Z opowieści niebezpieczna, najbardziej nieobliczalana z latynowskich krain, miejscami ekstremalnie egzotyczna a miejscami druzgocąco nowoczesna - Kolumbia - kraj warty poznania.
08.03.2010Po opuszczeniu z wielką ulgą Wenezueli wylądowaliśmy w mieście przygranicznym Cucuta. W restauracji na dworcu koło nas siedział młody wojak z dziewczyną. Usłyszawszy obcy język wystrzelił do nas ni z gruszki ni z pietruszki stwierdzeniem: " W Kolumbii możecie ufać wojsku i policji". Pamiętając zachowanie władzy w Wenezueli oraz w innych krajach Ameryki Południowej odpowiedziałem szyderczo: "to się okaże". Jak się miało później okazać i ku mojemu zdziwieniu facet miał rację.
Z Cucuty pojechaliśmy do stolicy Bogota. Miło spędziliśmy tam jeden dzień szwędając się po mieście. NAstępnego dnia udaliśmy się do Manizales, nastrojowego miasteczka w górach. Po całodziennej wędrowce miasto było gruntownie zwiedzone, następnego dnia więc udaliśmy się na wycieczkę do Parku Narodowego Los Nevados. Mieliśmy niesamowite szczęście trafiając na ładną pogodę więc widoki były spektakularne(Patrz zdjęcie). Dodatkową atrakcją był fakt że autobusem wjechaliśmy praktycznie na wysokośc 5000 m.n.p.m więc wszyscy odczuwaliśmy objawy choroby wysokościowej.
Następnego dnia w drodze do Salento zatrzymaliśmy się na plantacji kawy wykupując jakby kurs hodowli i produkcji kawy. Plantacje kawy w Kolumbii wyglądają fenomenalnie a sam kurs był szalenie ciekawy nie mówiąc już o degustacji kawy prosto z plantacji(Patrz zdjęcie). Zapewniam was że takiej kawy wcześniej nie piliście.
W samą Wigilię dotarliśmy do małej mieścinki o nazwie Salento. Jest to mieścina wypadowa do doliny Valle de Cocora gdzie rosną słynne ogromne palmy WAX. Wigilię spędziliśmy jak należy czyli spagetti zakrapiane rumem. Kolejnego dnia wybraliśmy się do doliny. I jak tylko dotarliśmy ujrzeliśmy raj(Patrz zdjęcie). Piękna zielona dolina w górach, gdzie niegdzie spadają wodospady a dookoła olbrzymie palmy. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Po wstępnej fascynacji stwierdziliśmy że idziemy wyżej w góry. Problem był taki że meldując się w podrzędnych hotelach zamiast w hostelach turystycznych byliśmy kompletnie odcięci od informacji turystycznej więc nie wiedzieliśmy dokąd idziemy i co zobaczymy. Czym wyżej podchodzilismy było coraz ładniej. Po drodze mijaliśmy piękne egzotyczne kwiaty, kolorowe ptaki, potoki, wodospady, przecięliśmy las gdzie jest wieczna mgła więc pokryte mchem drzewa nadawały mu mroczny klimat.. Ja dość mocno naciskałem na tempo ponieważ w knajpce na dole w dolinie widziałem zdjęcie na ścianie z małymi palemkami mojego wzrostu oraz piękną laguną w oddali a barman powiedział mi ze to nie jest tak daleko więc liczyłem że może uda nam się tam dotrzeć. W pewnym momencie doszliśmy do najbardziej oddalonego miejsca który był na znakach turystycznych. Niestety było to spalone schronisko jak się później okazało "guerillas"(bojówki-partyzanckie) spalili to schrnisko kilka lat wstecz. Ja byłem strasznie napalony tym co może być wyżej i chciałem iść dalej. Był jednak jeden problem żeby zdążyć na ostani transport do Salento trzeba było już wracać, a nie mieliśmy ze sobą nic, żadnego namiotu, śpiworu, latarki... nic. Aneta była równie napalona więc ruszyła ze mną. Piotrek i Anna poszli z powrotem. Idziemy i idziemy a zaczyna być coraz zimniej, po chwili zaczyna padać. Przyspieszamy kroku ale skutkuje to utratą sił. Na pewnym drogowskazie widnieje napis który o ile dobrze pamiętałem znaczy po hiszpańsku "gospodarstwo". Z czasem krajobraz jest coraz bardziej surowy, robi się bardzo zimno, pada coraz mocniej, robi się ciemno a tu ani widu a ni słychu żywej duszy. Po chwili napotykamy się na folię nabitą na parę gałęzi. Aneta nie ma wątpliwości...ktoś wypuścił się tak jak my i musiał spędzić tu noc ale w perspektywie dla nas byłaby to noc w błocie. Praktycznie pogodziłem się z myślą że nie znajdziemy noclegu ale miałem plan B: jeżeli zastanie nas noc będziemy chodzić całą noc w kółko żeby tylko nie zamarznąć i nie zasnąć. Na całe szczęscie trzymał się nas kurczowo czarny humor co mimo wszystko dodawało nam otuchy. Nagle widzę drewnianą furtkę która jest zamknięta a droga prowadzi w dół. Jesteśmy wykończeni, jeżeli pójdziemy w doł a będzie to fałszywy trop będziemy musiali wracac znów pod górę a padaliśmy już z sił. Nie mieliśmy jednak wyboru trzeba było zaryzykować. Pędziłem w dół jak najszybciej, chciałem w końcu zakońćzyć ten dzień gdy nagle obróciłem się.....nie ma Anety!!! zacząłęm ją nawoływać, wydzierać się...nic. Myślę nie dam rady iść znów pod górę. W pewnym momencie spanikowałem....pewnie dopadła ją partyzantka i pogoniłem w górę po nią. Na szczęście schodziła tylko w tym błocie szła wolno a ja pędząc straciłem poczucie dystansu. Idziemy więc w dół razem powoli gdy nagle widzę krowie placki, później krowy i gdy podchodzę na krawędz stromego zbocza widzę na dole gospodarstwo. Mówię z bananem na gębie do Anety: będziemy żyć. Aneta nie wie o co chodzi bo wciąż jeszcze nie widzi gospody. Gdy dociera zaczynamy się śmiać i cieszyć że mimo naszej głupoty udało nam się. Ja jednak myślę że dopóki gospodarze nie zgodzą się nas przenocować to sytuacja jest niepewna. Z braku sił nawet próbuje się postawić w ich sytuacji i rachunek prawdpodobiebieństwa jest okrutnie niski w mojej zmęczonej głowie. Myślę jednak że ich jakoś ubłagam. Zejście do gospody dłużyło się i dłużyło w niepewności. Góra była stroma więc schodziliśmy serpentynami brocząc w błocie i krowim gównie. Na koniec przy samej gospodzie rzuciły się na nas psy. No to myślę juz po nas. Gospodarze jednak uspokoili psy a jak zobaczyłem uśmiech na ich twarzach wszystko było jasne....przetrwaliśmy. Z tego wszystkiego zapomniałem że jest pierwszy dzień świąt, gospodarze nagotowali dużo jakiejś słodkiej świątecznej papki, która była tak pyszna że z głodu jedliśmy bez opamiętania. Zmarznięci usiedliśmy koło wielkiej drewnianej kuchni żeby się ogrzać(Patrz zdjęcie). Najedzeni poszliśmy spać jednak mi nie było to dane. Mimo pół tuzina kocy które miałem do dyspozycji wilgoć oraz niska temperatura nie dały mi spać. Okropnie zmarzłem i praktycznie całą noc nie spałem. Trzeba tu dodać że byliśmy na wysokości jakiś 4000 m.n.p.m.
Następnego dnia rano po świątecznej paćce ruszyliśmy od razu w dalszą wędrówkę zwłaszcza że była śliczna słoneczna pogoda jak na wysokie góry. Niestety musieliśmy iść spowrotem do furtki czyli pod ostrą górę zanim więc dotarliśmy byliśmy zlani potem. Marzył nam się widok ze zdjęcia z baru. Po godzinnej wędrówce brocząc w błocie dosłownie po kolana udało nam się. Co prawda nie było laguny ale małe palmy i wulkan w oddali też robił wrażenie(Patrz zdjęcia). Cieszyliśmy się jak dzieci. Chcieliśmy nawet iść wyżej do wulkanu ale gęsto porośnięta kosodrzewina blokowała nam skutecznie każdą obraną ścieżkę. Z powodu padającego dzień wcześniej deszczu nie mogliśmy znależć żadnego szlaku który przeprowadziłby nas przez kosodrzewinę. Gdy zrobiło się popołudnie stwierdziliśmy że musimy wracać jeżeli chcemy zdążyć na transport do Salento. Jak tylko wyruszyliśmy rozpadało się i padało juz całą naszą drogę powrotną. Dotarliśmy jednak w miarę wczesnie do doliny i jako że był drugi dzień świąt zafundowaliśmy sobie pyszną kolację. Po kolacji nie mogliśmy złapać Jipa więc po tym wszystkim ruszyliśmy do Salento 10 km pieszo.
Kolejnego dnia wciąż padało więc wsiedliśmy w autobus do miasta na zachodzie Kolumbii nad Pacyfikiem Buenaventura. Docierając do Buenaventury byliśmy w szoku. Ogromne miasto portowe, 100%mieszkańców to czarni ludzie, do tego mnóstwo hoteli i każdy przepełniony. W nocy w porcie wieczna impreza...tak jakbym trafił do Afryki. Następnego dnia rano pojechaliśmy do pobliskiej wioski San Cipriano. Znajduje się tam krystalicznie czysta rzeczka w Parku NArodowym gdzie ilość opadów rocznie to 8000mm. Co więcej do wioski idzie dojechać tylko drezyną której nowatorska konstrukcja tubylców mnie rozwaliła(Patrz zdjęcie). Po całodziennej kąpieli w silnych prądach rzeki wracamy do hucznej Buenaventury. Następnego dnia poszliśmy szukać łodzi do największej Kolumbijskiej wyspy Isla Gorgona. Kursy w biurach transportowych są nieregularne i strasznie drogie idziemy więc do innego portu przeładunkowego gdyż tubylcy powiedzieli że tam coś kursuje dzisiaj. Trafiamy do śmierdzącego rybami portu i przenosimy się w XIX wiek do czasów niewolnictwa. Nie wierzę własnym oczom banda młodych murzynów nosi na ramieniu bale wielkości średniego drzewa z uśmiechem na ustach. Wszyscy są bez koszulki a ich muskulatura wygląda lepiej niż jakiegolkwiek Paryskiego top modela. Po dogadaniu się z armatorem ładujemy się na statek późnym wieczorem i obserwujemy jak statek jest ładowany dosłownie po samą burtę żywnością, kurami itd. Myśle sobie ...to będzie folklor.(Patrz zdjęcie). Po dwóch piwach zasypiam. Budzę się w nocy, od kołysania strasznie boli mnie głowa i zbiera mi się na wymioty. Po 10 godzinach rejsu marynarz prosi nas do wyjścia, patrzę....a na całym korytarzu ciasno jak śledzie leżą pogrążeni w śnie ludzie. Nie było gdzie stopy postawić a większości były to dzieci. Udało nam się jednak przebrnąć. Następną niespodzianką było opuszczenie łodzi - trzeba było skoczyć z dużej łodzi do małej łódki przez burtę na dość umiarkowanych falach. Gdy dotarliśmy na wyspę okazało się to czego się najbardziej obawiałem. Za jedyne zakwaterowanie na wyspie była odpowiedziałna agencja turystyczna, która utrzymywała wyspę oraz wszystkich naukowców ponieważ był to park narodowy a wyspa słynęła z mnogości dzikich węży i różnorodności flory. Jak dotarliśmy na wyspę babka krzyknęła nam po 100$ za łóżko nie wspominając o opłatach za wstęp do parku narodowego. Na co ja odpowiedziałem że nie mamy tyle pieniędzy i że ja mogę spać tutaj na ziemi. Na co ona że nie mogę spać na ziemii. Po 20 minutach negocjacji obrażona przedstawicielka agencji zgodziła się na 30$ od osoby co nie było tanio jak na nasz budżet i realia Kolumbii ale można było to jakoś przełknąć. Reszta załogi była oczywiście na mnie obrażona że musieli wydać fortunę najpierw na statek a później za nocleg ale ja miałem to miejsce w grafiku i reszta mnie nie obchodziła. Zresztą wyspa była piękna, zupełnie dzika, nie zamieszkała i dość duża(Patrz zdjęcia). Miłośnicy podróży azjatyckich mogą tylko marzyć żeby znaleźć się na wyspie gdzie nie ma tysięcy tubylców i turystów...tutaj było nas razem może 30 osób. Zaraz potem jak się wmeldowaliśmy musieliśmy przejść szkolenie jak się zachowywać na wyspie pod kątem ochrony środowiska i unikania jadowitych węży. Słowo "gorgona" ma znaczenie czegoś w rodzaju piekła. Nazwali ją tak hiszpanie jak zdobywali kontynent ponieważ osiedlając się tu zostali szybko zdziesiątkowani przez jadowite węże i opuścili wyspę.
Następnie poszliśmy zwiedzać wyspę, szliśmy przez dżunglę raz po raz wychodząc na piękne dziewicze plaże a na końcu dotarliśmy na ogromną plażę z błękitną wodą, z milionami krabów, palmami kokosowymi...normalnie rewelacja. Leżałem na mokrym piasku, ciepłe fale chłodziły moje przypiekane ciałko....nie chciało mi się wracać. Nasz przewodnik od czasu do czasu dziabnął maczetą kokosa i dawał nam go z dodatkiem jakiegoś suchego miodu do jedzenia. Czułem się jak Robinson Cruzoe. Kiedy wrócililiśmy do ośrodka. Wykupiłem łódkę żeby ponurkować z rurką na rafach. Było to moje pierwsze w życiu nurkowanie w takim tropikalnym miejscu. Byłem wniebowzięty 1,5 godziny minęło jak z bicza. Piękne kolorowe ryby, czasem czarne duże drapieżne ryby za kamieniami lecz od czasu do czasu czułem cos na powierzchni jakby mnie gryzło, a raz nawet kiedy przepływałem przez ławicę małych rybek coś mnie ugryzło że myślałem że to ryby gryzą. Tubylec który ze mną nurkował jak patrzył na ryby krzyżował ręce a dłonie miał na barkach co ja odbierałem jako zachwyt podwodnego świata. Jak wyszedłem z wody byłem totalnie poparzony(burchle coś na styl poparzeniem pokrzywą). Tubylec oczywiście też i okazało się że nie zachwycał się rybami tylko po prostu się drapał. Nazwa tego zjawiska nazywa się po hiszpańsku "mala agua" co dosłownie znaczy zła woda. Niestety po tym wyjaśnieniu nadal nie wiedziałem co mnie pogryzło. Dopiero po kilku miesiącach zacząłem dochodzić co to było. Wyszło na to że jak jest przypływ a w okolicy grasuje dużo meduz to ich parzydełka są holowane przez prąd na brzeg i to mnie parzyło. Tak czy inaczej całym dniem byłem zachwycony i spałem smacznie spełniony. Następnego dnia wcześnie rano opuszczaliśmy wyspę ale nie wracaliśmy spowrotem do Buenaventury i lądem w kierunku Ekwadoru jak planowałem z początku ponieważ tak było dużo dalej. Piotrek zaproponował żeby udać się w kierunku Ekwadoru lub nawet do samego Ekwadoru wybrzeżem. Nie byłoby to dziwne gdyby Kolumbia miała choć kilometr drogi wzdłuż całego długiego wybrzeża. Jak spojrzycie na mapę Kolumbii to całe kolumbijskie wybrzeże pokryte jest dżunglą i do wybrzeża prowadzą tylko 3 drogi!!! Pomysł Piotrka oczywiście poszedł do realizacji co było zwariowanym ale rewelacyjnym pomysłem i dzięki temu nasza dzika przygoda miała się dopiero zacząć.
Pomimo okropnej historii uznaję Kolumbię za kraj bezpieczny chociaż oficjalne statystyki mówią coś innego. W Kolumbii panuje coś w rodzaju stanu wojennego. Na każdym rogu stoi para wojaków z bronią(Patrz zdjęcie). Wszędzie widać wojsko i policję ale rzeczywiście są godni zaufania. Zasada jest taka: tam gdzie jest wojsko jest bezpiecznie ale właśnie w tych miejscach w przeszłości było niebezpiecznie. Ochraniają oni tereny przed bojówkami zwanymi " guerillas" które wciąż grasują w miejscach trudnodostepnych czyli w dżungli i w górach. Zazwyczaj ludzie miejscowi wiedzą które tereny są bezpieczne czy nie więc wystarczy się poradzić.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Bogota Waluta: peso kolumbijskie (COP) 1 COP = 100 centavos Język urzędowy: hiszpański
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

