Do Wenezueli wybrałem się, bo uwielbiam Amerykę Południową, a w tym kraju jeszcze nie byłem. Jednak jego piękno zostało skutecznie zatarte przemocą, bezprawiem i wszechobecną korupcją.
03.03.2010Moja wyprawa rozpoczęła się 31.11.2008 w niezbyt przyjemny sposób ponieważ przy odprawie w Berlinie dowiedziałem się, że moje linie lotnicze TAP Portugal anulowały mój bilet bez powodu i bez żadnego uprzedzenia. Stanąłem więc przed alternatywą powrotu do kraju lub kupienia nowego droższego biletu. Jak na ironię działania mające uchronić mnie przed ogołeceniem konta bankowego w przypadku porwania postawiły mnie w beznadziejnej sytuacji. Nadgorliwość w postaci zablokowania kart kredytowych doprowadziły do tego że nie mogłem zapłacić kartą. Więc musiałem wymienić wszystkie dolary które posiadałem po beznadziejnym kursie i zapożyczyć się u kompana podróży. W beznadziejnym humorze wyruszyłem więc z Piotrkiem, Anną do Lisbony. W Lisbonie noc w hostelu i od razu przez Maderę do Caracas.
W Caracas byliśmy po zmroku więc jaknajszybciej chcieliśmy się ulokować w jakimś hotelu. Ja jednak musiałem wypłacić pieniądze. Najpierw zobaczyłem kurs oficjalny 2,15Bv który był mocno roczarowujący. Gdy jednak okazało się że nie jestem w stanie wypłacić pieniędzy z bankomatu załamałem się do końca. Na lotnisku spotkaliśmy się z trzecią towarzyszką Anetą i pojechaliśmy do hotelu. Ceny taksówek okazały się potworne. Ja oczywiście bez kasy nie wiedziałem jak potoczy się ta piękna podróż. Ostatecznie Piotrek zaproponował mi że będzie mi na terenie Wenezueli pożyczał dolary a ja odpłacę się w innym kraju. Na szczęście miał ich dużo.
Następnego ranka jedziemy na dworzec ale żaden autobus nie chcę się zatrzymać więc bierzemy taksówkę. Po południu jesteśmy w autobusie. W Santa Cruz jesteśmy późnym wieczorem i spędzamy dużo czasu na znalezienie hotelu. Ale jak już się zadokowaliśmy kupujemy Whisky'acza i idziemy na plaże. Po raz pierwszy czuję się zrelaksowany i zapominam o incydencie na lotnisku.
Rano jedziemy małym autobusem na piękne plaże Parku Narodowego Mochilla do miejscowości Santa Fe. Siedzimy na tylnym siedzeniu. Podpytuje się jednego z lokalnych gdzie tu są najpiękniejsze plaże mówi że w Santa Fe. Zatrzymujemy się przy pięknej czerwonej plaży zwanej "Playa Colorada", chcemy wychodzić ale tubylec mi mówi "jeszcze nie" dalej są ładniejsze plaże więc jedziemy dalej. Ruszamy z kolejnego przystanku a tu zaskakuje nas przerażający huk- niewątpliwe jest to strzał z broni palnej. Wszystkich ogarnia panika. Wygląda to na atak terrorystyczny. Patrzymy się bladzi na siebie i każdy spodziewa się najgorszego czyli wejścia kogoś z kałachem i oddania serii więc każdy próbuje się chować za siedzenie. Jednak autobus jest tak mały a ja w dodatku siedzę na środku więc nic z tego. Kierowca po usłyszeniu strzału zwalnia więc tubylcy krzyczą "jedź, jedź" więc jedziemy. Po chwili gdy zdajemy sobie sprawę że zagrożenie chwilowo znikło rozbrzmiewa krzyk i lament młodych dziewczym siedzących pośrodku busika. Niestety strzał nie padł na próżno. Młody chłopak siedzący przy oknie osunął się brocząc krwią od strzału w głowę co dziewczyna siedząca obok po chwili zauważyła więc nastapiła kolejna fala paniki. Dowiaduje się że to były porachunki dwóch nastolatków. Atak był z zewnątrz, strzał przez szybę, prosto w głowę. Nie podchodzę do całego zamieszania bo wiem co zobaczę. Dojeżdzamy do jakiegoś lokalnego małego szpitala, wynoszą gościa. Wychodzimy również pospiesznie ,na podłodze koło poszkodowanego spora kałuża krwi. Nie wiem czy przeżył.
Idziemy dalej na plaże ale jestem roztrzęsiony. Tubylcy traktują nas jak trędowatych krzyczą "gringos". Na plaży gdzie powinniśmy się relaksować jestem totalnie wystraszony, boje się że ktoś przyjdzie z kałachem i sprzeda nam serię. Dopada mnie potężna schiza i myślę o powrocie do kraju. Zdaję sobie sprawę że mimo że doskonale wiedziałem jak niebezpoieczny jest to kraj to nie spodziewałem się zabójstwa w mojej obecności trzeciego dnia pobytu. Wracamy do hotelu. Jest to chyba hotel miłości gdyż całą noc ktoś się kręci. Nie mogę przez to spać ze strachu. Ochroniarz z bronią w wejściu plus popołudniowa akcja wpływa na moją wyobraźnię okrutnie. Obawiam się wejścia grupy ludzi z kałachami w celu zabrania nam stu dolarów. Człowiek po takim wydarzeniu przestaje mysleć racjonalnie. Następnego dnia jedziemy do Ciudad Bolivar. Mój nastrój uległ znacznej poprawie. Dopada nas nawet czarny humor więc nie jest żle. W Ciudad Bolivar lądujemy w hostelu pewnego Niemca gdzie w końcu spotykamy innych turystów dowiadując się jakie to ich nieprzyjemne rzeczy spotkały w Wenezueli więc postanawiamy że robimy główne atrakcje Wenezueli a nastepnie zmykamy z tego niegościnnego kraju. Okazuje się że własciciel Niemiec ma swoje biuro turystyczne więc za jednym razem wykupujemy u niego wycieczkę 3 dniową na najwyższy wodospad świata Salto Angel oraz 6-dniowy trekking na słynną górę stołową Roraima.
Następnego dnia rano razem z parą australijczyków czteroosobowym samolocikiem lecimy najpierw do Parku Narodowego Canaima przez przepiękne zalewiska i dżungle(Patrz zdjęcie). Samolot jest malutki więc leci na niskim pułapie i wtedy dopiero rozpoczyna się nasza przygoda.Zapominam o strzelaninie, pierwszy raz nie boje się i wyciągam moją "armatę" czyli mojego Nikkona D80 i robię zdjęcia. Lądując na Canaimie schodząc prawie ocieramy się o olbrzymie wodospady. Trochę formalności, lunch, dokujemy się w domkach i mamy dwie godziny przerwy więc idziemy nad lagunę. Docieramy nad lagunę i jesteśmy w raju(Patrz zdjęcie). Błękitno czerwony kolor wody na tle olbrzymich wodospadów i palm rosnących wewnątrz laguny wszczepia w nas taką dawkę radości że wariujemy ze szczęścia. Aneta gania po plaży sprintem w tą i spowrotem że piersiami sobie mało zębów nie wybije. Piotrek dopłynął do palm i na nie wchodzi ja turlam się w błękitno-krwistej wodzie chociaż jest potwornie zimna. Po dwóch godzinach harców idziemy na zaplanowaną wycieczkę nad wodospad Salto Saipo. Najpierw krótka wędrówka Kanoe, później chwilę marszu aż dochodzimy do wodospadu i tutaj przewodnik mówi nam że mamy przejść pod wodospadem(Patrz zdjęcie). Przyznam że trochę się wystraszyłem. To nie był wodospadzik jaki w Polsce się widuje w Karkonoszach, wodospad był olbrzymi. Dobra idziemy, na początku troche pryska, gdy nagle napór wody jest tak olbrzymi że nic nie słychać a woda tak mocno odbija się od skał uderzając w nas że nie moge złapać tchu. Wszędzie woda ślisko kompletnie nic nie widać. Jestem cały mokry zaczynam panikować. Na szczęście jest łańcuch którego się kurczowo trzymam z głową odwróconą w kierunku ściany co pozwala mi podtrzymać umiarkowany oddech. Po chwili przechodzimy na drugą stronę wodospadu gdzie czeka na nas skąpany w słońcu kawałek ziemi gdzie spada potężny ogrom wody rospryskując się z oszałamiającą siłą we wszystkie strony. Widząc że jest parę skał których można sie przytrzymać będąc blisko wodospadu nie zastanawiając się każdu udaje się w kierunku wielkiej wody na którą pada zachodzące słońce dodając jej barw niespotykanych(Patrz zdjęcie). Jak się później okazało chociaż główną atrakcją wycieczki miał być wodosapad Salto Angel to ten piewrszy dzień go zdecydowanie przebił. Wieczorem po tak wspaniałym, udanym dniu udało nam się kupić Whiskacza. Piliśmy, żartowaliśmy, śmialiśmy się, nikt z nas już nie pamiętał tych strasznych minionych dni. Następnego dnia wyruszamy na spotkanie z największym wodospadem na świecie Salto Angel (968m). Płyniemy prawie cały dzień bardzo szybko na małej, niestabilnej, niewygnej łódce. Widoki są piękne, wszędzie ogromne wodospady , niestety łódka jest tak niestabilna że boje się wyciągnąć aparat by zrobić zdjęcie. Gdy dopływamy pod wodospad pada deszcz. Musimy iść jeszcze 2 godziny pod górę żeby dojść do punktu widokowego. Pogoda niestety mocno pogorszyła się, mocno pada i robi się późno. DOchodzimy w końcu na punkt wodokowy. Widok jest niesamowity. Na szczęście pada deszcz więc w wodospadzie jest dużo wody, niestety również na nieszczęście że pada deszcz, wodospad 2 minuty po dotarciu zachodzi chmurą i tyle się naoglądaliśmy. Co gorsza przewodnik wsadził nas wszystkich na tak małą przestrzeń że nie było nawet jak zrobić zdjęcia. Reasumując wodospadem Salto Angel byłem ostatecznie rozczarowany. Jest on zbyt ogromny żeby mógł zrobić wrażenie. Woda spadające na dół w połowie odległości zamienie się w pewnego rodzaju mgiełkę(Patrz zdjęcie). Wracamy przemoczeni i kładzemy się spać w hamakach pod wiatą. Tu zaczyna się moja przygoda spania pod hamakami i niestety do samego końca mimo że tanio to nie mogłem się do tego łóżeczka przywyczaić. Następnego dnia po całonocnym deszczu poziom wody w rzece podnosi się około metra. Siadamy w niewygodne łódki i wracamy do Canaimy a później spowrotem do Ciudad Bolivar.
Pierzemy ciuszki i ruszamy na 6-dniowy trekking na górę stołową Roraimę w krainie geograficznej Gran Sabana czyli dosłownie Wielka Sawanna. Trekking rozpoczyna się w mieście Santa Elena na południu Wenezueli blisko granicy z Brazylią. Tam odbiera nas nasz przewodnik Frank - karłowaty indianin mówiący nieźle jak na tubylca po angielsku. W wiosce po drodze zabieramy indianina tragarza i idziemy w wielką sawannę. Przez pierwsze 3 dni widzimy tylko wielkie trawy (Patrz zdjęcie) i w tle dwie ogromne góry stołowe(Patrz zdjęcie). Jednak przejrzystość powietrza, piękna pogoda oraz dość płaski teren pozwoliły mi zobaczyć coś niesamowitego. Mogę powiedzieć że w tej niespotykanej scenerii widać było coś w rodzaju mapy dużego obszaru prognozy pogody w ujęciu na żywo za pomocą jednego rzutu oka. Przemieszczające sie chmurki w naprawdę odległych miejscach z których pada deszcz widać było dosłownie tak samo jak w prognozie pogody po wiadomościach. Efekt ten dawał widok kilkunastu wielkich formacji chmur z ogromnej odległości w tym samym kadrze rzutu oka. Niezapomniamy widok. Jak sobie później policzyłem góra którą widać na zdjęciu była odddalono o około 80km a widoczna była jak z 200 metrów przy tej przejrzystości.Przez trzy dni oprócz rozległej sawanny mijaliśmy lodowaty potok ale że temperatura na sawannie była okrutna to z przyjemnością zażyliśmy lodowatej kąpieli. Na uwagę zasługuje też moment podchodzenia już pod samą Roraimę. U podnóża góry Frank mówi" patrz, widzisz tą mgiełkę która spada z krawędzi góry? Wygląda jak mgiełka ale zobaczysz jaka jest naprawdę bo będziesz pod nią przechodził". I rzeczywiście mgiełka okazała się wodospadem wysokim na 200-300m więc spadając prosto na głowę z takiej wysokości siał spustoszenie ale ostatecznie sprawiał też niezłą frajdę. Najbardziej jednak doskwierały moskity, byliśmy gruntownie pogryzieni przez hotelowe pluskwy a teraz jeszcze komary nękały nas potwornie. W nocy dopadały nas ataki drapania a jak się już rozpoczęło drapać to był koniec. Trzeciego dnia wieczorem dotarliśmy na górę. Rozbiliśmy się w hotelu Manhatan(Patrz zdjęcie), takich lokali jest więcej, przewodnicy przed wejściem umawiają się która grupa okupuje dany hotel. Pogoda jest ładna więc idziemy obejrzeć płaski szczyt Roraimy. Widok jest nietuzinkowy, niby nic szczególnego ale otoczenie wygląda dosłownie nieziemsko, jakbyśmy byli na jakieś planetoidzie(Patrz zdjęcia) Wszędzie czarno, kolorów dodają jedynie tutejsze endemiczne rośliny. Wracamy gdy góra zachodzi mgłą. Podczas gdy na sawannie było potwornie gorąco tutaj jest wręcz zimno. Frank mówi że jak wyruszymy nastepnego ranka o siódmej rano na krawędź góry zobaczymy piękną panoramę na inne góry stołowe i dżunglę po stronie Guyany i Brazylii. Wstajemy więc rano jemy śniadanie i i idziemy. Docieramy na krawędź i obserwujemy spektakularne widoki z samej góry mając pod nogami 1,5 kilometrową przepaść, normalnie nogi się uginają(Patrz zdjęcie). Niestety chmury są nisko zawieszone, podchodzą do góry więc po chwili zachodzi mgłą i to jest koniec oglądania Roraimy. Wracając dopada nas deszcz i pada do końca dnia i cały kolejny dzień. Leżymy więc dwa dni pod skałą. Szóstego dnia wracamy. Powrót idzie dużo szybciej ale gdy docieramy do potoku okazuje się że z powodu silnych deszczy poziom wody tak się podniósł że kamienie po których przechodziliśmy wcześniej są całkowicie zatopione dodatkowo nurt jest taki silny że nie ma mowy po nich iść. Takie sytuacje wcześniej się już zdarzały więc Frank prowadzi nas w miejsce gdzie jest przerzucona lina na drugą stronę ale woda w tym miejscu ma taki nurt że włosy mi stają dęba. Ale cóż jakoś trzeba tą rzekę sforsować. Tragarz idzie pierwszy ja patrzę a on jest zanurzony po klatę a my mamy przecież ciężkie plecaki a ja ogromny aparat który nie może zostać zamoczony. Pakujemy więc wszystko w woreczki foliowe, Frank każe iść nam w skarpetkach ponieważ kamienie są śliskie. Piotrek jak zwykle szybko sobie poradził, dziewczyny też nienajgorzej. Ja natomiast tak się bałem o mój aparat że jak na złość poślizgnąłem się a nurt był tak silny że zaraz mnie porwał. Na szczęście trzymałem się kurczowo liny i dałem radę się wykaraskać. Jednak zamoczyłem cały plecak podczas tej przygody, na szczęście bez konsekwencji. Gdy dotarliśmy do obozu czekał już na nas dżip w którym niespodziewanie jak na tubylca Frank zaczął częstować nas hojnie piwem. Sam też nie odmawiał i ostatecznie zanim dotarlismy do Santa Elena skąd mieliśmy wieczorem autobus spowrotem do Ciudad Bolivar Frank już był kompletnie zalany. Podczas trekkingu zwierzylismy się Frankowi o zamiarze dotarcia do krainy Los Llanos na zachodzie Wenezueli królestwa dzikich zwierząt. Frank powiedział że ma kolegę który posiada rancho w samym centrum Safari. Powiedział że 4 dni kosztuje 800Bv i że nam wszystko zorganizuje jak wrócimy do Ciudad Bolivar. W międzyczasie jednak okazało się że następna grupa czeka na wejście na Roraimę i Frank musi z nimi iść więc nie wróci z nami do Ciudad Bolivar. Nie było więc jak wystawić vouchera na wycieczkę. Frank zaproponował że zrobi to tutaj na kartce papieru. A że był już potężnie wstawiony a Voucherami wystwionymi na kartce papieru bez pieczątki zazwyczaj się podcieram zacząłem mieć poważne wątpliwości. Frank był tak pijany że już tylko bredził. W tym momencie straciłem do niego kompletnie zaufanie i z przyjaciela stał się zwykłym pijaczyną. Z ciężkim sercem podziękowałem mu za współpracę a że podał miejscowość do której mielbyśmy udać się na Safari i imię gospodarza szybko znależliśmy to miejsce w sieci, krótki telefon i wszystko zarezerwowane. I nie za 800Bv jak mówił Frank tylko za 500Bv. Wniosek-Frank"Przyjaciel chciał nas orżnąć na 300Bv". Jak się o tym dowiedział Piotrek to zrobił się purpurowy ze złości. Wieczorem zapakowaliśmy się do autobusu i wuruszyliśmy spowrotem do Ciudad Bolivar.
Dokończenie relacji w AMERYKA POŁUDNIOWA 2009/2010 Cz II
Do Wenezueli przyjeżdża się tylko i wyłącznie z DOLARAMI. Kurs oficjalny to od wielu lat 2,15 Bolivara a na czarnym rynku 4 - 6 Bolivarów więc tylklo czarny rynak wchodzi w grę inaczej podróż wychodzi drożej niż życie w Szwajcarii. Da się wypłacić gotówkę ale tylko w co niektórych bankomatach oczywiści po kursie oficjalnym i tylko w następujacy sposób: przy pierwszej próbie bankomat oprócz PINu poprosi o numer dowodu osobistego, należy wpisać jakikolwiek, wtedy bankomat oczywiście udaremni transakcję. Następnie należy po raz kolejny dokonać próby i wpisać ten sam numer dowodu. Tą informację pozyskałęm od zaprzyjaźnionych australiczyków. Ja sam tej metody nie stosowałem więc na polskich kartach nie wiem czy działa. Jest jeszcze opcja wyłacania gotówki po oficjalnym kursie w oddziałach banków lub Western Union. Kolejki w bankach Wenezuelskich są takie jak u nas za komuny więc nie radzę.
Kraj skrajnie niebezpieczny. Pospolita przestępczość ogromna. Najczęściej spotykane: napady na nocne autobusy zbronią w ręku, napady z bronią w ręku przez pospolitych oprychów, rabowanie turystów przez policjantów. Jak widzisz policjanta najlepiej uciekaj w dyskretny sposób. On widząc Ciebie skontroluje Cię i zabierze to co uzna za wartościowe. Najlepszy sposób podczas kontroli nie dawać im nic do ręki a co gorsza nie pozwolić mu się z tym oddalić.
Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Caracas Waluta: bolivar (VEB) Język urzędowy: hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Najlepiej od listopada do maja.
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.think-venezuela.net Informacje
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Cochsurfing - sposób na ...
Portale typu couchsurfing i hispitality club pozwalają na poznanie ludzi z całego… więcej
Planowanie trasy rajdu rowerowego ...
Kórędy jechać, jaki kierunek wybrać, gdzie szukać noclegów, czyli jak dobrze zaplanować… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

