okazje

27 Lipca 2005r. wyruszyłem na wyprawę, której głównym celem był zamiar wejścia na szczyt Mont Blanc (4808 m.n.p.m.) położony w Alpach. Zapraszam do przeczytania relacji JAKUBA KRZYŻANA.

05.11.2008

27. lipca

Tej nocy także nie jest nam dane pospać. Z okolicznych ścian co pewien czas coś się urywa i raźno pędzi w stronę naszego mini obozu. Późniejsze oględziny pozwalają stwierdzić, że najbliższe kamulce wyhamowują w śniegu kilkadziesiąt metrów od namiotów. O 1 brutalnie dzwoni budzik, czas wstawać. O dziwo, już nas mija zespół Polaków – naszych sąsiadów z poprzedniego biwaku. Stwierdzają, że nie mogli już spać, bo od kilku dni głównie tym się zajmowali, a z dołu wystartowali o 23. Niezły czas. No, ale na lekko i po zmrożonym śniegu zawsze łatwiej. Pakujemy się w świetle czołówek, przyświeca nam też księżyc. Po drugiej ruszamy. Widać światełka kilku zespołów podchodzących od dołu. Niektóre nas mijają, inne ciągną za nami. Na drogę dostaliśmy od Piotra dobre słowo i walki-talki wraz z przykazaniem coby się odezwać o 6. Początek łatwy nie jest. Plecaki nadal wbijają w śnieg, brak snu i wysokość też się odzywają. Wszystko nadrabia wola wdarcia na górę. Idziemy na przełęcz. Po drodze trochę trudności – śnieg ustępuje miejsca lodowi, na nim sporo luźnych kamieni, które zresztą zespoły będące wyżej co rusz zrzucają. Trzeba być czujnym i uważnym. Plecak, a momentami nawet czekan i kijek nie ułatwiają włażenia. Na grani Bionnassay głównie skała przetykana fragmentami śnieżnymi. Raz się czekan i kijek przydają, innym razem tylko zawadzają. Tomek gdzieś w tym rejonie traci równowagę po wyjechaniu czekana na skale i spada kawałek. Na pewno przyczynia się do tego jego obciążenie – niesie dwa namioty, bo Artur się gorzej czuje. Szczęśliwie hamuje spadek czekanem. No i jest pierwsza krew – rozcina sobie skórę u nasady nosa. Po opatrzeniu rusza twardo dalej. Grań jest wygodna, szeroka na kilka metrów. W pewnym miejscu jednak zwęża się do 20-30 centymetrów i jest śnieżna. Przejście tego fragmentu dostarcza sporo emocji. Nie wiem jak reszta, ale ja się cieszę, że nie będę tędy wracał w słońcu. Zaraz za zwężeniem grań staje dęba, śnieg jest mocno zmrożony, więc trzeba się napracować, aby raki i czekan jakoś się tutaj trzymały. W tym miejscu nasza asekuracja jest iluzoryczna. Jedna osoba spada, wszystkie lecą. Bez szans na zatrzymanie – to dopiero u podstawy ściany. Po pewnym okresie ciężkiej pracy i wytężonej uwagi docieramy do miejsca nieco bardziej płaskiego. Wieje sakramencko, ale odpocząć i tak trzeba. Siedzimy, pijemy herbatę i obserwujemy nieśmiałe początki dnia, światła w dolinach i sznurek światełek na grani Bosses – to atakujący od strony Aiguille du Gouter, istny tłum. Idziemy dalej. W kopule szczytowej Dome du Gouter zastaje nas wschód słońca. Pięknie się prezentuje szczyt Mont Blanc, czy też Monte Bianco – w końcu idziemy od strony włoskiej. Z tej strony wygląda o wiele ciekawiej niż od francuskiej. Nie jest tylko kopą śniegu – ten jedynie przykrywa kawał ładnej góry. O 6 łączenie z Piotrem, wszystkie zespoły idą, a Piotr nas widzi nad sobą. Wkrótce osiągamy z Anią i Januszem wysokość mniej więcej równą lokalizacji schronu Vallot, czyli około 4300 m. n.p.m. i uznajemy, że w tym miejscu zostawiamy plecaki, a dalej idziemy na lekko. Jemy, pijemy, podziwiamy widoki. Bierzemy ze sobą jedynie jedną butelkę z wodą, parę batonów, krem na słońce i aparaty. Plecaki wiążemy w kupę, ot tak, na wszelki wypadek. Raźno ruszamy, bez plecaków to jednak zupełnie inne chodzenie. Nie śpieszymy się, mamy czas. Przy Vallocie chwila relaksu, do środka nie wchodzimy, bo po co się narażać na szok estetyczny. Zmrożona kupa gówien stercząca pod budą jeswystarczająco odrażająca. Mijają nas Sławek z Pawłem. Okazuje się, że Tomek z Arturem już są wyżej, a Tomek z uporem maniaka drze ze swoim plecakiem. Tyle, że z jednym namiotem tym razem. Trenuje przed kolejnym wyjazdem – na Elbrus. Piotr musiał zrezygnować z wejścia szczytowego, bo właśnie schodzi z Anią D, która źle się czuje z powodu wysokości, w okolice schroniska Gouter. Wszyscy się obawialiśmy wpływu wysokości na nasze organizmy, ale spokojne tempo wchodzenia dało pozytywne efekty. W zasadzie wszyscy czujemy się dobrze. Jedynie wydolność nieco mniejsza. Ale to może z powodu mocnego niedospania? Mnie ziewanie rozdziera paszczę regularnie. Marzę o tym, aby się wyłożyć na śniegu i zdrzemnąć nieco. Dodatkowo, mimo wiatru i mrozu, jakoś przegrzewam się. No, ale kto mówił, że będzie lekko? Idziemy do góry, po drodze jeszcze jeden postój przy imponującym seraku. Piękne miejsce. Potem już ciągiem do góry. Mijamy wiele schodzących osób. Niestety, skutkiem ostatniego postoju idziemy za tramwajem Czechów. Cholernicy wloką się strasznie, ale wyprzedzić się nie chcą dać. A że jest ich chyba z pięć sztuk, to sprinty odpadają. Nie na tej wysokości, nie na tej grani. Momentami jest wąsko. Widzimy, jak jeden ze schodzących w pewnym momencie, w czasie jakiejś mijanki, obsuwa się z grani. Na szczęście błyskawicznie hamuje czekanem. Minę ma jednak nietęgą. Na szczyt dochodzimy około 11. Piękne widoki dookoła. Sporo ludzi. Czuję spokojną radość z wejścia, aż się sobie dziwię. Myślałem, że w takiej chwili człowiek odczuwa jakąś euforię, a tu spokój i zadowolenie z dobrze wykonanej roboty. Paweł filmuje widoki i nas, w zastępstwie Piotra. Widzimy helikopter krążący w okolicach góry. Myszkuje to tu to tam. Dłuższą chwilę zawisa nad naszymi plecakami na zboczu Dome. Pewnie ratownicy sprawdzają, czy tam kto nie leży czasem. Pstrykamy namiętnie zdjęcia, pijemy co mamy, coś jemy. Otwieram uroczyście puszkę Pepsi, którą zakupiłem jeszcze we Wrocławiu specjalnie na tę okazję. Silny wiatr nam nie przeszkadza, choć po pewnym czasie przynosi ze sobą chmury. Słońce szybko znika i znajdujemy się w gęstej mgle. Najwyraźniej czas schodzić. Gdybyśmy przyszli na szczyt o te 15-20 minut później, to nic byśmy nie zobaczyli. Zejście w mgle jest dosyć monotonne i wymaga uwagi, ale jest mniej męczące niż wejście. Z drugiej strony, czujemy coraz większe zmęczenie, więc do plecaków dowlekamy się, licząc kroki. Po drodze spotykamy Piotra, który czeka na przełęczy Dome na Sławka i Pawła. Pomógł Ani rozbić namiot, upewnił się, że wszystko w porządku i wdreptał z powrotem. Razem schodzą z powrotem do swojego namiotu. Nie zazdroszczę im drogi. Z późniejszej relacji wiem, że miejsce przewężenia grani było sypkie i bardzo nieprzyjemne. Na tyle, że chłopaki zastosowali sztywną asekurację w tym miejscu, a jakiś włoski zespół po prostu wezwał helikopter ratunkowy, aby ich stamtąd ewakuował – nawet nie próbowali tego przechodzić. W nagrodę za odwagę przy namiocie czekała na nich duża ekipa estońska z gotowym napojem izotonicznym. Tymczasem marzymy o jakimś piciu, bo skończyła nam się i zabrana na szczyt woda, i herbata w termosach, a tu znowu słońce grzeje i dodatkowo wysusza spragnione organizmy. Poważnie się zastanawiamy, czy w tym miejscu nie wyciągnąć palników i stopić śnieg. Silny wiatr nas jednak zniechęca. Idziemy w stronę schroniska Gouter. Zgodnie z planem mamy rozbić się na „polu namiotowym” obok niego. Tym razem drepczemy w piątkę, razem z Tomkiem i Arturem. Wszyscy coraz bardziej zmęczeni, a drogi w dół jeszcze szmat. Ania, wkurzona na przylepiający się śnieg, ściąga raki i śmiga w dół ślizgami ewentualnie dupozjazdami. W pewnym miejscu kończy nam się wola wleczenia się w dół. Postanawiamy czegoś się napić i coś zjeść. Poważnie się zastanawiamy, czy też w tym miejscu się nie rozbić. Jest mała różnica poglądów, jakoś nie możemy się dogadać. Artur podejmuje męską decyzję i wlecze się dalej, aby dotrzymać Ani D towarzystwa przy Gouterze, więc zostajemy w czwórkę. Po jedzeniu i piciu postanawiamy jednak zejść jeszcze trochę – tutaj jest za stromo i za wietrznie. Znajdujemy jakąś przełączkę i rozbijamy namioty przy samym szlaku. Co prawda tutaj też wiatr głowy urywa, ale za to jest płasko i w pobliżu ktoś zbudował ze śniegu coś, co wygląda jak wychodek – tylko drzwi brakuje. Znowu gotujemy, jemy, pozdrawiamy różne ekipy. Jedni schodzą, inni wchodzą. Zadziwia nas ekipa Słoweńców w sile kilkudziesięciu osób. Przedział wiekowy od nastolatków do prawie staruszków. Pytają o Vallota. Nawet nie wszyscy mają plecaki! Sympatyczni ludzie, ale chyba nie bardzo wiedzą, co robią. Szybko pakujemy się do namiotów, zmęczenie i niewyspanie daje się we znaki. Podziwiamy widoki. Piękne miejsce na biwak. Jesteśmy na wysokości nieodległego szczytu Aiguille du Midi, czyli jakieś 3800 m. n.p.m.. W pewnym momencie wiatr przestaje wiać, słoneczko przygrzewa, aż w namiocie trudno wytrzymać. Wspaniałe zakończenie wspaniałego dnia.

info

26. lipca

I jak tu się wyspać w takich warunkach? Przez całą noc jakieś hałasy. Najpierw, z namiotu Polaków obok, długie, chóralne modlitwy, a potem chrapanie jakiegoś niedźwiedzia. To jakieś błyski i grzmoty. To znowu wiatr chce namiot porwać na strzępy, a deszcz i grad mu w tym usilnie pomagają. To jakieś lawiny kamienne, czy też lodowe usiłują stworzyć wrażenie, że spadają właśnie w naszym kierunku. I tak przez całą noc, na zmiany. Nawet lodowiec w pewnym momencie zaczyna wydawać jakieś odgłosy, którym towarzyszy drgnięcie podłoża. Na szczęście krótko i tylko raz. Wstajemy późno, za to w miłym słońcu. Podziwiamy widoki i nieśpiesznie zbieramy się do wyjścia. Do lodowca podchodzimy z szacunkiem. Wszyscy ubieramy uprzęże i wiążemy się w trzech zespołach po trzy osoby. Spokojnie ruszamy, w końcu mamy tylko kawałek. Po drodze mijamy kilka schodzących osób, które wybrały się wcześniej ze schroniska na rekonesans paręset metrów w górę lodowca. Ogólnie rzecz biorąc, po tej stronie góry ludzi jest bardzo mało, zwłaszcza w porównaniu do klasyków strony francuskiej. I bardzo dobrze! Lodowiec Dome jest mocno uszczeliniony, ale mostki trzymają mocno, nawet w słońcu, które praży coraz mocniej. Po drodze trawersujemy pas twardego, stromego lodu, na którym raki i czekany bardzo słabo trzymają, a lina, którą się asekurujemy w pierwszym zespole, okazuje się zbyt krótko powiązana. Zaraz po przejściu korygujemy jej długości. Paweł z drugiego ma małe obsunięcie na lodzie i potem długo marudzi na tym odcinku. Co nie jest dobre, bo z góry co rusz spadają na tej linii kamienie większe i mniejsze. Kończą swój bieg znacznie niżej, w potężnej szczelinie. Można się zestresować. Janusz klnie, bo chcąc nie chcąc, musi stać na tym lodzie i asekurować Pawła. Po tych emocjach odpoczywamy nieco. I dalej w górę. Coraz niecierpliwiej wypatrujemy owego seraka z wypłaszczeniem, ale robi się coraz później, a wszystko w okolicy jest strome i nie nadaje się do rozbijania namiotów. Wreszcie dochodzimy do końca wydeptanej ścieżki – dalej musimy sami sobie torować. Robi się jeszcze stromiej, a na deser do przejścia jest bardzo szeroka szczelina. Prę przez most śnieżny nad nią, z duszą na ramieniu. Przechodzenie koło 17 przez takie twory, słonecznego i ciepłego dnia jest głupim pomysłem. Alternatywą jest jednak schodzenie niżej i próba innym wariantem, drugą stroną lodowca, który gdzieś tam widzimy. Tyle, że tam też jest mnóstwo szczelin. Pod koniec mostu kończy się lina, którą mnie Sławek z Anią asekurują, więc dowiązują drugą. Przechodzę szczęśliwie, choć w kilku momentach zapadam się po pas, a kijek czasami wchodzi cały (wychodzi pewnie spodem, ale lepiej o tym nie myśleć). Zakładam stanowisko z czekana i obciążam go swoim ciężarem. Z drugiej strony też jest stanowisko, więc mamy poręczówkę. Teraz wszyscy gładko przechodzą. Piotr jako ostatni likwiduje stanowisko i dociera bez problemów do nas. No i okazuje się, że jesteśmy wreszcie na owym seraku. Potężne wypłaszczenie pod samą przełęczą Aigilles Grises. Wysokość jakieś 3700 m. n.p.m., więc to było 600 metrów przewyższenia. To wcale nie był lajtowy dzień. Zmęczeni zabieramy się za kopanie platform pod namioty. Tutaj przydałyby się łopaty, bo śniegu jest sporo i jest miękki. Potem gotowanie i do spania. Ja ląduję w śpiworze koło 22. Zgodnie z planem mamy wstać o 1. Przynajmniej większość, która się zdecydowała drzeć do góry z plecakami i schodzić po szczytowaniu na stronę francuską. Piotr ze Sławkiem i Pawłem mają wracać tą samą drogą, więc zostawią namiot i większość rzeczy. Stąd też wstają później – na lekko będą szli szybciej.

noclegi

28.-29. lipca

Tym razem śpimy długo i w miarę dobrze, choć rano głowa jakaś taka obolała. Objawy podobne do kaca i przyczyna pewnie podobna – odwodnienie organizmu. Delektujemy się wspaniałymi widokami – trzeba się nasycić na zapas. Wykuwamy namioty ze zmrożonego śniegu i wspólnym wysiłkiem je składamy. Ze względu na bardzo silny wiatr postanawiamy zrobić coś do picia i jedzenia po zejściu w okolice lodowczyka Tete Rousse. Podchodzimy kawałek do schroniska Gouter. Budzimy Anię i Artura i dogadujemy się, że spotkamy się na dole. My w czwórkę prujemy dalej. Koło schroniska ściągamy raki i uprzęże i ruszamy raźno w dół. Grań jest całkowicie pozbawiona śniegu, ale i tak trzeba na niej uważać, bo jest stromo. W pewnym momencie Tomkowi od plecaka odczepia się metalowy termos i spada Wielkim Kuluarem (zwanym też Kuluarem Śmierci). Długo słychać jego postukiwanie po kamieniach, gdy wędruje w dół. Jakieś 800 metrów, co najmniej... Kuluar przechodzę pierwszy. Pewnie schodziłbym wolniej, ale jakiś francuski przewodnik z dwójką Anglików cały czas mnie cisną w czasie schodzenia. Może naruszyłem ich dumę, wyprzedzając ich z moim wielkim worem? Czekając na chłopaków i Anię po drugiej stronie kuluaru obserwuję styl przechodzenia różnych osób. Ogólnie: bardzo szybki, powiedziałbym nawet, że przez to potencjalnie niebezpieczny, bo w końcu stromo tu. Dopiero Janusz z Tomkiem się z tego wyłamują, przechodząc sobie spacerkiem i pogadując coś cały czas do siebie. Ania nawet wraca na środek kuluaru z dwoma butelkami po wodę, która cieknie jego środkiem. Cóż, gdy pić się chce, spadające kamienie niestraszne. Przechodzimy jeszcze, bardzo mizerny tego sezonu, lodowczyk Tete Rousse i w skałach się rozkładamy z palnikami i całą graciarnią. Nareszcie jakieś jedzenie i picie. Picia nie za dużo, bo mało wody, a i tak musimy coś zostawić na drogę zejściową. Oglądamy widoki i podchodzące z dołu dzikie tłumy żądne szczytowania. Teraz dopiero możemy w pełni docenić urok i bezludność drogi papieskiej. Mimo silnego i chłodzącego mocno wiatru przebieramy się w zdecydowanie lżejsze ciuchy. Mozolnie schodzimy w dół. Kozice, jak zwykle w tym rejonie, są atrakcją, bo ignorują ludzi. Turystów też nie brakuje. Zapachy ich kosmetyków dobitnie nam uświadamiają, że od pięciu dni się nie myliśmy. W panującym upale to także staje się wyczuwalne nieco. Przy stacji tramwaju du Mont Blanc kupujemy po butelce wody (nareszcie picie!) i spokojnie delektujemy się płynem i widokami. Nawet tabuny turystów nam nie przeszkadzają, choć są męczące. Zgodnie postanawiamy zaoszczędzić po 9 euro na tramwaju i schodzimy piechotą wzdłuż torów. Zresztą czekanie 1,5 godziny na transport nam się nie uśmiecha. Po drodze jesteśmy atrakcją dla pasażerów przejeżdżających wagonów. Schodzenie w sakramenckim upale tą trasą nie jest specjalnie miłe, ale za to w ciągu godziny osiągamy stację kolejki Bellevue La Chalette. W tym momencie mamy za sobą jakieś 2000 metrów zejścia. Udaje nam się szybko załapać na wagonik do Les Houches. W czasie jazdy dobitnie czuć (w sensie dosłownym), że nie pasujemy do pozostałych pasażerów. Na dole prysznic za 3 euro od łebka i picie ogromnych ilości wody z dodatkami mineralizującymi Tomka, których proporcji skrupulatnie pilnuje. Z myciem jest pewien problem, bo prawie wszyscy ręczniki, kosmetyki i ciuchy na zmianę zostawiliśmy w samochodzie, ale jakoś sobie radzimy. Po prysznicu idziemy w czwórkę na pizzę i piwo. Nigdy jeszcze nie jadłem jednej pizzy przez dwie godziny. Żołądek totalnie zasuszony. Ale jaka to uczta. I do tego Grolsch! Warto było się męczyć dla tej chwili. Dopiero teraz człowiek naprawdę docenia proste przyjemności życia. Po jedzonku wykładamy się na trawce w cieniu i czekamy na resztę ferajny. Po pewnym czasie wszyscy pakujemy się do busa Piotra, dzielimy się wrażeniami. Ich zejście też zmordowało, a Paweł dodatkowo zaliczył dupozjazd na lodowczyku pod Gonellą. Znowu coś jemy, pijemy bez przerwy. Jeszcze zdjęcie grupowe i wieczorkiem ruszamy w drogę do domu. Gdzieś we Francji Ania D wysiada – chce dotrzeć na stopa do Hiszpanii. My zmierzamy bez większych przygód do Wrocławia. Następnego dnia, na miejscu, Piotr wygląda na nieźle zmordowanego (i nic dziwnego). Odwozi ferajnę na dworzec, ja wysiadam po drodze. Żegnamy się i do następnego razu! Fajnie było...

28.-29. lipca

Tym razem śpimy długo i w miarę dobrze, choć rano głowa jakaś taka obolała. Objawy podobne do kaca i przyczyna pewnie podobna – odwodnienie organizmu. Delektujemy się wspaniałymi widokami – trzeba się nasycić na zapas. Wykuwamy namioty ze zmrożonego śniegu i wspólnym wysiłkiem je składamy. Ze względu na bardzo silny wiatr postanawiamy zrobić coś do picia i jedzenia po zejściu w okolice lodowczyka Tete Rousse. Podchodzimy kawałek do schroniska Gouter. Budzimy Anię i Artura i dogadujemy się, że spotkamy się na dole. My w czwórkę prujemy dalej. Koło schroniska ściągamy raki i uprzęże i ruszamy raźno w dół. Grań jest całkowicie pozbawiona śniegu, ale i tak trzeba na niej uważać, bo jest stromo. W pewnym momencie Tomkowi od plecaka odczepia się metalowy termos i spada Wielkim Kuluarem (zwanym też Kuluarem Śmierci). Długo słychać jego postukiwanie po kamieniach, gdy wędruje w dół. Jakieś 800 metrów, co najmniej... Kuluar przechodzę pierwszy. Pewnie schodziłbym wolniej, ale jakiś francuski przewodnik z dwójką Anglików cały czas mnie cisną w czasie schodzenia. Może naruszyłem ich dumę, wyprzedzając ich z moim wielkim worem? Czekając na chłopaków i Anię po drugiej stronie kuluaru obserwuję styl przechodzenia różnych osób. Ogólnie: bardzo szybki, powiedziałbym nawet, że przez to potencjalnie niebezpieczny, bo w końcu stromo tu. Dopiero Janusz z Tomkiem się z tego wyłamują, przechodząc sobie spacerkiem i pogadując coś cały czas do siebie. Ania nawet wraca na środek kuluaru z dwoma butelkami po wodę, która cieknie jego środkiem. Cóż, gdy pić się chce, spadające kamienie niestraszne. Przechodzimy jeszcze, bardzo mizerny tego sezonu, lodowczyk Tete Rousse i w skałach się rozkładamy z palnikami i całą graciarnią. Nareszcie jakieś jedzenie i picie. Picia nie za dużo, bo mało wody, a i tak musimy coś zostawić na drogę zejściową. Oglądamy widoki i podchodzące z dołu dzikie tłumy żądne szczytowania. Teraz dopiero możemy w pełni docenić urok i bezludność drogi papieskiej. Mimo silnego i chłodzącego mocno wiatru przebieramy się w zdecydowanie lżejsze ciuchy. Mozolnie schodzimy w dół. Kozice, jak zwykle w tym rejonie, są atrakcją, bo ignorują ludzi. Turystów też nie brakuje. Zapachy ich kosmetyków dobitnie nam uświadamiają, że od pięciu dni się nie myliśmy. W panującym upale to także staje się wyczuwalne nieco. Przy stacji tramwaju du Mont Blanc kupujemy po butelce wody (nareszcie picie!) i spokojnie delektujemy się płynem i widokami. Nawet tabuny turystów nam nie przeszkadzają, choć są męczące. Zgodnie postanawiamy zaoszczędzić po 9 euro na tramwaju i schodzimy piechotą wzdłuż torów. Zresztą czekanie 1,5 godziny na transport nam się nie uśmiecha. Po drodze jesteśmy atrakcją dla pasażerów przejeżdżających wagonów. Schodzenie w sakramenckim upale tą trasą nie jest specjalnie miłe, ale za to w ciągu godziny osiągamy stację kolejki Bellevue La Chalette. W tym momencie mamy za sobą jakieś 2000 metrów zejścia. Udaje nam się szybko załapać na wagonik do Les Houches. W czasie jazdy dobitnie czuć (w sensie dosłownym), że nie pasujemy do pozostałych pasażerów. Na dole prysznic za 3 euro od łebka i picie ogromnych ilości wody z dodatkami mineralizującymi Tomka, których proporcji skrupulatnie pilnuje. Z myciem jest pewien problem, bo prawie wszyscy ręczniki, kosmetyki i ciuchy na zmianę zostawiliśmy w samochodzie, ale jakoś sobie radzimy. Po prysznicu idziemy w czwórkę na pizzę i piwo. Nigdy jeszcze nie jadłem jednej pizzy przez dwie godziny. Żołądek totalnie zasuszony. Ale jaka to uczta. I do tego Grolsch! Warto było się męczyć dla tej chwili. Dopiero teraz człowiek naprawdę docenia proste przyjemności życia. Po jedzonku wykładamy się na trawce w cieniu i czekamy na resztę ferajny. Po pewnym czasie wszyscy pakujemy się do busa Piotra, dzielimy się wrażeniami. Ich zejście też zmordowało, a Paweł dodatkowo zaliczył dupozjazd na lodowczyku pod Gonellą. Znowu coś jemy, pijemy bez przerwy. Jeszcze zdjęcie grupowe i wieczorkiem ruszamy w drogę do domu. Gdzieś we Francji Ania D wysiada – chce dotrzeć na stopa do Hiszpanii. My zmierzamy bez większych przygód do Wrocławia. Następnego dnia, na miejscu, Piotr wygląda na nieźle zmordowanego (i nic dziwnego). Odwozi ferajnę na dworzec, ja wysiadam po drodze. Żegnamy się i do następnego razu! Fajnie było...

warto wiedzieć

23.-24. lipca

Spotykamy się u Piotra, we Wrocławiu o 16, w sobotę 23. lipca. Jest nas 9 osób: Ania, Ania D (bo z Długołęki), Janusz, Sławek, Artur, Paweł, Tomek, Piotr, ja (Kuba). Zbieranina z całej Polski. Cel to wejście na Monte Bianco (czyli Mont Blanc) od strony włoskiej, drogą klasyczną tzw. papieską. Początki, jak to zwykle, gdy się nikt nie zna, są trudne, ale powolutku się rozluźniamy. W drodze Ania z Tomkiem cały czas z przodu dotrzymują towarzystwa Piotrowi. Tomek też go zmienia przy kierownicy gdzieś w Niemczech. My w środku sporo gadamy i integrujemy się przy ciastkach. Nocka szybko mija. Rano jesteśmy w Bazylei, gdzie Piotr dostarcza Michałowi cenne produkty z Polski, m.in. ziemniaki i jabłka. Herbatka u Michała i w dalszą drogę. Wkrótce Chamonix, pierwsze widoki na zasłonięty chmurami i deszczowy Mont Blanc. Tunel i dolina Val Veni po włoskiej stronie. Ustalamy strategię działania: idziemy do góry dopóki się da, licząc na poprawę pogody po drodze. Prognozy zresztą wskazują na jej poprawę, akurat na czas naszego ataku szczytowego. Póki co, pyszny obiadek przygotowany przez Piotra i Sławka, no i zmora każdego wyjazdu górskiego – pakowanie plecaków. Dostajemy od Piotra po worku z jedzeniem. Dużym. Dzielimy się na zespoły namiotowe. Dziewczyny koniecznie chcą spać w swoich namiotach, więc jakoś się dobieramy koedukacyjnie. Jedna osoba w parze dźwiga namiot, druga linę. Ruszamy asfaltową dróżką prowadzącą do jeziora Lac de Combal. Tam, po raczej krótkim dreptaniu, koło budynku nieczynnego baru Combal, na wysokości ok. 2000 m. n.p.m. rozbijamy się. Jest sympatycznie i wygodnie, korzystamy ze stołów i ławek baru. Poza schodzącymi z powodu niepogody z góry Polakami (których oczywiście wypytujemy skrupulatnie o doświadczenia, warunki i o co się da), kozicami i świstakami nikogo nie spotykamy. Wcześnie się kładziemy, choć w niektórych namiotach trwają długie dyskusje...

25. lipca

W nocy nieźle leje, rano gęsta mgła. Jest jeszcze piękniej. Zbieramy się w miarę sprawnie i koło 8 ruszamy na morenę lodowca Miage. Mamy w planie podejść na jakieś 3100 m., spokojnie zakładamy, że zejdzie nam na to 11 godzin (faktycznie wychodzi 8). Cały czas w mgle, czy też raczej chmurach, co czasami zmusza nas do ustawienia tyraliery w celu znalezienia kolejnej żółtej plamy wskazującej szlak. Niektóre głazy ze znakiem szlaku zostały mocno przemieszczone przez ruchy lodowca i znajdujemy je np. na dnie dużej lodowej rozpadliny. To dobitnie uświadamia, że lodowiec jednak żyje. Morena ciągnie się niemiłosiernie. Na szczęście, od pewnego momentu wychodzimy ponad chmury, nawet widzimy żółty punkcik – budynek Rifugio Francesco Gonella, choć wysoko i daleko bardzo. Odpoczynek na jedzenie robimy po wbiciu się w ścianę. Tutaj też nabieramy wody, póki jeszcze jest w stanie płynnym. Trochę trwa zanim ostatni maruderzy docierają – mocno się grupa rozciągnęła na końcowym odcinku moreny. Plecaki mocno ciążą, a brak kijków może skutecznie zwolnić tempo przemarszu przez morenę w końcowym odcinku, gdzie kamieni jest coraz mniej, a szczelin większych i mniejszych więcej. W dodatku lód jest bardzo twardy i śliski. Po jedzeniu i odpoczynku ruszamy dalej. Teraz szlak pnie się ostro do góry, momentami są jakieś łańcuchy i drabinki. Potem stromy lodowczyk do strawersowania. Śnieg mocno zlodowaciały, ale komu by się chciało zakładać raki, albo czekan wyjmować... Powoli i ostrożnie, do góry. Przy wejściu w skały krótki odpoczynek. Tutaj Piotr skutecznie zrzuca sobie jeden z kijków, więc chcąc nie chcąc, musi zejść z powrotem. Co niektórzy zmęczeni mocno ciężarem plecaków, pomstują na Piotra za zbyt duże ilości jedzenia przydziałowego. Janusz nawet wyrzuca worek bakalii. Jak się później okazało, nieskutecznie, bo chłopaki myśląc, że zgubił, zabierają go z sobą. Teraz najtrudniejszy technicznie odcinek naszej dzisiejszej trasy. Podejście stromymi skałami do samego schroniska. Z takimi plecakami jak nasze to mało przyjemne. Nikt jednak nie ubiera uprzęży, aby skorzystać z ubezpieczeń „ferratowych”. Powolutku do góry. Po jakiejś pół godzince osiągamy schronisko. Tam pakujemy się do środka, aby trochę odpocząć od silnego wiatru, który hula na tej wysokości. Właściciel – David Gonella – okazuje się miłym gościem, nie wygania nas, a nawet udziela wskazówek, gdzie najlepiej się rozbić. Obecni w sali jadalnej westmani wyglądają na nieco zdziwionych, gdy po pewnym czasie, zbieramy się do wyjścia. Od schroniska do kawałka w miarę płaskiego lodowca Dome mamy parę minut dreptania. Widzimy na lodowcu dwa namioty. Okazuje się, że w jednym mieszkają Polacy, zresztą od kilku dni, w oczekiwaniu na pogodę. Mało gadatliwi, czy też towarzyscy. Więcej pogadujemy sobie z lokatorami drugiego namiotu – dwójką sympatycznych Hiszpanów. Nazywają miejsce naszego biwaku „polish camp”. W namiotach wyszło 5:1 na naszą korzyść... Wybieramy miejsca między pęknięciami lodowca i pracowicie kopiemy platformy. Okładamy je kamieniami, bo wiatr nadal hula. W pobliskiej szczelinie znajdujemy wodę w stanie płynnym i po założeniu poręczówki regularnie z niej czerpiemy. Wzbudzamy tym osłupienie Hiszpanów. Bardzo nam odradzają picie tej wody. Cóż, mają rację. Na surowo jest to niewskazane. Przekonuję się o tym po jakimś czasie, spędzając upojne chwile w błogiej samotności za jakimś głazem. Na szczęście smecta jest dobra na takie przypadki, a dwie lub trzy, to nawet bardzo. No, ale przegotowana skutków ubocznych nie ma, poza osadem w termosie. Po gotowaniu i jedzonku, urozmaiconym gwałtownymi opadami gradu bądź deszczu ze śniegiem, pakujemy się do namiotów. Zgodnie z planem jutro mamy mieć dzień restowy, co najwyżej przeniesiemy obóz kawałek (jakieś 300 metrów) wyżej na lodowcu – tam ponoć, nad jakimś serakiem, jest sporo płaskiego miejsca. Nie śpieszymy się więc do spania, znowu długie Polaków rozmowy, przynajmniej w niektórych namiotach...

27. lipca

OPIS WEJŚCIA NA SZCZYT ZNAJDUJE SIĘ W OPISIE DŁUGIM WYPRAWY

Autor: akurzawa74
Sklep online
LOT daje zniżki na Facebooku
Kiedy: do 09.06.12
Cena: minus 10%
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
WŁOCHY

Stolica: Rzym Waluta: euro (EUR) Język urzędowy: włoski Inne: niemiecki, francuski

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line