okazje

To było spełnienie marzeń za naprawdę niewielkie pieniądze, więc posłuchajcie :)

29.01.2009

08–13.01.2004

Podróż pod nasz Cel upłynęła spokojnie i bez niespodzianek. W Santiago de Chile było lato (33ºC w cieniu) i wspaniały park miejski na kilku bardzo stromych wzgórzach z kolejką jak na Gubałówce, ZOO, basenami i mnóstwem innych atrakcji (szczególnie dla dzieci), a także niezłe jedzenie w knajpie na rogu. Były też równie liczne, co zdecydowanie zbyt obfite w kształtach przedstawicielki płci w nie do końca – w ich przypadku – przemyślany sposób zwanej „piękną”.

Chile (przynajmniej stolica) wygląda na kraj nieco biedniejszy od Polski, jest

Przeczytaj koniecznie: Argentyna: Aconcagua – dach Ameryk
sporo bezdomnych (ale mają chyba jednak nieco lepsze niż u nas warunki bytowania, bo jest cieplej), a ceny są trochę wyższe niż nad Wisłą. Natomiast na każdym kroku spotyka się policję i innych mundurowych, więc jest raczej bezpiecznie. Tym bardziej, że zdają się oni wypełniać swoje zadanie obserwacji, a nie czepiania się cudzoziemców w nadziei wyłudzenia łapówki, jak to jest np. w Rosji. Co ciekawe, każdy mundurowy – nawet strażnik w Ogrodzie botanicznym – nosi broń palną. Przykładowo w supermarkecie jest ich kilkunastu, stoją na podwyższeniach i bacznie obserwują salę.

W Santiago udało nam się zaobserwować kilka niesamowitych rzeczy. Po pierwsze pewien gatunek drzewa, który byłby zwyczajny, gdyby nie korzeń, który jest bardzo płaskim stożkiem otaczającym nasadę pnia. Coś jak betonowa podstawka pod ogrodowy parasol, tylko o średnicy 2-3 metry. Inna ciekawostka to wagoniki metra na kołach zaopatrzonych w normalne opony! A propos opon, to w Santiago jest chyba najwięcej autobusów miejskich na świecie. Na większych ulicach właściwie nie ma chwili, żeby nie mieć w polu widzenia co najmniej trzech. Widzieliśmy np. taki obrazek: ulica o 4 pasach ruchu, a przed skrzyżowaniem na każdym z nich stoi autobus... Ale dzięki temu nawet o północy wcale nie czekaliśmy - po prostu wsiedliśmy. Co kraj to obyczaj... No i jest jeszcze słońce zasuwające w druga stronę! W sumie jednak miasto jest hałaśliwe i raczej męczące, więc z ulgą wsiedliśmy w nocn autobus do Mendozy.

Argentyna przywitała nas pustynnymi miasteczkami ze sztucznie utrzymywanymi przy życiu rachitycznymi drzewami przypominającymi topole oraz górami ze skałą w niemal wszystkich kolorach tęczy, od dolomitowej żółci, poprzez szarość, brąz, rdzawą czerwień i malachitową zieleń, po ponury sino-niebieski i niemal zupełnie czarny. Góry olśniewały zresztą nie tylko barwami, ale przede wszystkim nagromadzeniem szczytów i ścian, jakiego nigdy dotąd nie widzieliśmy.

W stolicy Provincia de Mendoza wykupiliśmy za – bagatela – 300 USD od osoby pozwolenia na atakowanie szczytu w siedzibie Parque Provincial Aconcagua (znajduje się ona w Parku Miejskim, też ładnym, choć nie tak imponującym jak w Santiago). Po dograniu na miejscu sprawy wynajmu mułów do transportu części bagażu do bazy Plaza de Mulas (za dwa zapłaciliśmy 130 USD) wsiedliśmy w autobus do Los Penitentes (ok. 2600 m. n.p.m.). Tam z kolei okazało się, że nie ma zasięgu komórkowego i prawdopodobnie nie będzie aż do powrotu do Chile (w Argentynie nie udało nam się w końcu ani razu wysłać SMSa ani zadzwonić, dziwne, bo Tomek raz odebrał wiadomość, wiec jakaś sieć była!

Argentyna jest w ogóle dość dziwnym krajem – celnicy drobiazgowo przejrzeli bagaże Chilijczyków, a nam tylko sprawdzili paszporty. Czyżby się nie lubili? ;) Bo łapówkę na granicy wszyscy dali taką samą: kierowca autobusu zebrał „datki” od pasażerów (drobne kwoty, po ok. złotówce od osoby) i przekazał je właściwemu panu.

Inne dziwactwa: autobus tę samą trasę jedzie w jedną stronę 2, a w drugą 4 godziny. Na dworcu autobusowym każdą trasę obsługuje inna firma i nie ma ani wspólnego rozkładu jazdy, ani kasy biletowej. Ale za to taksówka przez pół miasta wielkości Częstochowy kosztuje ok. 5,5 PLN. Tania jest też benzyna – najdroższy gatunek jest po 2,6 PLN za litr. Poza tym litr piwa w knajpie w Los Penitentes kosztuje ok. 5 złotych, a zakąski do niego są przeważnie za darmo (choć raz się dość kosztownie nacięliśmy). Kto twierdził, że Argentyna jest drogim krajem (a byli tacy czarnowidze przed naszym wyjazdem), musi to odszczekać.

W ramach aklimatyzacji postanowiliśmy z Tomkiem spróbować wejść na jeden z wierzchołków położonych w pobliżu – Las Lenas, który ma ok. 4300 m i piękną skalistą sylwetkę. Niestety, przewyższenie rzędu 1800 metrów i trudności skalne dochodzące do III stopnia na wysokości 3600 m okazały się zbyt dużym wyzwaniem jak na jednodniową wycieczkę, zwłaszcza że trzeba by było tamtędy zejść i to bez liny i uprzęży. Mimo niepowodzenia wróciliśmy zadowoleni do obozu, a „porażkę” postanowiliśmy powetować sobie z nawiązką w najbliższych dniach.

Nazajutrz zwiedziliśmy jeszcze siarkowe źródła termalne w Puente del Inca oraz uraczyliśmy się w miejscowej restauracyjce bardzo smacznym, choć raczej nieegzotycznym (stek, frytki, sałatka, piwo) jedzeniem za naprawdę niewielkie pieniądze.

22.01.2004

Dudi i Marek wyszli do Alaski po zostawiony tam namiot i poszli spać do Nido. Tomek i ja – dzień bazowy.

 

23.01.2004

Dudi i Marek weszli z Nido do Berlina z planem noclegu i ataku nazajutrz, ale wieczorem Marek bardzo źle się poczuł z powodu wysokości i o 21 wykonali szybki odwrót na przełęcz. Tomek i ja – dzień bazowy.

 

24.01.2004

Pod wieczór weszliśmy z Tomkiem na Berlin, gdzie spotkaliśmy Dudiego i Marka, którzy dotarli tam ponownie z Nido raptem pół godzin wcześniej. Ja znów miałem lekką ślepotę śnieżną, ale tym razem już wiedziałem, że szybko minie i nurtowało mnie jedynie, jak jej zapobiec w przyszłości. W końcu okulary lodowcowe nosiłem bez przerwy od świtu do zmierzchu. Co jeszcze mogłem zrobić?

Okazało się, że mamy też wspólny problem: ktoś zabrał cały depozyt, który zostawiłem kilka dni temu w Berlinie. Jedzenia mieliśmy więc tyle, co kot napłakał (trzy zupki, ze cztery czekolady, cztery batony energetyczne i kilka marnych torebek herbaty. Gotując picie na atak parzyliśmy każdą z nich po kilka razy, a powstałą lurę mocno dosładzaliśmy znaleźnym cukrem (w szopie tej wiele osób zostawia niepotrzebne im już wiktuały i za takie musiał zostać uznany nasz depozyt, tylko czemu ktoś zabrał go razem z moim polarem?). Wreszcie o 22.30 poszliśmy spać.

25.01.2004

Do pierwszej z minutami nie mogłem spać z powodu kłopotów z oddychaniem. Zasypiając zwyczajnie (!?) zaczynałem się dusić! W sumie nic dziwnego, barometr pokazywał 445 hPa. Tlenu pewnie było ok. 40% tego, co na poziomie morza... Wreszcie zdecydowałem się wziąć dwie tabletki Dexamethazonu, które dość szybko pozwoliły mi paść w objęcia Morfeusza.

Pobudka o 4.30. Godzinę przed czasem, bo po obozie na cały głos nawoływali się jacyś Anglicy. Osobiście po kłopotach z zaśnięciem miałem ochotę ich walnąć, poprzestałem jednak na donośnym „Shut uuup”. No cóż, za mną 3,5 godziny snu przed atakiem zamiast siedmiu. Chyba nie tak miało być...

Kaszka na śniadanie smakowała nawet OK., ale z trudem ją w siebie wmusiliśmy (na tej wysokości generalnie nie chce się jeść). Dudi i Marek wyszli o 6.30, a my z Tomkiem o 7.10. Startując miałem wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony, a przecież prawdziwa walka jeszcze się nie zaczęła!

Pierwsze metry dały nam w kość stromizną i nierozchodzeniem. Na ok. 6000 Tomek zrezygnował z powodu powrotu kłopotów z oczami. Do poprzednich dolegliwości dołączyło rozmazane widzenie. Rzeczywiście, lepiej żeby nie ryzykował. Wziąłem jego aparat fotograficzny, termos i dalej poszedłem sam. Jeden odpadł, pozostało trzech...

O 8.00 spotkałem Dudiego i Marka na postoju w pierwszych promieniach słońca. Zrobiło się cieplej w stopy, ale zaczęło razić w oczy. W związku z tym podkleiłem dolną krawędź okularów (gdzie miałem nad policzkiem około milimetrową szczelinę) plastrem. Był to jedyny pomysł, na jaki wpadłem dla zwiększenia ochrony czu. Na szczęście okazał się skuteczny!

Aż do Camp Independencia (ok. 6400) szło się ciężko i bez poczucia „szczytowania”. Po prostu walka o metry: 10-20 powolnych kroków i minuta pauzy na wyrównanie oddechu. W Independencii Dudi powiedział „Tu już pachnie szczytem” – to zdanie dodało nam skrzydeł. Co nie przeszkodziło nam zrobić sobie niemal godzinny postój – zjedliśmy batona i poczekaliśmy na Marka. Umówiliśmy się z nim, że dalej idziemy każdy swoim tempem i spotykamy się na szczycie lub podczas naszego zejścia.

Powyżej Independencii do przejścia jest dwugodzinny trawers – bardzo wietrzny (ok. 80 km/h) i dość stromy, więc znów więcej staliśmy niż maszerowaliśmy. Za trawersem zrobiliśmy ponownie krótki postój, zostawiliśmy jeden z plecaków pod skałą (postanowiliśmy odciążyć Dudiego, który poczuł się gorzej od zmęczenia i wysokości) i ruszyliśmy na podbój słynnej Canalety. Jest to, moim zdaniem, bardziej kocioł niż żleb, a choć jego ściany są bardzo strome, to nam najbardziej dała w kość operacja słoneczna. W ciągu 10 minut zdjęliśmy gore-texy i bluzy pozostając w jednym polarze i czapce dla ochrony przed udarem. Temperatura w słońcu wynosiła orientacyjnie ok. 15-20 ºC.

Canaleta to około 2,5 godziny stromej ścieżki, gdzie marzeniom o tlenie nie dorównują nawet te o wygodnym łóżku. Walka idzie o każdy metr przewyższenia, a kolejne 5-10 kroków jest okupione długim dyszeniem na postoju. Szczyt cały czas zdaje się być na wyciągnięcie ręki, a jednak minuty dzielące odeń dziwnie rozciągają się w godziny.

Wreszcie o 15 znaleźliśmy się na grani i od razu jak grom poraził nas widok południowej ściany Aconcagua. Faktycznie jest niesamowita. Nawet bardziej niż na zdjęciach. Jeszcze 20 minut i nareszcie osiągnęliśmy SZCZYT! Nasz altimetr pokazał co prawda 6860 m, ale to najwyraźniej błąd pomiaru, bo krzyż i skrzynka z książką szczytową powiedziały wyraźnie, że weszliśmy na Dach Ameryk na 6962 m n.p.m.! Uściski i okrzyki, a nawet śpiew na bezdechu – to właśnie tam wyprawialiśmy. Taką euforię można przeżyć tylko w Górach. Było też co podziwiać. Oprócz Południowej Aconcagua największe wrażenie robił widok Cordiliera de la Ramada wraz ze zdobytym po raz pierwszy przez Polaków Mercedario. Fotki, wpisy do książki i zebranie kilku kamyków na pamiątkę zabrały nam w sumie ze 40 minut.

O 16 ruszyliśmy w dół. Po 20 minutach spotkaliśmy Marka, który nadal mozolnie piął się w górę. Szacunek! Sądziliśmy, że odpuścił!

Zejście było męczące, ale zajęło tylko dwie godziny. Wreszcie Berlin, mata, śpiwór i ciepła zupka. Natomiast Marek coś długo nie wracał, zaczęliśmy się już martwić, tym bardziej, że nie mieliśmy już na czym gotować (skończył się gaz) i nie mogliśmy nawet wyjść mu naprzeciw z termosem herbaty. Wreszcie o godz. 22 przyszedł – kompletnie wyczerpany, ale jednak OK. Aconcagua zdobyty! (Aconcagua to słowo wywiedzione z języka Inków, w którym oznacza :Kamiennego strażnika”. Stąd użyty przeze mnie rodzaj męski.)

26.01.2004

Tomek spędził noc na Nido, gdzie go spotkaliśmy ok. 9.30 podczas schodzenia. Zwinęliśmy namiot, który stał tam równo tydzień i z całym dobytkiem zjechaliśmy po piargu do Plaza de Mulas. Tym razem nawet to było wykańczające...

Nazajutrz zaplanowaliśmy zejście do Los Penitentes, a jeszcze tego dnia zjedliśmy pierwszy od dwóch tygodni normalny posiłek: kurczak z ziemniakami w sosie i piwo. W sumie po targach zapłaciliśmy po 14 dolarów od osoby. Zdzierstwo...

28.01.2004 – 2.02.2004

Trochę odpoczynku, trochę przygody. Między innymi zabawiliśmy się w spływ pontonem na Rio Mendoza – tak zwany rafting. Rzeka jest trudna (4+ w sześciostopniowej skali), więc zabawa była przednia, choć nie dla Marka, który spadł z łodzi i po odłowieniu nie miał już specjalnej ochoty kontynuować przejażdżki. Cena 55 USD od osoby. Wylegiwaliśmy się też trochę na plaży w Isla Negra w Chile, ale że pogoda była nieszczególna a ocean zimny, to wróciliśmy do Santiago, gdzie odwiedziliśmy jeszcze ponoć największy na świecie pchli targ. Noc spędziliśmy w schronisku u Scotta zwanym też SCS Habitat na San Vincente 1157 róg Av. Ramon Sobercaseaux. Polecamy je serdecznie, atmosfera wspaniała, a ceny niewygórowane (w przeliczeniu ok. 7 USD za nocleg ze śniadaniem). Schronisko jest naprawdę kultowe, więc z żalem udaliśmy się 1.02 na lotnisko, skąd nasz Airbus zabrał nas ku zimie...

Aconcagua okazał się przy dobrej pogodzie nie być specjalnie trudnym do zdobycia szczytem. Największy kłopot sprawiła nam znaczna wysokość nad poziomem morza i związane z nią niedotlenienie. Nawet dla dobrze zaaklimatyzowanej osoby, która spędziła kilka dni w bazie, a potem nocowała w kolejnych obozach, atak szczytowy to znaczny wysiłek. Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to góra wyłącznie dla zaawansowanych alpinistów, bo w zasadzie każdy człowiek o dobrej kondycji i, powiedzmy, alpejskim doświadczeniu trekkingowym może się z nią zmierzyć. Czy z sukcesem? To zależy od wielu czynników, a najważniejsze z nich to pogoda i zdolność aklimatyzacyjna organizmu. Dodam jeszcze z myślą o naszych potencjalnych następcach, że koszt całej wyprawy wyniósł w naszym przypadku ok. 6500 PLN od osoby, z czego nieco ponad połowę stanowiła cena biletu lotniczego z Warszawy do Santiago.

info

Oficjalną walutą Argentyny jest peso (ARS). Banknoty mają nominały 2, 5, 10, 20, 50 i 100 peso, bilon ma wartość 1 peso oraz 1, 5, 10, 25 i 50 centavos. Kurs peso argentyńskiego do walut wymienialnych jest zmienny i podawany na bieżąco przez argentyńskie banki i kantory.

 

Północna Argentyna zdominowana jest przez działanie klimatu zwrotnikowego gorącego i podzwrotnikowego, środkowa przez klimat umiarkowany ciepły, natomiast w południowej części kraju mamy do czynienia z kliamtem umiarkowanym chłodnym.

 

Oficjalną walutą Argentyny jest peso (ARS). Banknoty mają nominały 2, 5, 10, 20, 50 i 100 peso, bilon ma wartość 1 peso oraz 1, 5, 10, 25 i 50 centavos. Kurs peso argentyńskiego do walut wymienialnych jest zmienny i podawany na bieżąco przez argentyńskie banki i kantory.

 

Północna Argentyna zdominowana jest przez działanie klimatu zwrotnikowego gorącego i podzwrotnikowego, środkowa przez klimat umiarkowany ciepły, natomiast w południowej części kraju mamy do czynienia z kliamtem umiarkowanym chłodnym.

warto wiedzieć

Potrawy przyrządzane przez Argentyńczyków pachną ziołami, oliwą z oliwek. Do swoich potraw Argentyńczycy dodają niezliczone ilości przypraw, które powodują, iż potrawy te smakują jak te przyrządzane w innych częściach świata np. we Włoszech czy też we Francji.

 

Potrawy przyrządzane przez Argentyńczyków pachną ziołami, oliwą z oliwek. Do swoich potraw Argentyńczycy dodają niezliczone ilości przypraw, które powodują, iż potrawy te smakują jak te przyrządzane w innych częściach świata np. we Włoszech czy też we Francji.

Autor: rufcio
Sklep online
Z Krakowa do Rzymu za 304 złote
Kiedy: do 30.06.12
Cena: 304 zł
Więcej promocji

Podziel się wrażeniami i zdjęciami ze swoich wypraw, zamieść relację z wyjazdu i wygraj aparat fotograficzny Fujifilm FinePix XP30!

Zobacz inne konkursy
ARGENTYNA

Stolica: Buenos Aires Waluta: peso argentyńskie (ARS) 1 peso = 100 centavos Język urzędowy: hiszpański

Lokalny czas

GMT+1

Niezbędne informacje

więcej

CZYTAJCIE NAS

Wideo

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia aparatem analogowym, brać udział w konkursach, a także jak fotografować ludzi na ulicy.

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak przygotować bohatera do zdjęć i o tym czy sprzęt ma duże znaczenie.

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i ceny paliw w krajach europejskich

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej podróży dookoła świata.

Wywiad z Rafałem Milachem ...

Część druga wywiadu z Rafałem Milachem. Fotograf opowiada, czy warto robić zdjęcia… więcej

Wywiad z Rafałem Milachem

Rafał Milach, laureat Word Press Photo, opowiada jak zrobić dobry reportaż, jak… więcej

Samochodem po Europie - ...

Jak zaplanować podróż samochodem po Europie? Warto znać przepisy drogowe, opłaty i… więcej

2 lata w podróży ...

158536 kilometrów, 25 państw, 19 par zdartych klapek, czyli opowieść o dwuletniej… więcej

PODRÓZE

Lwów nostaligiczny i wypiękniony na EURO 2012; Najlepsze parki rozrywki w Europie; Szczecin - zielone miasto żaglowców; Turcja -  3 tys. km

więcej
W serwisie:
Kierunki
Aktualności
Wasze Wyprawy
Forum
Poradnik
Kuchnie Świata
Murator S.A:
O wydawnictwie
Kontakt do serwisu podroze.pl
Redakcja miesięcznika Podróże
Reklama
Licencje
Regulamin serwisu
Sklep on line
Serwisy internetowe:
Dom i ogród:
Muratordom.pl
Forum.muratordom.pl
Projekty.muratordom.pl
Muratorfinanse.pl
Urzadzamy.pl
Wymarzonyogrod.pl
Muratordom.com.ua
Architektura i budownictwo:
Muratorplus.pl
Architektura.muratorplus.pl
Tuznajdziesz.pl
Hobby i wypoczynek:
Podroze.pl
Zagle.com.pl
Poltrip.pl
Zdrowie i rodzina:
Poradnikzdrowie.pl
Dlarodzinki.pl
Dzieckozakupy.pl
www.Mjakmama24.pl
Rolnictwo:
Rolnictwoonline.pl
Wideo:
Jestem.pl
Porady:
Mowimyjak.pl
Rozrywka informacje:
Se.pl
Seusa.info
Eska.pl
Eskarock.pl
Voxfm.pl
Radiowawa.pl
Fabrykamuzy.pl
Gwizdek24.pl
Superauto24.pl
Zakupy:
Zakupy.muratordom.pl
Zakupy.urzadzamy.pl
Zakupy.wymarzonyogrod.pl
Zakupy.poradnikzdrowie.pl
Zakupy.zagle.com.pl
Supertanio.pl
Wgrupiekupie.pl
Sklep on line
Miesięcznik:
Murator
Dobre wnętrze
M jak mieszkanie
Moje mieszkanie
Podróże
Żagle
Zbuduj dom
Architektura
Zdrowie
M jak mama
Sklep on line