, z jakiego zostały stworzone, do piaskowych horyzontów. Obok dumnie odstawało skalne drzewo. Ceglasty odcień przestrzeni, w który idealnie wmalowały się odruchowo tworzone trasy kierowców, przywodził na myśl kolejne wizje malarskie. Na pustynii wyrósł tulipan. A tuż dalej przed naszymi oczami wyrosła góra siedmiu kolorów. Jak to możliwe? Nie liczyłam, ale skoro miało taką nazwę, to znaczy, że ktoś inny policzył. Nocleg podobny do zeszłego, choć może jeszcze bardziej migrenowy, zimny i nieprzespany.
Z jednakowymi dolegliwościami, jeszcze wcześniej pędziliśmy do kolejnych cudów natury – Sol de Manana. Chyba nie zmrużyłam oka tej nocy. Zmęczenie przerodziło się u mnie nawet w przeziębienie. Próby ogrzania zmarźniętych członków przy sylwestrowo buchających podziemnych gejzerach, spełzły na niczym. Po paru zdjęciach, które liczyliśmy zobaczyć w bardziej przyzwoitych warunkach, wróciliśmy do auta. Tym razem wyboiste drogi dodatkowo lulały nas do snu. Przebudzenie nastąpiło automatycznie po zatrzymaniu się w punkcie śniadaniowym.
Po trzech dniach polowych warunków pojawiła się możliwość wykąpania w naturalnych i nadzwyczaj gorących źródłach pustyni – Termas de Polques. Chwila zadumy, rozważań typu „jak ja rozbiorę się do kostiumu przy ledwo plusowym powietrzu?” i skok do parującej wśród łąk wody za moim mężem. Po chwili inni poszli w nasze ślady. Izis prawie na siłę wyciągała nas z prawie cztedziestostopniowego naturalnego jacuzzi. Nieopisany relaks: pod stopami skwierczały gorące od wrzątku kamienie, nad wodą unosiła się para, zza gór otaczających nas powoli wyłaniało się słońce ocieplając otoczenie. Dzika przyroda budziła się ze snu. Bogaty w słodkie naleśniki, kakao i płatki śniadaniowe posiłek pochłanialiśmy oczami. W drodze do granicy boliwijsko-chilijskiej czekała nas niespodzianka – niezapomniana Laguna Verde. Luster lagunowych nie było końca. Od krystalicznych wodnych powierzchni odbijało się dosłownie wszystko. Tu żegnaliśmy się z zaprzyjaźnioną grupą. Myślę, że stanowiliśmy ciekawą, wybuchową i zabawową drużynę doli i niedoli. Boliwijska pustynia mimo swych uroków, była bardzo surowa. Nieludzka wysokość i związane z nią przykre dolegliwości zasłaniały chwilami przejrzystość widzenia. Gdy tylko zjechaliśmy na niziny i odpaliliśmy aparat, wmurowało nas. My to widzieliśmy naprawdę! To nie jest wyimaginowany obraz… Mimo to cieżko było uwierzyć, że stworzyła je natura.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: La Paz (siedziba rządu i parlamentu) Sucre (stolica konstytucyjna) Waluta: boliviano (BOB), w obiegu też USD Języki urzędowe: hiszpański, keczua, ajmara
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

