W 2oo7/2008 przemierzyłem z plecakiem południowo – wschodnią Afrykę. Siedem krajów w cztery miesiące: RPA, Lesoto, Suazi, Mozambik, Malawi, Tanzania i Zanzibar. Cape Town. Tu był mój start. Mety nie znałem.
10.05.2008Wyruszam przed zmierzchem by w zachodzącym słońcu sfotografować stojącą opodal wioski charakterystyczną górę Qiloane (taką nazwę napisał mi mazakiem miejscowy chłopak na moim termosie), kształtem i niezwykłym zwieńczeniem podobną do słomianych nakryć głowy typowych dla Lesotho. No i zdobyć niezdobytą.
Nikt nie sprawdza mojego biletu, nie ma też niezbędnego podobno przewodnika. Są wszechobecne małe jaszczurki, które zmykają na mój widok. W szybko szarzejących resztkach dnia wspinam się kamienną drogą w stronę rosnących w moich oczach skał. Droga zmienia się w niewyraźną ścieżkę wijącą się coraz bardziej stromo wśród rumowisk. Jedna jej odnoga biegnie w stronę widocznych z dołu dwóch potężnych bloków skalnych z przytwierdzonymi masztami na których nie powiewa żadna flaga. Sprawdzam ją. Ruin twierdzy ciągle nie dostrzegam, jedynie maleńki fragment przypominający kawałek ściany murzyńskiej kamiennej chaty. Jedno jest pewne. Widok na okoliczne góry i chmury rozświetlone czerwonymi promieniami słońca które schowało się za widnokrąg jest fantastyczny. Wracam do rozwidlenia i podchodzę na wieńczący górę płaskowyż z symetrycznie ułożonymi kamieniami. Na jednym dostrzegam wyryte znaki. W głębi ciemnego już plateau majaczą fragmenty rozsypujących się małych kamiennych budowli. Za późno już, by się zapuszczać głębiej, tym bardziej, że góra kończy się ze wszystkich niemal stron kilkudziesięciometrowymi urwiskami. Siadam nad jednym z nich. Ogrom przestrzeni jest po prostu powalający! Góra urosła do niebotycznych rozmiarów. Wydaje się, że siedzę blisko gwiazd błyszczących tuż nad moją głową i z niezwykle wysoka spoglądam na ziemię. Z dołu dochodzą odgłosy kładącej się do snu wioski, porykiwanie osła, cykady kontynuują swój koncert, wtórują im głośnym chórem żaby z pobliskiego jeziora. W dali, na tle jednej z gór migoczą światła Maseru. Można by tak siedzieć i siedzieć. Ale kto znajdzie w hebanowej nocy drogę w dół…
Pod czarną nieoświetloną, jak to w Lesotho, informacją turystyczną natykam się na czarnego w czarnym mundurze ochroniarza. Aż dziw, że się z nim nie zderzyłem. Rozmawiamy chwilę murzyńskim angielskim o tym i o owym, aż w końcu tłumaczy mi, że resztki budowli, które dostrzegłem to nie pozostałości twierdzy a budynki misjonarzy, którzy w XIX wieku jako pierwsi wykorzystali kamień jako budulec domów. Przed nimi tubylcza ludność budowała swoje okrągłe chaty z patyków i drewna łączonego gliniastym spoiwem. Bogatsze siedziby składają się z dwóch budyneczków, okrągłego w którym na ogół mieści się kuchnia wspólna z miejscem do jedzenia i prostokątnego, będącego połączeniem sypiali z pokojem dziennym.
Postanawiam sprawdzić resztki budowli tym razem o wschodzie słońca. Poranne lekko przymglone światło pięknie rysuje okolicę. Góry o nadzwyczajnych kształtach, dziesiątki małych wąwozów, doli i dolinek wyrzeźbionych misternie przez wodę w żółtej glebie terenów przylegających do jeziora czy przepływającej rzeki, wioski o okrągłych chatach przyklejone z jednej strony do gór a otwarte na pola uprawne z drugiej. Odwiedzam ruiny domów misjonarzy, siadam pod starym drzewem przez nich posadzonym, zaglądam do otoczonych wielkimi agawami pustych wnętrz, z plączącymi się tu i ówdzie resztkami ludzkiej bytności. Powiewa historią i nostalgią. A moja magiczna, piękna góra Thaba Bosiu, miejsce które głównie za sprawą króla Moszesze zjednoczyło lud Basotho, jest w świetle budzącego się dnia wyraźnie mniejsza…
Maseru mnie jednak nie minie. Po prawie dwugodzinnym bezskutecznym oczekiwaniu na jakikolwiek pojazd w kierunku na wioskę osadzoną w skalnych grotach, Kome Caves, zmieniam marszrutę i ląduję w stolicy Lesotho, węźle komunikacyjnym kraju. Wita mnie rozbuchane nadzwyczaj głośną muzyką wydobywającą się z wystawionych na ulicę wielkich głośników, okrzykami sprzedawców, klaksonami taksówek i autobusów, pokrzykiwaniami dzieciaków miejskie targowisko i coś na kształt dworca taksówkowo-autobusowego. Kilkanaście uliczek dosłownie zawalonych wszystkim, co da się sprzedać i dymiącymi garkuchniami czy grillami z lokalnymi specjałami wciśniętymi w ten kosmiczny harmider zaczynający się we wnętrzach setek sklepików a kończący się już nawet nie na koślawym chodniku, a wprost na rozpostartych na ulicy gazetach, skrzynkach czy kartonach. Krajobraz jak po wybuchu bomby z bałaganem.
W poszukiwaniu banku ląduję na szczęście w „downtown”, jak określają to miejsce tubylcy, co dosyć mocno zmienia mój obraz Maseru. Czysto (jak na standardy afrykańskie), normalne sklepy, kilka fajnych knajpek i parę kafejek internetowych. No i niezwykle obszerna, umieszczona w wielkiej budowli stylizowanej na krytą strzechą chatę, dobrze zaopatrzona informacja turystyczna. Lunch spożyty w wygodnej sofie w umieszczonej na pierwszym piętrze (trudno znaleźć wejście, ale warto poszukać) przy Kingsway, głównej ulicy miasta, Good Times Cafe nastawia mnie zdecydowanie pozytywnie do miasta. Mają tu również prawdziwe torty, pierwsze i ostatnie jakie widziałem (i oczywiście skosztowałem) w tej części Afryki.
Następnego wczesnego ranka (ascetyczne ale tanie spanie, 80 Randów, w Anglican Centre) ze znajomego mi bałaganu porywa mnie (dosłownie, bo autokar już ruszał) autobusowy naganiacz i bileter. Wszystkie miejsca są zajęte, usadza mnie z plecakami na wielkiej pokrywie silnika tuż obok kierowcy. Oprócz biletu kupuję od niego za 10 Randów rastafariańską bransoletkę, która zdobiła przegub jego dłoni. Zostały mu żółto-czerwono-zielone sznurówki. Kierunek Butha Buthe, prawie 150 km, pierwsza górska twierdza Króla Moszesze. Po przesiadce do minibusa ląduję w kolejnym koszmarze afrykańskiej małomiasteczkowej struktury. Po dłuższych poszukiwaniach i wędrówkach w kurzu i upale (odpuszczam miejscowy hotelik, bo tchnie nocną awanturą ponurego baru) znajduję kąt do spania (150 Randów ze śniadaniem) w surowym budyneczku Motlejoa Lodge, ale z dala od centrum. Jeszcze tego samego popołudnia po kilkunastominutowych instrukcjach czarnoskórych gospodarzy jak dotrzeć do mojego celu, wyruszam w kierunku widocznej jak na dłoni góry, która mieści warownię.
Przekraczam główną drogę na Mokhotlong i na skróty przez łąki i pola, po kosultacji z kolejnymi czarnoskórymi mieszkańcami tej krainy, idę w kierunku na sławną górę. Trasę przecina mi jar ze strumieniem, który po ostatnich opadach przybrał rozmiary rzeki nie do przekroczenia. Wracam na drogę. Dookoła przez wioskę, gdzie towarzyszy mi zgraja roześmianych kilkuletnich przewodników, zaczynam wspinać się w kierunku wytyczonym wskazówkami maluchów, które boją się kilkusetmetrowej (od podstawy) góry i zostają u jej podnóża. Kilkudziesięciominutowe kluczenie i wytyczanie własnego szlaku (nie ma tu żadnego oznakowania) owocuje zdobyciem twierdzy, którą jest grota z niewielkim usypanym kamieniami mure usytuowana nieopodal szczytu góry. Tuż obok szumi skalny wodospad. Według relacji tubylców twierdza Króla Moszesze składała się z dwóch jaskiń, w jednej, od frontu, przebywali mężczyźni i wojownicy, w drugiej, schowanej w głębi wijącej się góry, schronienie znalazły kobiety i dzieci. Słońce chowające się za sąsiednimi górami nakazywało odwrót. Pozostała mi już tylko kontemplacja pięknych widoków rozciągających się dookoła i wsłuchiwanie się w muzykę i śpiewy dochodzące z którejś z okolicznych wiejskich chat.
Ostatnie z istotnych miejsc na moim szlaku związanych z Królem Moszesze (żył w latach 1824 – 1870) to groty Lipofung oddalone od Butha Buthe o pół godziny jazdy. I od razu przyznam się, ze uciekłem (zapłaciwszy za noc, mówiłem, że zostanę na dwie) z Motlejoa Lodge, by zostać na dłużej w turystycznej murzyńskiej chacie usytuowanej w powstającym kompleksie przy grotach (100 Randów za noc). Wprawdzie bez wyżywienia i prądu, przy świecach i lampie naftowej, ale za to w sąsiedztwie wysokich gór Drakensberg, płynącej dołem rzeki Hololo, wiejskich chat oddalonych o kilkaset metrów od grot i absolutnej ciszy migoczących nad głową gwiazd. Jedynym towarzyszem był czarnoskóry stróż, który przychodził ze wsi na nocną zmianę. Super miejsce.
Groty Lipofung, wstęp 15 Randów, niewielki rezerwat przyrody obejmujący jedynie 4 hektary, są w rzeczywistości potężnym „przewieszeniem” wyrytym przez wodę w piaskowcu. Pierwotnie zamieszkiwane przez ludy San (Buszmeni) i inne plemiona Ery Kamiennej, ozdobione licznymi ważnymi ze względów artystycznych i poznawczych malowidłami naskalnymi, zajmują ważne miejsce w historii Lesotho. Znaleziska archeologiczne to między innymi kolorowe przedmioty wykonane z opalizujących nadrzecznych kamieni, kości czy muszli. Grot używał wielokrotnie jako schronienia w początkach XIX wieku król Moszesze, zwany Wielkim, podczas pobytów w tej części królestwa. W trakcie jednego z nich (w 1840 roku) towarzyszył mu misjonarz Thomas Arbousset, który szczegółowo opisał wygląd grot z tego okresu.
Zaopatrzeniem wiejskiego sklepiku były, jeśli chodzi o wyżywienie, głównie biskwity. Również jajka i pieczywo. Młody czarny sprzedawca, po drugiej mojej wizycie już przyjaciel, z przepastnej chłodni wyciągnął mi coś, co było beztłuszczową wędliną (?) w kostce, miało różowawy kolor, więc pewnie była to mielonka. Dokupiłem cebulę i dwie puszki zimnej fanty. Piwo już się skończyło, sprzedawca obiecał zostawić mi w lodówce na jutro popołudniu. Jeszcze garść cukierków dla wiejskich dzieciaków, które były zapłatą za zrobione zdjęcia. W owoce (ananas i banany) zaopatrzyłem się u przydrożnych sprzedawczyń. Za wszystko zapłaciłem około 45 Randów, 15 złotych. Wróciłem do swojej „chaty” i w kuchni z palnikami i wielką butlą gazową upichciłem na obiad wielką jajecznicę z cebulą na mielonce, którą musiałem długo zeskrobywać ze ścianek wątłej patelni. Na deser soczysty ananas, palce lizać.
Następnego dnia po „śniadaniu Małysza”, bułka i banany, wyruszyłem na podbój góry z usytuowaną na niej Hydro Power Station, wysyłającą energię elektryczną do sąsiedniej RPA. Na miejscu jest zbędna. Konstrukcję widać z drogi Butha Buthe – Lipofung po jej prawej stronie (dobrze oznakowane jaskinie s po lewej). Po przemarszu przez „swoją” wioskę z niekończącymi się powitaniami z jej mieszkańcami i tłumkiem dzieciaków u boku, wkroczyłem na asfalt by po kilku kilometrach malowniczej drogi z widokami na góry, wodospady i murzyńskie chatki skręcić w lewo w ścieżkę prowadzącą przez kolejną wioskę w stronę elektrowni. Dochodzę do grani z której doskonale widać całą „elektryczną” górę zwieńczoną betonową konstrukcją, rzekę płynącą dołem zamkniętą tamą tworzącą spory zbiornik wodny i asfaltową drogą, która chowa się w tunelu wydrążonym w masywie. Całość robi całkiem imponujące wrażenie. Stromą ścieżką schodzę w stronę mostku na rzece i znów wspinam się polami i łąkami w górę. Kobieta z trójką dzieciaków orze ziemię za pomocą pługa ciągnionego przez dwa dorodne byki, mały pastuch w towarzystwie wyleniałego chudego jak szczapa psa goni stadko krów, czarnoskórzy pasterze przepędzają stado owiec.
Znowu wiejskie zabudowania, końcowy przystanek mini busów i mały sklepik. Jeszcze kilkaset metrów i dochodzę do okazałego głównego budynku Hydro Power. Wita mnie strażnik ostrzeżeniem o zakazie fotografowania, gdy lufę obiektywu kieruję na budynek. Mówię, że jestem dziennikarzem z Polski i chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o inwestycji. Po kilku telefonach wprowadza mnie do biurowca, gdzie dowiaduję się, że centrum informacji o obiekcie znajduje się koło przystanku, gdzie pół godziny temu byłem. OK, najpierw zdobędę szczyt góry. Strażnik przy bramie mówi mi, że jest tu miejsce, którego nie obejmują kamery i żebym zrobił mu zdjęcie z karabinem. Się robi. Dokładam dla siebie budynek, już bez jego sprzeciwu.
Kolejne kilkadziesiąt minut i kamienną drogą wydartą górze docieram na jej szczyt „ozdobiony” industrialnymi elementami, kojarzącymi mi się, nie wiem czemu, z końcową sekwencją Seksmisji. Tyle, że na wschodzie nie ma żadnej cywilizacji. Są tylko góry, góry i góry. Dookoła. Piękne, malowane światłem słońca przeświecającego przez nisko zawieszone chmury. Krajobraz wart żmudnej wspinaczki.
Po drodze w dół odwiedzam centrum informacji, gdzie nie otrzymuję takowej, jedynie kilka wiekowych broszurowych kolorowych wydawnictw. Głośną muzyką zwabia mnie w nadziei na jakiś posiłek sąsiedni bar ze słomianymi parasolami na zewnątrz. Wewnątrz zastaję korpulentną barmankę obwieszoną mnóstwem okazałej biżuterii oferującą jedynie piwo i inne alkohole. Plus rozbawioną śmietankę wsi. Przez łoskot głośników krzykiem zamawiam napój chłodzący, wynoszę go na zewnątrz, gdzie bardzo rozmowny tubylec, mimo braku znajomości angielskiego, z kilku połamanych plastikowych krzeseł buduje mi jedną konstrukcję zdolną jako tako utrzymać moją osobę w pozycji siedzącej.
Wracam do siebie busikiem ciesząc się ciszą i spokojem miejsca. I zimnym piwem zachowanym przed miejscowymi w otchłani lodówki przez sympatycznego sklepikarza. Prosi tylko o konieczny zwrot butelki. Na kolację powtarzam wczorajsze menu. Przecież za pierwszym podejściem przeżyłem murzyńską mielonkę.
Lesotho opuszczam przez niezwykle malowniczą przełęcz Monantsa. Kilkugodzinny przejazd z pobliskiego do Lipofung Qalo odbywam we wnętrzu ciężarówki dostarczającej pieczywo do wiosek na trasie. Zasypiający za kierownicą Murzyn, skasował mnie niegodziwiec za stopa 30 Randów mówiąc, że jedzie na samą przełęcz, zatrzymuje się co strumień, by polać głowę orzeźwiającą zimną wodą. Mozolnie wspinamy się serpentynami kamienn pyłowej drogi nadającej się praktycznie jedynie dla kierowców pojazdów napędzanych na 4 koła i nie cierpiących na lęki wysokości. Kontroluję kontem oka, czy mój kierowca nie zasnął na dobre. Z ulgą witam stwierdzenie, że skręca w prawo a do granicy mam już bardzo blisko. I coś na pewno złapię. Trafia się offroadowa murzyńska taksówka. Nie przypuszczałem, że spotka mnie powiedzenie „z deszczu pod rynnę”. Rozbawiony Murzyn gna szutrowymi wybojami dobrze ponad 100 km/godzinę przeganiając z drogi tubylców i liczne domowe zwierzęta przeraźliwym klaksonem śpiewając murzyńskie piosenki do wtóru odkręconych „na maxa” głośników, zapalając gasnącego co rusz skręta, pachnącego zakazanym zielskiem. I wcale nie było to tak blisko.
Z jeszcze większą ulgą przywitałem posterunek graniczny, gdzie funkcjonariusze po dłuższych konsultacjach wkleili mi kolejną miesięczną wizę do RPA (termin poprzedniej minął kilka dni wcześniej). Warunkiem otrzymania nowej wizy było wkroczenie do RPA innym przejściem granicznym z Lesotho, niż je opuściłem. Za pół godziny znalazłem się w południowo afrykańskim Witzieshoek, posiadającym również nieskomplikowaną tubylczą nazwę Phuthaditjhaba, pojawiającą się na drogowskazach. Stąd już tylko kawałek do parku narodowego Golden Gate Highlands National Park w górach Drakensberg. Mojego kolejnego przystanku w Afryce.
Jerzy Pawleta
Lesotho, 2007-12-08
www.jpfoto.pl
Od XIX wieku, czyli od czasu króla Moszesze Wielkiego (Moshoeshoe I), który zjednoczył ludy górskiej krainy, Lesotho jest niepodległą monarchią konstytucyjną (nie licząc stuletniej aneksji dokonanej przez Anglików). Głową państwa jest król (monarchia dziedziczna).
Lesotho zamieszkuje około 2 milionów ludzi, co daje średnią gęstość zaludnienia ok. 67 osób na kilometr kwadratowy. Ale pewnie 1/4 ludności mieszka w stolicy, Maseru.
Lesotho zamieszkuje około 2 milionów ludzi, co daje średnią gęstość zaludnienia ok. 67 osób na kilometr kwadratowy. Ale pewnie 1/4 ludności mieszka w stolicy, Maseru.
Dobra wiadomość przed wakacjami: tańszy roaming w krajach UE
godz. 04:45 Niedziela 27.5.2012 Autor: podróże.plPodziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!
Stolica: Maseru Waluta: loti (LSL) 1 LSL = 100 lisente Języki urzędowe: angielski, soto
Lokalny czas
Niezbędne informacje
więcejCZYTAJCIE NAS
Wywiad z Rafałem Milachem ...
Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej
Wywiad z Rafałem Milachem
Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej
Samochodem po Europie - ...
Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej
2 lata w podróży ...
158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej
Tagi
- W serwisie:
- Kierunki
- Aktualności
- Wasze Wyprawy
- Forum
- Poradnik
- Kuchnie Świata
- Murator S.A:
- O wydawnictwie
- Kontakt do serwisu podroze.pl
- Redakcja miesięcznika Podróże
- Reklama
- Licencje
- Regulamin serwisu
- Sklep on line
- Serwisy internetowe:
-
- Dom i ogród:
- Muratordom.pl
- Forum.muratordom.pl
- Projekty.muratordom.pl
- Muratorfinanse.pl
- Urzadzamy.pl
- Wymarzonyogrod.pl
- Muratordom.com.ua
- Architektura i budownictwo:
- Muratorplus.pl
- Architektura.muratorplus.pl
- Tuznajdziesz.pl
- Hobby i wypoczynek:
- Podroze.pl
- Zagle.com.pl
- Poltrip.pl
- Zdrowie i rodzina:
- Poradnikzdrowie.pl
- Dlarodzinki.pl
- Dzieckozakupy.pl
- www.Mjakmama24.pl
- Rolnictwo:
- Rolnictwoonline.pl
- Wideo:
- Jestem.pl
- Porady:
- Mowimyjak.pl
- Rozrywka informacje:
- Se.pl
- Seusa.info
- Eska.pl
- Eskarock.pl
- Voxfm.pl
- Radiowawa.pl
- Fabrykamuzy.pl
- Gwizdek24.pl
- Superauto24.pl
- Zakupy:
- Zakupy.muratordom.pl
- Zakupy.urzadzamy.pl
- Zakupy.wymarzonyogrod.pl
- Zakupy.poradnikzdrowie.pl
- Zakupy.zagle.com.pl
- Supertanio.pl
- Wgrupiekupie.pl
- Sklep on line
- Miesięcznik:
- Murator
- Dobre wnętrze
- M jak mieszkanie
- Moje mieszkanie
- Podróże
- Żagle
- Zbuduj dom
- Architektura
- Zdrowie
- M jak mama
- Sklep on line

