okazje

Jestem podniecony wizją spędzenia najbliższych dni w malowniczych resztkach tego, co portugalski imperializm zostawił po sobie w dawnej, niezwykłej stolicy kolonii Portugalii Wschodniej Afryki.

11.05.2008

Ilha de Mozambique, porysowany brylant

Autobusem, za 280 Mt, docieram z Mocuba do Nampula, w okolicach którego pokazały się góry o fantazyjnych kształtach, często pojedyncze kilkusetmetrowe skały tworzące niezwykły krajobraz. Dalej murzyńską taksówką i małą ciężarówką, jak zwykle wykorzystujące każdy skrawek wolnej przestrzeni by wcisnąć ludzi po dwóch na jednym siedzeniu, plus paczki, naczynia, jedzenie, owoce i małe zwierzęta, najczęściej kury. Na ciężarówkę dorzucono, gdy była wydawało się już pełna, kilka kubików drewna na którym część pasażerów musiała siedzieć. I nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Cena benzyny (ok. 3 zł/litr) jest relatywnie tak droga, że nie ma się czemu dziwić.

Z radością witam końcowy przystanek ciężarówki, barierę przy 3,5-kilometrowym wąskim betonowym moście prowadzącym na ginącą w niebieskawych szarościach zmroku wyspę Ilha de Mozambique. Parę dni bez ścisku i podskakiwania na dziurach. Co za ulga!

Zarzucam plecaki i maszeruję nad płytkim tu oceanem mimo mijających mnie z rzadka pojazdów, które aby się wyminąć muszą wjechać do jednej z trzech zatoczek na moście. Jest ciepło i duszno, pot ścieka mi po twarzy, plecach i nogach, koszulka jest mokra na wylot, ale przyjemność marszu, którego celem jest niezwykłe miejsce na mapie świata pozostaje niezmienna. Chcę dobitnie poczuć atmosferę i magię miejsca. Jestem podniecony wizją spędzenia najbliższych dni w malowniczych resztkach tego, co portugalski imperializm zostawił po sobie w dawnej, niezwykłej stolicy kolonii Portugalii Wschodniej Afryki.

Kolejną barierkę na drugim końcu mostu otwierającą drogę na wyspę osiągam w pełnych ciemnościach. Wita mnie kilka chybotliwych lamp ulicznych ginących w mroku wąskich wyboistych uliczek rozchodzących się od placu przy wjeździe na Ilha. Wybieram pierwszą idącą w kierunku północnym, bo ta część wyspy grupuje najwięcej zabytków i potencjalnych miejsc do spania, z którymi może być krucho z uwagi na zbliżający się Nowy Rok. Potwierdzały to moje wcześniejsze telefony do kilku tańszych miejsc. Zajęte. Ale od czego jest mój wrodzony optymizm.

Gdy zapuszczam się w makuti, gwarną biedną dzielnicę rybacką i zaczynam trochę kluczyć dopada mnie dwóch młodzianów oferując znalezienie spania. – Ile za pomoc? - 5 Meticais na łebka. Oferuję po 10. Staje na po 25. OK. Podprowadzają ciemnymi uliczkami pod miejsce, z którego natychmiast rezygnuję. Wyciągam mój przewodnik i namawiam do odszukania wymienianego w nim Casa de Luis. Nie ma problemu, doskonale orientują się również, gdzie mogą być wolne łóżka. Zapuszczamy się w niewiarygodnie wąskie, dziurawe, ciemne zakamarki. Wchodzimy w jedną z drewnianych krzywych bram. Miejsce również mnie nie powala a oferowane niemal pod gołym niebem za 150 Mt (15 zł) legowiska w patio przypominały raczej schronisko dla bezdomnych. Tą opcję zostawiam sobie jako ostateczność. Idziemy dalej. Przechodząc koło zielonego potężnego meczetu Samuel wspomina, że jest tu Patio Dos Quintalinhos (Casa de Gabriele), ale nie ma miejsc. Tknięty przeczuciem i zachęcony atrakcyjnością miejsca naciskam mały dzwonek. Pod chwilową nieobecność właściciela czarnoskóry opiekun pensjonatu prowadząc mnie wyjątkowo gustownie wykonanym i urządzonym patio wskazuje jedyny wolny pokój. Cena 400 Mt. Biorę. Wręczam chłopakom kasę i umawiam się z dobrze mówiącym po angielsku Samuelem na dziewiątą trzydzieści wieczorem.

Moje szczęście uświadamia mi francuska nauczycielka angielskiego w madagaskarskiej szkole mieszkająca w pokoju obok, polecając natychmiast się rozpakowywać, bo pokój prawdopodobnie jest zabukowany, tylko Murzyn o tym nie wie. Tak robię i z lubością biorę zimny prysznic, jest tylko taki w łazience z klimatyzacją którą jest celowo zostawiony pokaźny otwór w słomianym dachu przez który wpadają w nocy gwiazdy, za dnia słońce a w czasie niepogody deszcz, i wyciągam się na jednej z kamiennych, wyściełanych poduchami kanap. Bosko! Pełni szczęścia dopełnia zimne piwo wyciągnięte z kuchennej lodówki. Jest trzydziesty pierwszy grudnia 2007 roku. Za cztery godziny Sylwester. Czy ja nie jestem w czepku urodzony?

O wyznaczonej porze „Eto”, bo taką ma ksywkę mój młody przewodnik, czeka pod oświetloną bramą ciemnego klepiska ulicy. Stawiam ciężkie warunki, bo chcę coś dobrze i niedrogo zjeść a potem uczciwie przywitać Nowy Rok. Dla Eto to żaden problem, ma kilka opcji. Tyle, że dwie pierwsze z nich są zarezerwowane na całą noc. Trzecia jest strzałem w dziesiątkę. Mała knajpka Cafe Ancora pamiętająca ostatnich kolonizatorów, wychodząca na ciemną ulicę z majaczącym po jej drugiej stronie, stojącym na szczycie białych schodów niezwykłym kościołem Misericordia. Holenderska właścicielka przygotowała na tą specjalną noc okazały ciepły bufet pełen różnorodnych ryb, wspaniałych owoców morza, dań z kurczaka i sałatek. No i to, co mnie przekonało do końca – wyśmienicie wyglądające desery. Za jedzenie no limits 400 Mt (40 zł). Umawiam się z Eto na za pół godziny dwunasta, bo mimo wstępnych sylwestrowych przygotowań starszej pani zabawa nie wyglądała by miała być huczną a Eto zapowiada fiestę na świeżym powietrzu. Sentymentalno-kolonialna atmosfera knajpki i zebranego towarzystwa sprzyjała konsumpcji. Najadłem się, ku nieukrywanej radości właścicielki, na trzy dni. A desery jak wyglądały, tak smakowały. Pychota. Nieco rozleniwiony czekałem na Eto.

Przyszedł punktualnie. Maszerujemy przez niespodziewanie dla mnie ciche i puste ulice. Fiesty nie widać. Podchodzimy pod rozświetlone miejsce z którego głośno dudni dyskotekowa muzyka, skupiające na zewnątrz tłumek czarnoskórych małolatów. Zaglądam ponad ramionami bramkarzy do wielkiej surowej hali rozbłyskującej kilkoma kolorowymi lampami. Pustawo. Idziemy dalej. Za piętnaście dwunasta. Fiesty dalej nie widać. Za wielkim murem ogrodzenia, lekko uchyloną przez licznych bramkarzy nie mniej wielką bramą grzmi bliższa Afryce muzyka, ale też z mocno komercyjnego kotła. Samuel zachęca do wejścia, mówiąc, że impreza się rozkręci. Pytanie tylko kiedy. Stawiam dwa wstępy po 50 Mt i fantę małolatowi. Jest muzułmaninem i nie pije alkoholu. Ale bawi się dobrze pod pustawą sceną okraszoną rewolucyjnymi hasłami wolnego Mozambiku i zachętami do używania prezerwatyw. AIDS i przeludnienie są zmorą Afryki, nie tylko tego kraju, którego populacja to w połowie dzieci.

Około dwunastej głos z nieco rozregulowanych głośników po portugalsku, bez większych emocji, oznajmił, że mamy Nowy 2008 Rok. Parę uścisków dłoni, klepnięć w plecy i rewolucyjna młodzież Mozambiku dalej oszczędnie celebruje święto. Pokiwałem się z Eto i jego kilkoma przyjaciółmi, dziewczyny tańczyły osobno, jeszcze kilkanaście minut i pożegnałem towarzystwo, umawiając się z nim na noworoczne popołudniowe zwiedzanie wyspy. Byłem przekonany, że sam trafię do Gabriela. Trafiłem, ale ile zrobiłem nocnych nawrotów, by odszukać właściwą drogę – nie zliczę. Dłużej kluczyłem niż świętowałem.

Po dobrze przespanej nocy i lekkim śniadaniu z chrupiącymi bułeczkami wliczonym w cenę pokoju decyduję się na samodzielny fotograficzny wypad. Ilha już dawno nie śpi. Przy plaży zielonego meczetu, na który wychodzą drzwi mojej casa usytuowanej na granicy wioski i kamiennego miasta, rybacy czyszczą sieci. Zaraz obok ulokowało się małe targowisko i targ rybny przyklejony do odrapanych ścian okazałych budynków starego miasta. Kamienne, rozpadające się molo wychodzi z jednego z nich. Widok na nabrzeże od jego strony jest doprawdy niezwykły. Przypomina romantyczne malarstwo europejskie poświęcone podróżom do Wschodniej Afryki. Nad plażą górują fantazyjne w formie, niezwykle graficzne z uwagi na swój obecnie marny stan kolonialne budynki. Na plaży i w wodzie stoją afrykańskie kolorowe łodzie. Między nimi krzątają się rybacy, baraszkują małe dzieci. Odziane w wielobarwne capulanas kobiety z pakunkami na głowach sprzedają świeże ryby. Na pierwszym planie niebiesko-turkusową barwą mieni się płytka woda oceanicznej zatoki. Poezja. Artysta nie namalował tylko wszędzie walających się śmieci i odpadków, resztek po zdezelowanych łodziach i wszechpanującego brudu. Na szczęście nie udało mu się również uchwycić niektórych zapachów. Któryś z kilku, europejskich zapewnie, pasjonatów dbających o środowisko i przyszłość wyspy postawił rybakom na plaży niebieskie toalety. Nie korzystają z nich.

Idę dalej będąc zaczepiany co rusz bądź to pozdrowieniami i pytaniami skąd jestem, bądź to ofertą kupna dosłownie wszystkiego, od kart telefonicznych po szklane paciorki, bądź wprost prośbą o pieniądze. Dzieciaki pchają się przed obiektyw i potem rzucają hasło, jedyny zwrot który wszystkie potrafią po angielsku: give me money!

Architektura kolonialnego miasta zachwyca swoim kolorytem i atmosferą. Poraża stanem, w jakim się znajduje. Na piętnaście tysięcy mieszkańców wyspy tylko kilka tysięcy mieszka w starym mieście, reszta w przyległych wioskach. Natomiast jak mieszkają ci w pozostałościach budynków, które często są już tylko ruiną, doprawdy jest nie do opisania. Kiedy zza sterty gruzu i resztek muru wyłania się kobieta z dzieckiem przewieszonym w capulanas przez plecy, odnoszę wrażenie, że tylko przechodzi. Ale widzę za nią rozwieszone pranie i dziurę w resztach muru za którą stoi szary stół zawalony naczyniami i innymi gratami. Kobieta siada na progu ruiny, stawia przed sobą mały plastikowy pojemnik z węglem drzewnym i czeka na kupca. Cały dzień.

Trudno jest mi przejść obojętnie obok tak marnowanego dobra, perły afrykańskiej i światowej architektury o którą nikt nie dba. Niektórzy czarnoskórzy rozmówcy twierdzą, że wyspę uratuje UNESCO dając pieniądze na jej odnowę. Nikt nie jest w stanie dać pieniędzy na odnowę całej wyspy, jedynie na wybrane obiekty. O resztę uszą zadbać lokalne władze i jej mieszkańcy. A tego nie widać.

Afrykańską mentalność podkreślają jej biali mieszkańcy: They don’t care. Liczy się tylko tu i teraz. Co będzie jutro? Niech się martwią następni. Dzisiaj wyciągniemy jeszcze trochę od turystów. Czy od zapaleńców, jak Gabriele. To włoski architekt u którego mieszkam. Kupił za kilka tysięcy euro zupełną ruinę, odbudował, odrestaurował w kolonialno-afrykańskim stylu własnymi rękami. Dzisiaj, po kilku latach, nie jest pewien czy nie straci wszystkiego przy machlojkach nowych władz wyspy. Liczy się z tym, ale nie chce opuszczać Mozambiku. Już kupił nową ziemię i posiadłość nad zatoką poza wyspą. Na wszelki wypadek.

Zostawiając dywagacje poza sobą wędruję dalej podziwiając kolejne perły, jak okazały budynek ciągle funkcjonującego szpitala z potężnymi schodami wychodzącymi na plac ozdobiony wielkimi drzewami na których, jak i na białych filarach bram szpitala, jaskrawą czerwoną farbą namalowano wielkie czerwone wstążeczki, symbol walki z AIDS. Zaraz obok stoi biały budynek wzorowany na portugalskich kościołach. Kilka okolicznych kamienic oparło się dziejowym zawieruchom. Jedną z nich wykorzystał i odnowił bank, stawiając również bankomat. Nie zawsze z pieniędzmi, jak to w Afryce.

Po południu Eto pokazuje mi kilka magicznych miejsc wyspy, w tym niezwykłą bramę do dawnego domu portugalskiego żeglarza Vasco da Gama, którą ten wraz z kilkoma kamiennymi ozdobami, które upiększają portal, przywiózł z Indii. Dalej oglądamy bordowo-czerwony Pałac i Kaplicę Sao Paulo mieszczące informację turystyczną i muzeum z ciekawymi wnętrzami z epoki oraz stojący przed nimi pokaźny pomnik Vasco da Gama. Opodal znajduje się znany już mi kościół Misericordia i nieczynne z uwagi na remont Museu do Arte Sacra.

Chwilę odpoczywamy w cieniu arkad pobliskiego hoteliku z basenem popijając zimne soki owocowe. Wędrujemy dalej ciasnymi, krętymi uliczkami do pierwszego w Mozambiku meczetu, fantazyjnej bramy dawnego portu czy potężnej portugalskiej fortecy Sao Sebastiao, do której przylega ulubiona przez miejscową śmietankę towarzyską plaża z knajpką. Za 250 Mt wykupuję wstęp dla nas dwojga do fortu i kaplicy. Ogromny obiekt okraszony wieloma żeliwnymi armatami pełen jest ciekawych rozwiązań, jak „olimpijski” w swoich wymiarach basen z wodą deszczową zbieraną przez dachy budynku służącą do gotowania, picia, prania czy mycia się. Dzisiaj nadal służy miejscowym, ale już tylko jako zbiornik wody do prania czy mycia się. Nikt o niego oczywiście nie dba. W forcie oprócz pomieszczeń dla wojska i oficerów, kuchni i tym podobnych budynków znajduje się kościół, sala gimnastyczna z resztkami sprzętów czy usytuowana na skalnej skarpie nad zatoką, zaraz za murami fortecy niewielka, nadzwyczaj malownicza kapliczka o ciekawym surowym wnętrzu i sklepieniu z krzyżem templariuszy. Zaraz obok znajduje się miejsce straceń wrogów portuglskich kolonizatorów, głównie żołnierzy holenderskich, z którymi toczono zawzięte bitwy o panowanie w tym rejonie Afryki.

Wędrujemy wschodnim nabrzeżem wyspy w stronę widniejącego w oddali, na południowym cyplu, białego kościoła Santo Antonio stojącego przy zatoczce z wioską rybacką, gdzie trwa ożywiony ruch przy wyładunku przypływających łodzi, czyszczeniu sieci, pichceniu wieczornych potraw czy grze w tradycyjną afrykańską grę bawo zbliżoną do naszych warcabów. Tłumek tubylców siedzi na plaży czy progach swoich domostw. Dziesiątki dzieciaków biegają dookoła, towarzysząc nam w spacerze, popychając patykami zdezelowanie obręcze rowerowych kół czy ciągnąc własnej drucianej konstrukcji pojazdy na prowizorycznych czterech kołach.

Zachód słońca podziwiam już samotnie z tarasu usytuowanego na dachu Casa de Gabriele z którego niemal ręką sięgnąć można po wieżyczki zielonego meczetu. Z drugiej strony ponad lichymi dachami przylegającej wioski biało świeci budynek szpitala i białej „kościelnej” kamienicy. Lampka zimnego białego wina smakuje nadzwyczaj znakomicie.

Na dole czeka przygotowana na włoską modłę pasta z owocami morza przyrządzona przez mojego gospodarza, 35-letniego Gabriela. Architekta, który bardzo chciałby przywrócić Ilha do świetności ratując i przeprojektowywując dla prywatnych inwestorów to, co z malowniczych czasów kolonializmu portugalskiego jeszcze pozostało. Oby jego i jemu podobnych wysiłki nie poszły na marne, bo miejsce jest doprawdy magiczne.

I jeszcze taki obrazek: podchodzi do mnie pracownik casa, wyciąga z kieszeni 100 Kwacha (waluta Malawi) i mówi, że zamieni na Meticais. – OK., ile chcesz za nie?- 500 Meticais – pada odpowiedź. Trochę się dziwię, bo wynika z tego że Kwacha stoi wyżej niż Rand południowoafrykański, co jest prawie niemożliwe, ale kto wie. Mówię, że sprawdzę kurs i jutro dobijemy targu. Okazuje się, że 100 Kwacha warte jest około 20 Meticais. Tyle proponuję rano. Bierze zadowolony. Chciał, w przeliczeniu, 50 złotych, dostał 2 złote i okiem nie mrugnął. O co chodzi? Niektórzy biali mieszkańcy Afryki mówią, że czarni nie potrafią liczyć. Inni, że liczą jak im akurat pasuje. I chyba ci drudzy mają rację. Dodałbym, że liczą również, iż uda im się co nieco naciągnąć białego (turystę). I często się udaje.

info

Na wyspie jest bank i bankomat. Nie zawsze działajacy z uwagi na brak gotówki w jego wnętrzu.

noclegi

Warto się wysilić i poszukać "klimatycznego" miejsca. Bo są takie. Ja polecam www.patiodosquintalinhos.com – Casa de Gabriele.

transport

Wyspa Mozambik oddzielona jest od stałego lądu szeroką na kilka kilometrów cieśniną, ponad którą przerzucono wąski most. Na moście odbywa się wahadłowy (zatoczki) ruch samochodowy, droga zamknięta jest dla ciężarówek i autobusów.

warto wiedzieć

W czasach przedkolonialnych wyspa była posterunkiem handlowym dla suahilijskich kupców z Zanzibaru i uczestniczyła przez to w afrykańsko-azjatyckiej wymianie towarów.

Pierwszym Europejczykiem, który dotarł na wyspę, był w 1498 roku Vasco da Gama. W 1506 roku wyspę wraz z istniejącym tu miastem zajęli Tristão da Cunha i Afonso de Albuquerque. Ten ostatni w 1508 roku wzniósł na północnym krańcu wyspy fort São Sebastião.

Dzięki swojemu dogodnemu położeniu wyspa była przez wiele wieków centrum handlu niewolnikami na drodze do Indii. Miasto Mozambik było stolicą i jednym z najważniejszych portów morskich Portugalskiej Afryki Wschodniej. Pod koniec XIX wieku miasto Mozambik było siedzibą gubernatora generalnego oraz biskupstwa. W czasach największej świetności miasta istniał tu pałac gubernatorski, a także katedra, posterunek celny, arsenał i faktorie kupców różnych narodowości.

wikipedia.org

Ze względu na bogactwo zabytków z czasów kolonialnych w 1991 roku wyspę wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nauczyli się, że turyści to dawcy pieniędzy. I wykorzystują to do granic wytrzymałości. Zmora (ew. bankructwo) dla fotografów.

bezpieczeństwo

Wyspa bezpieczna jest o każdej porze dnia i nocy. W każdym miejscu.

Autor: jp
Sklep online
FERIE 2012: Bydgoszcz - ZIMA W MIEŚCIE - kalendarium

FERIE 2012: Bydgoszcz - ZIMA W MIEŚCIE - kalendarium

godz. 16:45 Środa 8.2.2012 Autor: P.M.

FERIE 2012: Poznań - atrakcje

godz. 13:50 Środa 8.2.2012 Autor: Zuzanna Jakubowska

WARSZAWA: W Muzeum Sztuki Nowoczesnej otwarto kino

godz. 10:34 Środa 8.2.2012 Autor: P.M.
999 zł za 5-dniowy pobyt w Willi Raj w Nałęczowie ...
Kiedy: do 14.02.12
Cena: 999 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
MOZAMBIK

Stolica: Maputo Waluta: new metical (MZM) 1 MZM = 100 centavos Język urzędowy: portugalski Inne: angielski, języki grupy etnicznej Bantu

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Portale typu couchsurfing i hispitality club pozwalają na poznanie ludzi z całego świata i świetną zabawę. Dają też możliwość darmowych noclegów w różnych zakątkach świata.

Kórędy jechać, jaki kierunek wybrać, gdzie szukać noclegów, czyli jak dobrze zaplanować trasę rajdu rowerowego

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Cochsurfing - sposób na ...

Portale typu couchsurfing i hispitality club pozwalają na poznanie ludzi z całego… więcej

Planowanie trasy rajdu rowerowego ...

Kórędy jechać, jaki kierunek wybrać, gdzie szukać noclegów, czyli jak dobrze zaplanować… więcej

PODRÓZE

Praga - weekend bez tłumów + sprawdzone czeskie restauracje; Polska - Beskid Śląski na ferie czyli narty, kuchnia i folklor + najlepsze trasy na

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line