W moim życiu wydarzyło się już wiele niezapomnianych przygód i wypraw, ale tym razem opowiem o wakacjach 2006. Wybraliśmy się z Maćkiem autostopem po Europie Zachodniej.
17.04.2008
Startujemy w Wejherowie. Czterema autami dojeżdżamy aż za Koszalin. Po pewnym czasie ladujemy w szczerym polu... Ruch na drodze nie duży...pesymista by powiedział, że mały, albo nawet znikomy. No ale co to dla nas godzina jeszcze wczesna, bo coś około 14 może 15. Siedzimy, łapiemy, jakoś to będzie...jeden samochód, drugi, trzeci...ehhh mało ich... Po około 30 minutach mija nas jakiś lanos, mocno zwalnia, ale się nie zatrzymuje...myślę sobie: szkoda, mógłby nas zabrać...po jakichś 10 sec słyszymy klakson - odwracamy się a ten właśnie pojazd stoi 200 metrów dalej i po chwili wraca do nas na wstecznym. Okazało się, że dwóch gości jedzie aż pod Hanover i wezmą nas aż tam!!
Około 100km przed Hanoverem wysiadamy na jednym z Rasthof'ów. Tam zmieniamy kartki w naszym kartoniku. Siadamy na trawce, jemy małe co nieco i rozglądamy się za miejscem do spania, gdy w pewnym momencie podchodzi do nas jakiś gościu i pyta gdzie chcemy jechać. Po chwili już siedzimy w jego niebieskim Volvie(TIR).
Pędzimy dalej na zachód, cel to Venlo - granica Niemiecko-Holenderska.
Wstajemy po paru godzinach snu i dalej lecimy! Zaczynamy pytać kierowców, kto leci na Amsterdam, niestety nie dostajemy dobrych wiadomości, to tranzyt na Antwerpie i dalej na zachód i południe. No trudno, stajemy przy wylocie ze stacji benzynowej z karteczka Amsterdam i czekamy co los nam da ;)
Po chwili zatrzymuje się TIR, który wysadza nas w połowie drogi miedzy dwoma stacjami benzynowymi. Postanawiamy dalej pojechać troszkę na około, tzn. małymi kawałeczkami od miasta do miasta, od stacji do stacji. Najpierw Holender, później Turek, który zna tylko parę słów po Niemiecku. Kolejne stopy to kawałki trasy, niektórzy kierowcy specjalnie podwórza nas kawałek dalej żeby nam łatwiej było później.
Stajemy przy wylocie ze stacji. 45min - nic... podjeżdża Policja - mówi nam, że nie możemy tam stać, bo to niebezpieczne, więc musimy się przesunąć w głąb stacji przez to tracimy dużo samochodów. Po następnych 75 min czekania udaje się!! Co śmieszniejsze gość jedzie do wioski gdzie mieszkają nasi znajomi. W ten sposób dostajemy się do samego centrum uroczego holenderskiego miasteczka Nieuw Vennep.
Tego dnia śpimy na farmie. Właściciel posiadłości pokazuje nam miejsce na polu (buraków chyba) gdzie możemy nasz namiot rozbić.
Kolejny dzień. Idziemy w kierunku głównej drogi. Marzymy by coś nas szybko stamtąd zabrało. Nie zdążyliśmy się jeszczeustawić i zatrzymuje się jakaś super bryka ze skórzanymi obiciami w środku. Plecaki w bagażnik i jazda. Holender zawozi nas w okolice Amsterdamu, jednak nie do samego centrum tylko na stację pociągów. Bardzo było mu przykro, że nie może nas zawieść dalej bo musi do pracy jechać, więc wręcza nam 20 euro na pociąg do centrum.
Amsterdam. Wspaniały pomysł - wynajmujemy rowerki, zostawiamy bagaże w wypożyczalni i śmigamy w miasto. Zwiedzamy i odpoczywamy rozkoszując się tym cudnym miastem. Amsterdam piękny - zobaczyliśmy wszystko co się dało. Oddaliśmy rowerki, wzięliśmy bagaże i poszliśmy na dworzec. Stwierdziliśmy, że najprościej będzie wydostać się pociągiem na obrzeża i potem łapać stopa do Rotterdamu, gdzie dziś na nas czekał Walter. Oczywiście wysiedliśmy na złej stacji (Maciek nie zaufał kobiecej intuicji). No i spacerek kilka kilometrów w kierunku zjazdu na autostradę. Jakiś facet wywiózł nas na stację benzynową za ring, a stamtąd już po chwili udało się złapać kabrioleta (mmmm... wiatr we włosach) aż do Rotterdamu. W Rotterdamie przyjął nas do siebie Walter z HC i pięknie nas ugościł serwując holenderską specjalność - surowego śledzia z cebulką i sałatą a do tego pyszne mleczko. Oczywiście dużo opowieści o krajach i zwyczajach i w miarę szybkie pójście spać.
Next day. Znaleźliśmy autostradę ale miejsce strasznie beznadziejne. Próbujemy łapać stopa za mostem, ale nikt nas nie zauważa i nie bardzo jest miejsce by stanąć. W końcu idziemy kawałek dalej na wjazd. Stajemy kilka metrów za znakiem autostrady bo tam jest miejsce by samochód mógł stanąć. Nagle staje koło nas policja (!) i mówi grzecznie, że albo idziemy kilka metrów przed znak albo dadzą nam "ticket". No cóż, przechodzimy w miejsce bardziej dla nas niebezpieczne (no ale legalne) i łapiemy dalej. Długo nic, aż w końcu zatrzymuje się jakiś facet.
Następna stacja...stoimy i stoimy i nic nie udaje się złapać. W końcu jedzie sobie "samochodzik", a ja do Maćka - "Takim jeszcze nie jechaliśmy!" i się zacieszam. "Samochodzik" oczywiście stanął przed nami, ja się zwijam ze śmiechu a Maciek śmiertelnie poważnie otwiera drzwi i pyta czy może nas pan podwieźć! Dlaczego ten śmiech? No cóż... "samochodzik" okazał się nowiutką śmieciarką, jeszcze lekko ofoliowaną z jednym miejscem dla pasażera (a nas dwójka i bagaże), ale pan zawozi nas aż za Antwerpię mimo, iż sam jechał tylko do niej.
Wita nas Bruksela. Zwiedzamy sobie starówkę, robimy parę fotek zauroczeni jej pięknem, potem siadamy na środku głównego placu i czekamy na tajemniczego nieznajomego. O umówionej godzinie zjawia się nasz gospodarz. Maciek mocniej ściska mnie za rękę, ale dzielnie z nim idziemy. Chcę zobaczyć najsłynniejszą fontannę w Belgii - sikającego chłopca, więc idziemy w tym kierunku. Potem pan L. prowadzi nas w jakieś nieznane dzielnice pokazać pchli targ, na którym już ludzi nie było i jakimiś ślepymi uliczkami dalej. Trochę się zdenerwowaliśmy, bo zaczęło się robić niebezpiecznie z różnych powodów więc lekko musieliśmy nagiąć prawdę. Coś się stało u mnie w domu i musze jak najszybciej wracać Niemal biegniemy na stację kolejową i tam żegnając się z kolegą wsiadamy w pierwszy lepszy pociąg gdziekolwiek.
Wysiadamy na jakieś bliżej nieokreślonej stacji, nikt nie gada po angielsku, więc zdani na siebie ruszamy w obranym kierunku mając nadzieję, że znajdziemy stację i autostradę. Uliczka pełna małych, bogatych domków. Zero ludzi, ale sympatycznie. Znajdujemy sklep, gdzie kupujemy pyszną czekoladkę.W końcu po spacerze około 10 km w słońcu, na zupełnym odludziu trafiamy na zjazd na autostradę i całkiem miłą stację. Są TIRy i to z Polski. Robimy jedzonko, a gdy się ściemnia stawiamy namiocik i kładziemy się spać.
Dojeżdżamy jakoś do wylotówki na Francję. Tam widzimy pierwszego autostopowicza od początku naszej przygody. Gdy siedzimy na trawce przed sklepem na stacji podchodzi do nas jakaś Pani i pyta nas gdzie jedziemy. Ludzie są bardzo zaskoczeni tym, że jeździmy stopem po Europie, że się nie boimy, że to daleko, że to ciężko, że.... każdy sobie coś innego dopowiadał.
Nikt nie ma miejsca, żeby nas zabrać. W końcu zatrzymuje się jakiś minibus a w nim dwie nastolatki i ich ojcowie, jest tylko mały problem nie mówią po angielsku, może jakieś półsłówka, ale jakoś się dogadujem Zawieźli nas do centrum Metz. Ładne Francuskie miasteczko. Znajdujemy nawet wylot na autostradę. Nie będzie lekko, ale może się uda. Stoimy, więc za skrzyżowanie przy ulicy dwupasmowej, zaraz przy wjeździe do krótkiego tunelu i zjeździe w prawo... Udaje się!! Po około 20 min jedziemy dalej z jakąś Francuzką. Chwila przerwy, rozglądamy się, ładna okolica. Stacja, no i czekamy. Około 15oo zatrzymuje się jakiś gość, Belg, mówi, że jedzie do Genewy!! To naprawdę kawał drogi. Nie mieliśmy w planach Genewy, ale trafiło się! Rozmawiamy na różne tematy, podziwiamy wspólnie śliczne widoczki – zaczynają się Alpy!!
Około 21:30 docieramy na miejsce. Wysiadamy w centrum, nasz kierowca daje nam swój numer telefonu, że jeśli potrzebować będziemy pomocy, żeby śmiało dzwonić. Idąc przez miasto szukamy campingu. Okazuje się, że w mieście jest dziś Festiwal Techno. Szukając pomocy trafiamy na dwóch miłych starszych gości, którzy tłumaczą nam jak dotrzeć do najbliższego Campingu. Rysują mapkę na chusteczce. Jest tylko mały problem, droga tam prowadzi przez sam środek tego festiwalu. Pytam jakiegoś policjanta on tłumaczy nam, że można obejść to równoległą drogą. Idziemy musi się udać. Dochodzimy do pewnego miejsca gdzie miły pijany przechodzień tłumaczy, że tam się nie da przejść. Idziemy z powrotem. Później przez środek zawalonego tłumu. Kiedy udaje nam się przebić przez ten horror, nie wiemy, że zostaje nam jeszcze do przejścia około 4km z ciężkimi plecakami. Prawie o 24 dochodzimy do Campingu. Ale tu pojawia się kolejny problem...recepcja czynna od 8 do 21. Okej mamy to gdzieś idziemy się rozbić gdziekolwiek.
Kolejny dzień to słodkie lenistwo. Zwiedzanie i odpoczynek J. A następnie udajemy się do Chamonix. Lekka załamka, musimy przejść 8-10 km by się dostać do jakieś sensowej ulicy. Udaje nam się złapać na stopa taxówkę, ale może nas ona zawieść tylko 1,5km - zawsze coś. W końcu dochodzimy do upragnionej granicy, a tam niespodzianka - nie ma przejścia dla niezmotoryzowanych.
Pełni strachu idziemy dalej - może się uda. Okazuje się jednak, że na przejściu nie ma żywej duszy. Są flagi, jest budka, ale poza tym nic, kompletnie nic i nikogo nie ma. Przechodzimy! Siadamy parę metrów za granicą i czekamy na jakikolwiek samochód. Przejeżdża piękne czarne Audi kabriolet i o dziwo się zatrzymuje. Skórzane siedzenia, pełenluksus, aż nam głupio było w nim siedzieć. Koleś, który prowadził samochód pochodzi z Meksyku i powiedział, że po raz drugi w życiu przytrafiło mu się zabrać autostopowiczów, bo się normalnie boi. Szok! Zawozi nas do najbliższego miasta, z którego już prościej będzie się wydostać. Robimy zakupy - w końcu jemy coś normalnego! Wręcz szalejemy kupując parówki i budynie ;).
Chwilkę stoimy i łapiemy stopa. Zatrzymuje się jakiś Francuz, ni w ząb nie mówi po angielsku, no ale trudno - ważne, że nas zabiera. Zaczynają się Alpy i cudowne widoki. Widać już ludzi bawiących się w rafting na rzeczce. Magicznie. Facet wysadza nas w malutkim górskim miasteczku, które zaczarowuje nas swoim urokiem - Morzine. Zaczynam sklejać mapę, ale nie zdążyłam obkleić nawet połowy bo już zjawia się kolejna okazja. Francuzka zabiera nas do Cluses, skąd jest już bardzo blisko do Chamonix. Pędzi jak szalona na zakrętach pomiędzy górami i rwącą rzeką. Trochę nam skacze adrenalina. W Cluses wychodzimy na prostą, mijamy jakiegoś autostopowicza, ale wybieramy lepsze niż on miejsce i już po chwili siedzimy w samochodzie. Kolejna Francuzka. Kolejna osoba nie mówiąca po angielsku. twierdzi, że zawiezie nas do Chamonix, jednak okazuje się, że wysadza nas jakieś 7km wcześniej na zupełnym pustkowiu, z którego widać już Mont Blanc. Starsze małżeństwo zawozi nas na pociąg, tam dowiadujemy się jak dojechać do Chamonix. Wsiadamy w pociąg i po mniej więcej pół godzinie jesteśmy w samym centrum tego cudownego miasteczka.
Ku naszej uciesze na dworcu jest informacja turystyczna i Pani szybko i sprawnie tłumaczy nam po angielsku gdzie są campingi. Zadowoleni idziemy do recepcji i następnie rozbijamy się na najlepszym według nas miejscu, na cudnym wprost campingu i podnóża Mont Blanc. Cudowny dzień mimo, że zaczął się tak strasznie.
Nie ma to jak budzić się u stóp najwyższej góry Europy Mont Blanc z samego rana - cudowny widok. Pakujemy się.. jakoś nie bardzo chce nam się opuszczać to piękne miejsce. Wychodzimy na główną ulicę, wystawiamy rękę... i już jedziemy. Dzisiejszy kierunek to Gap i spotkanie z przyjaciółmi z HC. Łapiemy stopa do Chambery. Sympatyczna, szalona Francuzka powiedziała, że nas tam zabierze, ale musi jechać trochę naokoło, by zostawić sprzęt do wspinaczki w domku w górach. Nam to jak najbardziej na rękę. Zawozi nas w cudowne miejsce. Śliczna górska wioska, drogi jak serpentyny - magia. Potem podwozi nas na stację za Chambery, gdzie w wielkim upale próbujemy złapać kolejnego stopa. Idzie kiepsko, ale w końcu zatrzymuje się jakiś Francuz i podwozi nas na obrzeża Grenoble.
Postanowiliśmy wyjść na obrzeża i łapać stopa. Staliśmy długo w okropnym słońcu, daleko od dworca. W końcu zmarnowani postanowiliśmy pójść na dworzec - był daleko a my mieliśmy niecałe pół godziny do ostatniego pociągu do Gap. Podjechaliśmy autobusem. W ostatniej chwili wsiedliśmy do pociągu. Za bilety zapłaciliśmy grubą kasę, ale nie mieliśmy wyjścia. Koło 19 dojechaliśmy do Gap. Tam spotkaliśmy się z Tomem, który zabrał nas do swojego mieszkania w samym sercu miasta. Gap to urocze miasteczko, a Tom i jego żona Julia okazali się wspaniałymi ludźmi. Po posiłku i pysznym winie nadszedł czas na opowieści, a potem sen.
Kolejny dzień. Tym razem jakby trochę lżejszy. Bez wymogu łapania stopa w nieznane. Śniadanko z Julie, a potem wymarsz. Chcemy się dostać do N.D. de la Salette. Na początku poszliśmy szukać autobusów, ale się okazało, że jeżdżą dwa dziennie i ten poranny już ojechał. No cóż - zostaje stop ;). Na początku trudno, ale mamy dobre humory i się nie poddamy. Wypoczęci z uśmiechami na twarzy stoimi i czekamy na tego właściwego stopa. W końcu staje jakaś Francuzka w średnim wieku. Zabiera nas do Firmin - połowa drogi za nami. Później zatrzymują się dwie Francuski i erają nas dalej. Okazało się, ze jadą do La Salette. Na góre jest cudownie. Spotykamy Polaków. Zwiedzamy kościółek i pobliskie wzgórza. Zdecydowaliśmy, że wracamy na piechotę do głównej drogi i tak też robimy. Idziemy szlakiem, który okazuje się Drogą Krzyżową biegnącą od wioski La Salette do kościółka na górze. Jest piękna pogoda, wszędzie pełno świerszczy, motyli, zielonej trawy i otaczające nas góry. Żyć nie umierać. Dochodzimy do drogi. I mała sprzeczka, bo Maciek twierdzi, że powinniśmy jechać w jedna stronę, a ja że w drugą. W końcu mu ulegam i łapiemy stopa w kierunku, który on obrał. Staje jakiś koleś - oczywiście ja z nim gadam bo to Francuz. Pokazuję mu Gap, a on wpada w śmiech, że to w drugą stronę Hahaha.. miałam rację. No wiec przechodzimy na drugą stronę i idziemy kawałek do centrum miasteczka.
Mogłabym, tak opisywać przygody jeszcze przez kilka następnych stron, ale słów mało Dodam tylko, ż pochodziliśmy jeszcze po Alpach, byliśmy na Lazurowym Wybrzeżu i później przez Włochy, Austrię i Niemcy wracaliśmy do domu...
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Paryż Waluta: euro (EUR) Język urzędowy: francuski
Lokalny czas
Kiedy jechać
Cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.france-hotels.com Hotele
- www.placesinfrance.com Miejsca
- www.justfrance.org Przewodnik
- www.whytraveltofrance.com Przewodnik
- www.france.com Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

