Dzień polarny na Alasce sprzyja turystom - niezapomniane krajobrazy, spotkania z dawną kulturą, pamiątki po początkach osadnictwa i rzadko spotykane zjawiska astronomiczne...
04.07.2008Trzeci etap wyprawy zaczęliśmy od porannej kawki na campingu pod Fairbanks. Wstawanie i przygotowanie śniadania szło coraz sprawniej. Byliśmy 300 kilometrów od koła podbiegunowego, ale czas nie pozwalał nam na tak daleki wypad na północ. Ruszyliśmy do Fairbanks, które jest miastem - bazą wypadową do okolicznych atrakcji.
Przywitał nas napis Welcome to Fairbanks i niedługo potem pojawiła się pierwsza jego atrakcja czyli Pioneer Park z atrakcjami poświęconymi historii stanu. Znajdziemy tu muzea, miasteczko z okresu gorączki złota i zwykły park. Zwiedzenie tego miejsca nie zajęło dużo czasu i ruszyliśmy w stronę Visitors Center. Przejechaliśmy przez "centrum", które ogranicza się do kilku ulic na krzyż i zaparkowaliśmy RV za rzeką Chena. Spacerkiem przeszliśmy most i każdy z nas zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie przy znaczniku end-of-the-road, który pokazywał odległości do różnych miast na świecie.
Centrum informacji turystycznej było rewelacyjnie przygotowane i uzyskaliśmy dużo cennych informacji, darmowe mapki i przewodniki. Na zewnątrz znajduje się spory pomnik - fontanna "nieznanej rodziny" indiańskiej (coś w stylu pomnika nieznanego żołnierza) Obok na ławkach miałem okazję przyjrzeć się dokładnie "Eskimosom", którzy nie wyglądali za specjalnie dobrze zapewne to skutek spożycia zbyt dużej ilości alkoholu. Tuż przy rzece znajdziemy pomnik upamiętniający kupca E.T. Barnetta, który 1901 roku utknął swoim statkiem na mieliźnie i nie będąc w stanie przetransportować swoich towarów otworzył sklep - tak już zostało, miasto szybko się rozrosło, a wszystko dzięki przypadkowi.
Niedaleko od tego miejsca znalazłem małą ciekawostkę, kapsułę czasu - wmurowany w ziemię metalowy cylinder z informacją, że otwarcie "kapsuły czasu" nastąpi w 2059 roku. Pogoda w międzyczasie przypomniała sobie, że ma nam podokuczać i zaczęło kropić. Nie przeszkodziło to nam w spacerku po głownej ulicy, gdzie znajdują się domy, których okres świetności minął kilkadziesiąt lat temu - mimo wszystko w całkiem dobrym stanie. I to by było na tyle jeśli chodzi o Fairbanks... nie było tu już nic specjalnie ciekawego i zapakowaliśmy się do RV. Zrobiliśmy jeszcze zakupy w supermarkecie i wyjechaliśmy na Richardson Highway, która miała nas zaprowadzić na południe do celu wyprawy czyli do Parku Wrangell-St. Elias (dość późno zorientowałem się, że nazwa parku to Wrangell, a nie Wrangler jak firma odzieżowa :).
W pamięci mieliśmy informacje, że na naszej trasie kilka mil za miastem znajdziemy ciekawą atrakcje. 12 mil na południe od Fairbanks spotkaliśmy Świętego Mikołaja w jego domku w North Pole, który łatwo zobaczyć z autostrady. Przy wejściu wita nas wielka figurka Mikołaja i sanie, w których można zrobić pamiątkowe zdjęcie, a w środku wielki sklep z pamiątkami i ... sam Święty Mikołaj z panią Mikołajową :). Bardzo chętnie pozuje do zdjęć, a wręcz zachęca. Przy wejściu podany jest adres korespondencyjny, na który dzieciaki piszą listy i życzenia. Zastanawia mnie ilu jest Świętych Mikołajów, słyszałem o jednym w Laponii a teraz ten ? Trochę mi namieszał, może to wersja amerykańska :).
Obkupieni w pamiątki ruszyliśmy w drogę, przed nami bardzo duży odcinek drogi do pokonania i nie możemy się spóźnić, następnego dnia mamy rano zarezerwowany bus, który ma nas zabrać na teren parku Wrangell. Po minięciu Delta Jct, pogod zaczęła się poprawiać i od tej chwili zawsze towarzyszyło nam słońce. Autostrada Richardson okazała się bardzo widokowa, podobnie jak droga do Sewad. Na szcęie daursw osoby budujące drogę przewidziały chęć podziwiania przez ludzi widoków na trasie i żeby ograniczyć ilość wypadków spowodowanych stawaniem na drodze wybudowano zjazdy na punkty widokowe. Jest ich naprawdę sporo, a my skrzętnie z nich korzystaliśmy, co niestety znacznie wydłużyło czas jazdy - ale jak tu nie robić zdjęć przy takich widokach?
Po kilkudziesięciu milach niedaleko Paxson zjechaliśmy do "skansenu" gdzie był chyba najstarszy Roadhouse (zajazd). Wszystko było zachowane w nienaruszonym stanie, zwiedziliśmy okolice i co chwila napotykaliśmy wraki starych samochodów w pobliskim lesie (nadal nie rozumiem tego zwyczaju zostawiania aut w głęboko w lasach). Wróciliśmy do naszego RV gdzie zjedliśmy sobie obiad, po którym leniwie zebraliśmy się do jazdy.
Robiła się późna pora i przy drodze zaczęły pojawiać się Moose, czyli słynne Łosie - kilka udało się utrwalić na zdjęciach. Mieliśmy jeszcze jeden dłuższy postój przy ropociągu Trans-Alaska Pipeline, który ciągnie się wzdłuż Richardson Highway - w zasadzie nic specjalnego - bardzo długa rura. Przejechaliśmy przez skrzyżowanie z Glenn Highway i miasto Glennallen, potem minęliśmy Copper Center i odbiliśmy na wschód w stronę Chitina. Radek na planie miał zaznaczony camping, pod który rano miał podjechać bus do parku.
Bez problemów znaleźliśmy to miejsce, było obok lotniska. Camping wyglądał na opuszczony i jedyna będąca tam osoba poinformowała nas, że w zimę rzeka zalała to miejsce i nic tu nie działa. Zrobiło się słabo zważywszy, że mieliśmy zostawić nasz RV na dwa dni. Postanowiliśmy zaryzykować i pojechaliśmy do miasta Chitina w poszukiwaniu innego miejsca na nocleg, ale nic nie znaleźliśmy. Wróciliśmy na camping i padliśmy ze zmęczenia. Rano na 8.30 mieliśmy czekać przy głównej drodze na nasz transport, nie udało się potwierdzić telefonicznie, bo telefony komórkowe nie działały, a stacjonarnych nie było. Została nam nadzieja, że przyjadą po nas. Spakowani na okoliczność dwóch dni noclegu w górach ruszyliśmy w kierunku drogi, przy której zasiedliśmy w oczekiwaniu.
Po kilku minutach dołączyła do nas para turystów, co nas trochę uspokoiło. Busy pojawiły się o wyznaczonej porze - już z pasażerami w środku, kierowcy mieli dokładną listę osób, na której byliśmy i my, więc rozsadzono nas do dwóch samochodów. Pojechaliśmy do miasta Chitina, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilkę - wykorzystałem ją na zwiedzenie downtown składającego się z jednej ulicy. Domki miały fajny klimat, trochę zatrzymane w czasie, a ja nie widziałem żywej duszy, ale za to mnóstwo wraków samochodów po parkowanych w każdym wolnym miejscu. Ruszyliśmy i po niecałej mili wjechaliśmy na teren parku Wrangell-St. Elias.
Naturalną bramę tworzy wycięta w skale wąska droga, tylko jeden pojazd może się zmieścić. Po "drugiej stronie" zaczyna się inny świat, mamy rozległa dolinę z rwącą rzeką, w której po pas w wodzie stoją miejscowi rybacy i wyciągają łososie (wyciągają nie łowią, tutaj wystarczy zanurzyć siatkę i po chwili wypełnia się rybami!). Na brzegach poinstalowane są zmyślne urządzenia zwane Rybimi Kołami (Fish Wheel), które wyglądają jak małe wiatraki tylko ze na ramionach mają siatki i wybierają łososie. Żeby turysta mógł łowić musi wykupić pozwolenia na określoną ilość ryb, a miejscowi nie muszą żeby łowić na własne potrzeby. Jeśli zachce nam się łososia to wystarczy podejść do rybaków (najlepiej dziewczyny:) i uśmiechając się poprosić o jedną sztukę i zwykle to skutkuje, a jeśli nie ma dziewczyn w pobliżu to butelka whisky działa podobnie :).
Przejechaliśmy most nad rzeką i minęliśmy wielkie obozowisko ludzi, którzy przyjechali tu na połowy. Droga zaczęła się wznosi i za oknem widoki zaczęły zmieniać się szybko na coraz ładniejsze. Co chwila przez drogę przebiegały zające i trzeba było uważać żeby żadnego nie rozjechać. Dziwne zachowanie z ich strony, siedzą przy drodze i widać je z daleka, a jak samochód podjedzie na metr to przebiegają drogę ! bez sensu chyba że robią sobie zawody który przeżyje;) Na pewno było to jedna z ładniejszych tras widokowych, ale nie było niestety miejsca na zatrzymanie, udało się zrobić postój dopiero przy wysokim moście, który łączył dwa brzegi głębokiego kanionu.
Z początku wydawało mi się, że most jest drewniany, ale po dokładnym obejrzeniu przez lornetkę okazał się stalowy z kilkoma drewnianymi elementami. Widok był imponujący! Przejazd był wahadłowy i tylko jeden samochód na raz mógł przedostać się na drugą stronę, a że ruchu nie było kierowca zatrzymał się na środku mostu i dopiero wtedy dotarł do nas ogrom kanionu i wijącej się na dole rzeki Kushkulana. Drzewa na naszej trasie były niezarażone chorobą, która dotknęła sporą część lasów na naszej trasie do Denali. Soczysta zieleń, oblane słońcem szczyty gór i strumyki dawały temu miejscu niesamowity koloryt. Stwierdziliśmy, że to najładniejsze miejsce jakie widzieliśmy do tej pory, a park Denali jest mocno przereklamowany.
Drugi postój zrobiliśmy niedaleko starej linii kolejowej, która biegła na drewnianym moście kilkadziesiąt metrów nad nami, droga ta nie była używana przez kolej od dawna i połowa mostu była uszkodzona, ale miejsce miało fajny klimat i nadawało się na niezłą sesje zdjęciową. Po dwóch godzinach dotarliśmy do stacji końcowej, samochód zatrzymał się przy wąskim moście nad wezbraną rzeką - jest tutaj parking i jazdę można kontynuować po drugiej stronie, gdzie znaleźć można lokalny autobusbus lub przejść na piechotę kilka mil. Pozostało nam umówić się na odebranie nasz tego miejsca za 2 dni. Przeszliśmy wąski mostek i przeszliśmy obok czekającego na pasażerów samochodu, z którego jednak nie skorzystaliśmy.
Dotarcie do miasteczka McCarty zajęło nam około 15 minut, po drodze mijaliśmy lotnisko polowe gdzie lądują małe awionetki i przeszliśmy przez mały mostek. Miejsce to trudno nazwać miastem lub nawet wioską - jest to kilka drewnianych domków, saloon, sklepik i prześliczny Johnson Hotel wyglądający jakby żywcem przeniesiony z czasów dzikiego zachodu (jest na liście miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią :). Urok Hotelu jest niepodważalny, wystrój wnętrz i fasada pamiętająca zapewne pierwszych osadników sprawia, że miasto wyglądało nierealnie, jak scenografia do filmów. Jedynie dość duże ceny powodują, że to miejsce nie jest popularne wśród backpackersów. Zamieszkaliśmy w pobliskim hostelu - pokoje nie były zamykane na klucz, co nas lekko zdziwiło ale zostaliśmy zapewnieni, że od lat nic w tym miasteczku nie zginęło :). Faktycznie, nikt tutaj nie martwił się zamykaniem czegokolwiek. Atmosfera miejsca udzieliła się nam szybko, wiatr przewalał piasek przez środek "głównej" ulicy, a na werandach saloonu i sklepików nie było żywej duszy, czasem cicho przekradał się jakiś miejscowy we flanelowej koszuli w kratę i czapce z daszkiem (obowiązkowa broda).
Co jakiś czas podjeżdżał bus, żeby zabrać chętnych (jeśli byli) do pobliskiego miasteczka Kennecott (czasem pisane Kennicott). Zgłodnieliśmy na tyle żeby chcieć zjeść jakiś poważny posiłek i poszliśmy do bardzo reklamowanego przez tubylców lokalu o zabawnej nazwie Ziemniak (Potato). Na miejscu okazało się, że jest to kawałek zbitej z desek szopy i jedna ława z drewna. Hm.. nie dziwie się, że zachwalano nam to miejsce... po prostu nie było innego. W menu głównie hamburgery (z ryby, mięsa i wegetariańskie), ale dało się zjeść. Była już połowa dnia, a nie chcieliśmy tracić czasu,więc złapaliśmy busa do Kennecott, gdzie dojechaliśmy po 20 minutach jazdy przez dzikie tereny i bardzo wyboistą drogą. Miejsce jest dość osobliwe, mieściła się tutaj kopalnia miedzi, po której zostały puste budynki i wygląda jak wymarłe miasto.
Na początku XX wieku przyjechali tutaj poszukiwacze złota, którzy niechcący natrafili tu na największe złoża miedzi na kontynencie. W roku 1938 kopalnie zamknięto i opuszczono, pozostała w niemalże nienaruszonym stanie, a zwiedzać można cały jej teren i okolice. Miejsce oczarowuje ! Coś niesamowitego, całe kompleksy czerwonych budynków, rozpadające się magazyny i ziejące pustką okna bez szyb... Wszystko to sprawia, że każdy turysta staje jak wryty i nie chce szybo opuszczać tego miejsca. Okiem fotografa to wymarzone miejsce na sesje zdjęciowe. Przez chwile stałem i nie wiedziałem co najpierw fotografować. Przechadzaliśmy się opuszczonymi uliczkami miasta, wchodziliśmy do pomieszczeń i domów osadników - czerwony kolor zabudowań ładnie podkreślony przez popołudniowe słońce hipnotyzował. Nie chciałem iść dalej :).
Ruszyłem ociągając się w stronę szlaku, który prowadził do lodowca. Droga była bardzo widokowa i ciągnęła się wzdłuż krawędzi gór. Mogliśmy podziwiać z tej wysokości panoramę całego Parku i szczyty Atna Peaks. Trasa momentami była bardzo trudna i w połowie szlaku rozwidlała się na dwa kierunki - poszliśmy w stronę widocznego już "języka" lodowca. Schodzenie w dół szło dość sprawnie i szybko dotarliśmy do celu. Wspinanie się po lodzie bez raków nie miało sensu - było jak na lodowisku. W tym czasie minęliśmy kilka grup ludzi, które z przewodnikiem chodzili po lodowcu. Żałowaliśmy, że nie wynajęliśmy raków i czekanów.
Po kilku próbach wdrapania się na górę postanowiliśmy wrócić na szlak i pójść wzdłuż wielkiej masy lodu. Szybki marsz zakończył się zawaloną drogą i musieliśmy wracać. Droga powrotna dłużyła się bardzo i każdy czuł już szybki marsz w nogach ale w dobrych humorach doszliśmy do Kennecott Glacier Lodge (hotel i restauracja) jedynego miejsca gdzie ktoś mieszka i pracuje w tym rejonie. Tutaj załapaliśmy się na ostatni bus do McCarty, który zawiózł nas pod same drzwi saloonu. Każdy z nas był bardzo spragniony i zamówiliśmy dużo piwa, miejsce było pełne tubylców, którzy wieczorami mają tutaj jedyną rozrywkę, generalnie byli tu wszyscy mieszkańcy miasteczka a my jedynymi turystami. Mały folklor po amerykańsku.
Nasz samochód umówiony był na późne popołudnie i zostało trochę czasu na spacer nad pobliską rzekę. Zapomniałem zrobić sobie śniadanie dnia poprzedniego i cierpiałem z tego powodu, w mieście nigdzie nie znalazłem miejsca w którym morza coś zjeść, dopiero koło 10 otwarto budę Ziemniak. Do wyboru mieliśmy kilka szlaków i wybraliśmy czasowo najkorzystniejszy. Szliśmy wzdłuż rwącej rzeki i wspinaliśmy się na wysokie wzgórza z widokiem na małe jeziora. W oddali widać było lodowiec. Samochód przyjechał o czasie i zabrał nas do Chitina a potem do pobliskiego campingu gdzie czekał nasz RV.
W tym czasie przybyło dużo ludzi i byłem mocno zdziwiony, że są chętni do spania w tym miejscu. Po nocy ruszyliśmy w stronę miejscowości Glennallen gdzie wjechaliśmy na Glenn Hwy, autostradę która biegnie do Anchorage. Alaska nie przestaje mnie zadziwiać, myślałem że nie zobaczę już widoków, które mnie zachwycą ale myliłem się. Glenn Hwy jest rewelacyjny jeśli chodzi o widoki, zatrzymywaliśmy się prawie non-stop, żeby podziwiać krajobrazy. Na naszej trasie znajdowała się jeszcze jedna atrakcja lodowiec Matanuska, który zchodził dość łagodnie i można było się na niego wdrapać bez raków.
Chodzenie po lodzie było trudne ale wykonalne, oczywiście nie zapuściliśmy się daleko ale wystarczyło żeby docenić uroki miejsca. Zapuściłem się z Asią i Radkiem dość daleko w głąb lodowca i wybrana przez nas alternatywna droga okazała się bardzo trudna, momentami robiliśmy sobie z kamieni przejścia przez rwące potoki. Buty i spodnie były całe przemoknięte ale bez urazów dotarliśmy do samochodu. Pora była ruszać, noc zaplanowana była w miejscowości Palmer a rano wylot.
Położenie geograficzne sprawia, że na Alasce wyróżnić można kilka stref geograficznych: Arktykę, Interior, Alaskę Południową, Aleuty i Alaskę Południowo-Wschodnią. Każdy region cechuje się odrębnym klimatem: arktycznym, kontynentalnym, morskim i przejściowym. Te strefy są zwykle rozdzielone górskimi łańcuchami, które działają jak naturalne bariery dla powietrza o różnej temperaturze i wilgotności.
Pierwszym amerykańskim administratorem Alaski był Włodzimierz Bonawentura Krzyżanowski (ur. 8 lipca 1824 roku, zmarł 31 stycznia 1887 roku) – polski i amerykański generał, polityk.
Park narodowy Wrangell-St. Elias znajduje się we wschodniej Alasce, na granicy z Kanadą, gdzie przylega do parku narodowego Kluane, tworząc razem liczący sto tysięcy kilometrów kwadratowych obszar światowego dziedzictwa przyrody. Najwyższe szczyty na terenie parku przekraczają pięć tysięcy metrów wysokości: Mount St. Elias mierzy 5489 metrów, a Mount Bona osiąga 5005 metrów. Góry w zachodniej części pasma Wrangell są wulkanami wygasłymi (Mount Drum, Mount Sanford) lub aktywnymi (Mount Wrangell. Na terenie parku narodowego Wrangell-St. Elias znajduje się dwanaście spośród piętnastu najwyższych gór Alaski, a Mount Wrangell jest największym aktywnym wulkanem tego stanu. W bezchmurne dni widać czasami smugę pary wznoszącą się z północnego krateru. Nawet naukowcy do końca nie wiedzą, czy potężna góra w najbliższym czasie nie grozi erupcją. W skałach w okolicy Kennicott i McCarthy są bogate w minerały: zielony malachit i niebieski azuryt, w pobliżu Slany i Nabesnej występują szafiry, agaty i obsydian. Bogate złoża miedzi odkryte w dolnym biegu lodowca Root doprowadziły do powstania górniczych osad McCarthy i Kennicott. Ruda była intensywnie eksploatowana i transportowana naprędce zbudowaną, długą na 131 mil linią kolejową wzdłuż doliny rzeki Chitina i Copper River, do portu w Cordovie. Bliźniacze miasta kwitły w latach 1910–1938, aż w końcu spadek ceny miedzi doprowadził niemalże z dnia na dzień do ich opustoszenia teraz są to cenne, historyczne obiekty. Teraz miasto wygląda na opustoszałe – rozlatujące się mosty, puste domy i zadziwiające cmentarze – niepodobne do tych, które znamy... mieszanka kultury i wiary prawosławnej z wierzeniami Indian – kolorowe drewniane domki bez tabliczek z prawosławnymi krzyżami z przodu, czasem okazałe totemy na słupach. Pół wieku po upadku kopalnictwa dostrzeżono rekreacyjne i krajobrazowe walory tych okolic, tworząc w grudniu 1980 roku park narodowy Wrangell-St. Elias.
Fairbanks - Ice Museum tutaj co roku w marcu odbywają się międzynarodowe zawody rzeźby w lodzie. Część z tych rzeźb pokazywana jest w Muzeum, wraz z filmem wprowadzającym w temat. W okresie zimowym dzień trwa tutaj zaledwie 3 godziny a częstym zjawiskiem atmosferycznym w tym okresie jest widok zorzy polarnej. W centrum Fairbanks znajduje się skansen Alaskaland- muzeum pionierskie nawiazujace do czasów gorączki złota. Są tutaj najstarsze domy z drewnianych bali, jakie powstały na brzegu rzeki Chena tuż po odkryciu złota przez Felice Pedroni uniknęły zniszczenia, ponieważ zostały przeniesione kilka mil na zachód na teren znany obecnie jako Park Pionierów - Pioneer Park. W domki są sklepy pamiątkarskie i muzea, niektórzy sprzedawcy pamiątek ubrani są w stroje z tamtej epoki gorączki złota.
North Pole i dom Świętego Mikołaja, którego zastaniemy na miejscu.
Wrangell-St. Elias National Park i miasteczka McCarty i Kennecott - koniecznie !
Lodowiec Matanuska przy autostradzie Glenn HWY.
Anchorage hm... można zwiedzić z niecałą godzinę.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Waszyngton Waluta: dolar (USD) Język urzędowy: angielski Inne: języki mniejszości narodowych, głównie hiszpański
Lokalny czas
Kiedy jechać
Przez cały rok
Niezbędne informacje
więcejPrzydatne adresy
- www.hotels-in-usa.net Hotele
- www.art-collecting.com Galerie
- www.museumsusa.org Muzea
- www.usatourist.com Turystyka
CZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

